Polki pokazały moc! Rekord wszech czasów na wyciągnięcie ręki!

Jakub Balcerski
Polskie siatkarki wygrały już piąty mecz tegorocznej Ligi Narodów, ale też straciły w niej pierwszego seta od początku sezonu. Zwycięstwo 3:1 (25:16, 23:25, 25:18, 25:22) cieszy, choć zawodniczki Stefano Lavariniego straciły szansę na historyczny wynik. Były o krok od wyrównania rekordu wszech czasów sprzed 26 lat - wygrania pięciu pierwszych spotkań rozgrywek bez straty seta.

Taki wynik - pięć pierwszych meczów wygranych 3:0 w Lidze Narodów lub wcześniej World Grand Prix - udało się osiągnąć tylko jednej drużynie. Kubanki w cyklu World Grand Prix w 1998 roku pokonały tak Amerykanki, dwa razy Koreanki, Chinki i Japonki, a w szóstym spotkaniu uległy Brazylijkom. Teraz Polki też wygrały cztery pierwsze mecze w trzech setach - przeciwko Włoszkom, Francuzkom, Holenderkom i Japonkom. Niestety, w piątym spotkaniu idealnego wyniku już nie udało się uzyskać, choć i tak wygrały z Serbią, tylko że w czterech partiach.

Drugi set meczu rozgrywanego w Arlington w stanie Teksas w nocy z wtorku na środę czasu polskiego przegrały  23:25 i dlatego rekordu wszech czasów nie będzie. Polki nie mają się jednak, czego wstydzić i nie ma co tej partii rozpamiętywać. Zresztą same szybko pozwoliły nam o niej zapomnieć.

Zobacz wideo Ogromna radość w Białymstoku. "Pięć pokoleń na to czekało"

Powrót Wołosz. Lavarini od razu dał jej się pokazać na boisku

Polska kadra przyleciała do Stanów Zjednoczonych z kilkoma zmianami w składzie. Najważniejszą był powrót do gry kluczowej postaci reprezentacji, rozgrywającej Joanny Wołosz. Po tym jak siatkarka Imoco Volley Conegliano zdobyła ze swoim klubem mistrzostwo i Puchar Włoch, a także wygrała Ligę Mistrzyń, potrzebowała nieco odpoczynku. Dlatego do reprezentacji dołączyła w drugim, a nie pierwszym tygodniu rywalizacji w Lidze Narodów. Podczas turnieju w USA zabraknie za to zmagającej się z niewielkim urazem Agnieszki Korneluk, która była czołową zawodniczką drużyny w Antalyi, podczas pierwszych trzech meczów w rozgrywkach. U Polek dalej brakuje przyjmującej Olivii Różański, czy Marii Stenzel, które też miały problemy ze zdrowiem. Jest za to Monika Fedusio, czy powracająca do gry o stawkę z kadrą po długiej przerwie Malwina Smarzek.

Stefano Lavarini od razu dał się Wołosz pokazać na boisku. Pojawiła się w wyjściowym składzie, a z nią atakująca Magdalena Stysiak, Magdalena Jurczyk i Klaudia Alagierska-Szczepaniak na środku, Natalia Mędrzyk i Martyna Łukasik w roli przyjmujących oraz Aleksandra Szczygłowska na libero. Zestawienie, na które zdecydował się włoski szkoleniowiec wydawało się bardzo silne. Na tyle, że trudno było sobie wyobrazić, żeby Serbki miały tu poważnie zagrozić polskiemu zespołowi.

Może i to mistrzynie świata, ale na drugi turniej fazy zasadniczej Ligi Narodów w swoim składzie miały tylko sześć zawodniczek, które w 2022 roku zdobywały złoty medal. W dodatku w większości niegrające w podstawowym składzie. Serbki podchodzą jednak do Ligi Narodów ze sporym dystansem: awans na igrzyska olimpijskie wywalczyły już jesienią tak jak Polki, ale jeszcze nie zgrywają się w najsilniejszym składzie. Ten pojawi się pewnie dopiero na turniej finałowy LN. W szerokiej kadrze na razie brakuje choćby jednej z najlepszych atakujących na świecie, Tijany Bosković, czyli głównej broni wtorkowych rywalek Polek. To tylko zwiększało wrażenie, że drużynę Lavariniego spokojnie można było stawiać w roli faworytek spotkania.

Stysiak błyszczała, a Polki nie utrudniały sobie zadania. Świetne otwarcie

Pierwszy set tylko potwierdził, że to nie miało być wyrównane spotkanie. Od pierwszej piłki widać było, że to Polki grają szybciej, lepiej i skuteczniej, to one dobrze weszły w ten mecz. Szybko doszły do wysokiego prowadzenia 5:1 i tylko powiększały przewagę. W ich grze wcale nie było widać, że mamy do czynienia z zespołem, w którym zmieniono niemal połowę zawodniczek w stosunku do tego, jak zazwyczaj zaczynały mecze podczas turnieju w Antalyi.

Prowadzący Serbki Giovanni Guidetti, uważany za jednego z najlepszych trenerów na świecie, szybko wykorzystywał czasy - robił to już przy stanie 10:4, a potem 14:7, starając się przekazać swoim siatkarkom, gdzie szukać mankamentów Polek i próbować je złamać. Takich elementów w partii otwierającej mecz było jednak bardzo niewiele. Polskie zawodniczki miały aż osiem piłek setowych, ale nie utrudniały sobie zadania i wykorzystały już pierwszą z nich.

Zdecydowaną liderką Polek była Magdalena Stysiak, która już po pierwszej partii miała w swoim dorobku siedem punktów. Błyszczała różnorodnością: raz pozwalała sobie na mocne uderzenie w kierunku rywalek, często zmieniała kierunek atakowania piłek, ale do tego dokładała też techniczne kiwki, które Serbkom bardzo trudno było rozczytać. Pomagała jej przede wszystkim Klaudia Alagierska, która dwa razy punktowała w ataku i aż trzy razy blokiem.

Serbki przycisnęły i waleczność Polek nie wystarczyła. Lavarini chwilami rozkładał ręce

Jednak w drugim secie pojawiły się już chwile, gdy trener Lavarini rozkładał bezradnie ręce. Po dobrym wejściu w seta Polki zostały zatrzymane solidną zagrywką i nie mogły wyjść z trudnego dla nich ustawienia. Serbki wykorzystywały to dobrymi atakami Any Bjelicy i Aleksandry Uzelac. Zrobiło się 12:10 dla rywalek, ale drużyna Lavariniego szybko to odrobiła. Przy stanie 18:13 wydawało się, że opanowała sytuację na tyle, że przeciwniczki już nic nie zdziałają. Niestety, zdziałały.

Spośród kolejnych siedmiu punktów to Serbki zdobyły ich aż sześć. I po wyrównaniu stanu seta zdołały wyjść na dwupunktowe prowadzenie (22:20). - Nie przestawajcie grać tak, jak wcześniej. I nie bądźcie zaskoczone, że one też potrafią zrobić coś bardzo dobrze. To naturalne na tym poziomie - mówił Polkom Stefano Lavarini, gdy poprosił o przerwę dla swoich zawodniczek. Instruował je też, że kluczowy w kolejnych akcjach będzie atak. Niestety, Serbki przycisnęły Polki tak bardzo, że część akcji kończyła się już na problemach z przyjęciem i ganianiu wysoko latających piłek.

Brązowe medalistki zeszłorocznej edycji Ligi Narodów walczyły dzielnie i miały nawet przewagę w kluczowym momencie: prowadziły 23:22. Po kolejne trzy punkty sięgnęły jednak aktualne mistrzynie świata i w setach było 1:1. Nie wystarczyła znów wyśmienita i skuteczna w ataku Stysiak, która uzbierała kolejne siedem punktów. Momentem zwrotnym nie okazała się też podwójna zmiana, gdy na boisku pojawiły się Katarzyna Wenerska i Malwina Smarzek. Ta druga zdobyła nawet punkt, ale niestety nie okazał się kluczowy dla rozwoju wydarzeń. Brakowało przede wszystkim dobrego, szczelnego bloku, nieco więcej ryzyka i stworzenia rywalkom problemów dzięki zagrywce, a do tego skuteczności na lewym skrzydle. Ten ostatni problem pojawił się już w pierwszym secie. Wtedy udawało się go jeszcze przykryć innymi elementami. Tylko pięć z osiemnastu piłek skończonych przez Martynę Łukasik i Natalię Mędrzyk - tak przy problemach w przyjęciu i dobrej formie przeciwniczek w polu serwisowym walczy się z nimi bardzo trudno.

Trener mistrzyń świata się wściekł. Pokaz złości i frustracji

Polki za wszelką cenę chciały się odkuć. I sprawiły, że po kilku piłkach trzeciej partii Giovanni Guidetti chodził w tę i z powrotem, wściekle wymachując rękami i mówiąc coś do siebie. Trener Serbek czasem kierował te słowa także do zawodniczek z kwadratu dla rezerwowych. Te z poważnymi minami tylko patrzyły na złość i frustrację Włocha. Było nawet 8:2 dla Polek.

Ale zawodniczki Lavariniego znów nie grały idealnie. Po chwili problemy w przyjęciu agresywnej zagrywki rywalek wróciły, a w konsekwencji na lewym skrzydle jak nie było dobrej skuteczności, tak się ona nie pojawiała. Serbki znów łapały powietrze, doszły do wyniku 10:11. Polki wróciły jednak do dobrego rytmu. Świetną serię na zagrywce zaliczyła Joanna Wołosz, cały zespół o wiele lepiej wyglądał w obronie, a Natalia Mędrzyk zdecydowanie odblokowała się na lewym skrzydle. Wołosz pokierowała też zespołem nieco inaczej niż do tej pory, zaskakiwała Serbki tym, do kogo adresowała piłki. Dzięki temu na koniec trzeciej partii aż pięć punktów miała środkowa Magdalena Jurczyk - wszystkie zdobyte atakiem, w którym była bezbłędna.

Guidetti znów się wściekał, a Polki miały aż sześciopunktową przewagę (16:10). Zyskały odpowiedni dystans do rywalek, żeby Lavarini mógł znów przeprowadzić podwójną zmianę. Nieco więcej czasu w ten sposób dostała Malwina Smarzek. Z uśmiechem reagowała po każdym udanym ataku, cieszyła się chwilami obecności na boisku. I była temu zespołowi przydatna - rywalki nie do końca wiedziały, jak czytać jej grę, a ona starała się nie popełniać prostych błędów. Skończyła trzy z pięciu otrzymanych piłek - ten bilans zdecydowanie na plus. Jednym z tych ataków skończyła całego seta. I choć zawodniczki trzeciej reprezentacji rankingu FIVB mogły nieco lepiej rozegrać końcówkę partii, bo w pewnym momencie prowadziły już 23:13, to i tak dobrze, że nie dały się dogonić, a przewaga znacząco nie zmalała. Ostateczny wynik nadal brzmiał dumnie - 25:18.

Demony wróciły, ale Polki szybko uspokoiły grę. To zwycięstwo warto docenić

Niestety gra Polek w tym meczu była bardzo nierówna. Można by ją opisać bardzo wyboistą linią sinusoidy. Raz wznosiły się na taki poziom, na który trudno było wejść rywalkom, a czasem popełniały błędy i nie były w stanie ich wyeliminować. I w czwartym secie demony znowu wróciły. Serbki potrafiły przyłożyć Polkom silną zagrywką, sprawiały, że grały nieskładnie i daleko od siatki, a w efekcie wręcz zmuszały je do szukania ataków głównie przez Magdalenę Stysiak. W taki sposób prowadziły 6:3, a potem 15:12.

Stefano Lavarini ciągle wzruszał ramionami. Jakby dziwił się, że Polki mogą w ogóle pozwalać rywalkom mieć tak duży wpływ na to, co dzieje się na boisku. I gra jego zespołu szybko się uspokoiła. Tym razem nie było już miejsca na wypracowanie dużej przewagi, bo Serbki coraz więcej ryzykowały, wiedząc, że to ich ostatnia szansa na przedłużenie spotkania. Od stanu 20:18 to polska kadra zyskała jednak kontrolę nad przebiegiem końcówki seta i zdołała utrzymać niewielką przewagę do końca - wygrała 25:22 i 3:1 w całym spotkaniu.

Choć Polki pierwszy raz nie kończą meczu tegorocznej Ligi Narodów z czystym kontem to nadal wypada je chwalić. A wywalczone zwycięstwo warto docenić. Rywalki postawiły się im, a one i tak podniosły się po przegranym secie i pomimo problemów w grze w spokoju doprowadziły do kolejnej wygranej w tym sezonie. Wciąż, po pięciu z dwunastu meczów, są niepokonane, co można powiedzieć jeszcze tylko o reprezentacji Brazylii. A gra? Biorąc pod uwagę, że w składzie były spore zmiany i ten zespół, który pojawił się w Arlington, potrzebuje nieco więcej czasu, żeby odpowiednio się zgrać, nie można zbyt wiele narzekać. Zmarnowanej szansy na rekord wszech czasów szkoda, ale to tylko kolejna statystyka. Najważniejsze, żeby Polki utrzymywały takie tempo rozgrywania spotkań na dobrym poziomie dalej. Przeciwników, którzy postawią im się tak jak Serbki z pewnością jeszcze nie zabraknie.

Czy polskie siatkarki są w stanie wygrać Ligę Narodów?
Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.