Jedyna taka siatkarka wśród Polek. Czekała na to pięć lat

Agnieszka Niedziałek
- Do tej pory nie myślałam, że w moim przypadku będzie to w ogóle możliwe - mówi Sport.pl Natalia Mędrzyk o szansie na spełnienie marzenia w postaci udziału w igrzyskach. Jedyna w reprezentacji Polski mama wróciła do kadry po pięcioletniej przerwie i błyszczy. Chęć posiadania dziecka była u niej większa niż strach o karierę, a do siatkówki wracała już dwukrotnie. Choć tylko raz powód był radosny. - Stajesz się wtedy innym człowiekiem - ocenia.

"Mama" - w ostatnich tygodniach to słowo pojawiało się wielokrotnie na ustach kibiców i osób ze środowiska siatkarskiego. Bo podczas turnieju Ligi Narodów w Antalyi świetnie spisywała się cała reprezentacja Polski, ale szczególnie uwagę przykuwała właśnie nosząca wspomnianą ksywkę Natalia Mędrzyk. Obecna poprzednio w kadrze w 2019 roku zawodniczka zrobiła dobre wrażenie nie tylko na obserwatorach, ale też na trenerze Stefano Lavarinim. Ten powołał ją na kolejną odsłonę rywalizacji w LN, która odbywa się w tym tygodniu w Arlington i w pierwszym spotkaniu 32-letnia przyjmująca znów brylowała. Jedyny minus - rozłąka z dwuletnim synkiem. Ale Mędrzyk wskazuje również, jak codzienne obowiązki rodzicielskie pomagają w karierze sportowej.

Zobacz wideo Fuzja Lubina i Gorzowa Wlk. w siatkówce. Artur Popko: Celem jest zwiększenie potencjału

Agnieszka Niedziałek: Przechodzi pani teraz chyba największy jak na razie test jako mama. Jak często podczas wyjazdów z kadrą łączy się pani z synkiem?

Natalia Mędrzyk: To rzeczywiście nasza najdłuższa dotychczas rozłąka. Łączymy się codziennie z pomocą kamerki i gadamy po prostu o bzdurach. Tak na razie będziemy funkcjonować. Kiedy tylko mogę, to widzimy się na żywo. Ostatnio korzystaliśmy z tej opcji w Warszawie, przed wylotem do USA.

Czy pierwsze dni są w takiej sytuacji najtrudniejsze? Czy może dopiero później przychodzi moment, gdy tęsknota najmocniej daje o sobie znać?

- Najtrudniej oczywiście jest przy samym rozstaniu. Potem można powiedzieć, że robi się trochę łatwiej. Ale tak naprawdę w rozłące z dzieckiem nie ma na pewno niczego łatwego.

Ktoś w kadrze zwraca się do pani teraz inaczej niż "Mama"?

- Dalej wszyscy mówią mi tu po imieniu.

Słyszeliśmy, jak podczas meczów zwracał się tak do pani trener Stefano Lavarini. W mediach po turnieju w Ligi Narodów w Antalyi też pełno było "Mamy". Ma pani przesyt?

- Nie, absolutnie. To bardzo miła ksywka. Naprawdę szybko została wdrożona przez wszystkich, co mnie trochę zaskoczyło. Ale to bardzo miły akcent.

Zapewne żadne "mama" nie brzmi jednak tak dobrze jak to wypowiadane przez dwuletniego Stasia?

- Tak, ono jest wyjątkowe.

Wiem, że to dopiero początek sezonu kadrowego, ale chyba trudno się nie zgodzić, że powrót do reprezentacji Polski udał się pani jak na razie świetnie

- Tak, ale lubię się skupiać bardziej na wynikach drużyny, a nie na indywidualnych osiągnięciach. To w końcu gra zespołowa, więc bardzo się cieszę, że nasz zespół tak dobrze rozegrał ten pierwszy turniej. Komplet zwycięstw z wynikiem 3:0 to wielka sztuka (Wywiad został przeprowadzony przed rozpoczęciem turnieju w Arlington - red.). A teraz wiadomo, mamy apetyt na więcej.

Jak się wraca do kadry po pięciu latach? Znała pani wiele zawodniczek - z poprzednich występów w reprezentacji lub z rywalizacji klubowej. Ale miała teraz też trochę wrażenie, że wchodzi do "nie swojej drużyny"?

- Minął kawał czasu, ale trochę szybko to zleciało przez okres pandemii COVID-19, więc nie czuję, że to było pięć lat. Faktycznie, było to trochę wejście do stworzonego już wcześniej zespołu. Wiele rzeczy początkowo było dla mnie nowością - np. dziewczyny już wiedziały, na czym polegały różne ćwiczenia, a ja musiałam się szybko nauczyć nowych systemów. Pierwsze dwa tygodnie były więc dla mnie takim wdrożeniem się w ten zespół.

Sądząc po pani grze w Turcji, można wnioskować, że przebiegało ono całkiem sprawnie.

- Może nie jestem bardzo otwarta w kontaktach międzyludzkich, ale w zespole raczej się odnajduję. Mam też swoje lata, wiem, czego się ode mnie oczekuje i staram się to po prostu wykonywać.

Czego się od pani oczekuje?

- Dobrej gry. I spokojnej głowy. Mam nadzieję, że to właśnie pokazuję obecnie.

Czy wspomniane doświadczenie i dziecko sprawiają, że ten powrót jest łatwiejszy? Czy dzięki temu jest mniej nakładania na siebie presji, nakręcania się, a więcej dystansu?

- Zdecydowanie tak. Nie nakładam na siebie presji związanej z kadrą. W tej chwili po prostu cieszę się, że tu jestem i tak do tego podchodzę. Może się to wydawać niektórym dziwne, ale nie będę sobie dokładać niepotrzebnego stresu. Gra w reprezentacji wiąże się z obciążeniem psychicznym. Ja już większego nie potrzebuję.

Czy takie podejście oznacza, że do potencjalnego powołania podchodziła pani w myśl zasady "Będzie jak będzie"? Czy jednak liczyła na to, że bardzo dobra gra w klubie zaowocuje zainteresowaniem ze strony trenera Lavariniego?

- Absolutnie nie liczyłam na to, że będę na zgrupowaniu. To było bardzo miłe zaskoczenie. Wiadomo, że kilka dziewczyn miało problemy zdrowotne, więc to okienko się otworzyło. Bardzo się cieszę, że gra w klubie sprawiła, że tu jestem.

Czytałam, że to pani odezwała się pierwsza do szkoleniowca drużyny narodowej.

- Tak było. Wiadomo, że miał w planach się odezwać, ale go nieco uprzedziłam. Potrzebowałam pewnych informacji, by wiedzieć, jak poukładać sobie rodzinne sprawy. W sytuacji, gdy ma się dziecko, tak już jest i trener przyjął to bardzo normalnie.

Wypracowała pani z nim system wizyt synka?

- Myślę, że my - jako siatkarki - mamy być po prostu na treningu w jak najlepszej formie. A to, co robimy w tzw. wolnym czasie, to nikomu nie przeszkadza. Ale zapytałam trenera, czy nie będzie problemem, jeżeli będę biegać gdzieś obok ośrodka z synkiem. Nie było i przez dwa tygodnie mieszkał w pobliżu naszego ośrodka, dzięki czemu mogliśmy spędzać razem czas.

Ma już pani zaplanowane całe lato pod kątem takiej logistyki?

- Nie, bo tak naprawdę dowiadujemy się, czy jedziemy na kolejny turniej dopiero po zakończeniu poprzedniego. Wszystko jest więc organizowane na ostatnią chwilę. Niedawno zgarnęłam np. rodzinkę na dwa dni do Warszawy. Tak to chyba będzie się w tej chwili odbywać - na wielkim spontanie.

Przy małym dziecku jest pani zapewne przyzwyczajona do tego, że plany trzeba na bieżąco modyfikować.

- Fakt, że dzieci bardzo lubią rutynę, ale jednak ten spontan musi się też pojawić. Ale uważam, że na razie wszystko dobrze się pod tym względem układa.

Znamy trochę przypadków udanych powrotów do gry siatkarek-mam. Sondowała pani u nich, jak to wszystko poukładać? Czy jednak głównie było to uczenie się poprzez przerabianie wszystkiego na własnej skórze?

- Dokładnie, to jest przerabianie wszystkiego na własnej skórze. Ciężko się przygotować na takie coś po raz pierwszy. Wiadomo, przy drugim dziecku jest już zupełnie inaczej. Musiałam wszystko wypracować sobie tu sama.

Co było w tym najtrudniejsze?

- Oczywiście ograniczony czas. Okazało się, że doba jest zdecydowanie za krótka. Początki trenowania po przerwie macierzyńskiej wiążą się na pewno z małą ilością snu. A to w połączeniu z intensywnymi treningami jest trochę ciężkim kombo. Ale myślę, że sobie z tym poradziłam.

Czy decyzja o przerwie macierzyńskiej u sportsmenek, które chcą potem zaliczyć udany powrót, to ryzykowna decyzja?

- Pytanie, co uznamy za udany powrót. Jeśli to powrót do tego samego poziomu sportowego, to powiedziałabym, że to dość indywidualna kwestia. Bo wpływ ma to, jak ktoś się czuje fizycznie i czy te nieprzespane noce są na tyle znaczącym obciążeniem dla niego, że wpływają na trening. Ja zaraz po powrocie wcale nie prezentowałam dobrego poziomu, musiałam do niego dojść. Pierwsze oficjalne mecze po przerwie rozegrałam dopiero w styczniu ubiegłego roku, miałam więc trochę do nadrobienia. To była cały czas praca nad powrotem do formy. Potem miałam możliwość przepracować cały sezon przygotowawczy, co mi bardzo dużo dało. Mogłam się wtedy skupić na pracy na siłowni, pracy nad ciałem. Trochę to wszystko trwało. To nie jest taki szybki proces. Ostatni sezon był pod tym względem przełomowy.

Był podczas tego procesu moment, kiedy obawiała się pani, że może jej się nie udać wrócić na zadowalający ją poziom?

- Nie, raczej miałam na tyle komfortową sytuację w klubie, że mogłam się spokojnie przygotowywać. Mimo że ten powrót był późniejszy niż pierwotnie planowałam, to raczej wiedziałam cały czas, że wrócę do siatkówki. Liczyłam, że wrócę do "starej siebie". Mam nadzieję, że to się udało. Trzeba też pamiętać, że siatkówka to nasze życie i ciężko byłoby w tej chwili z niej tak po prostu zrezygnować.

Wrócę na chwilę do wcześniejszego pytania. Czy miała pani obawy, że decydując się na dziecko postawi pod znakiem zapytania dalszą karierę siatkarską?

- Raczej nie. Chęć posiadania rodziny była u mnie większa niż strach o karierę itp. Po prostu bardziej stawiałam wtedy na rodzinę. To nie było też tak, że byłam w takim momencie, iż potrzebowałam tej przerwy. Nie odczuwałam przemęczenia ani nie potrzebowałam odpoczynku od siatkówki. Chciałam po prostu mieć dziecko. Miałam bardzo komfortową sytuację i myślę, że dlatego też, że ten powrót był na tyle planowany, to nie obawiałam się go.

W pani siatkarskim życiorysie jest też inna, przymusowa przerwa w grze. W 2020 roku musiała pani pauzować z powodu kontuzji kolana. Tamten powrót był znacznie trudniejszy psychicznie?

- Po operacji miałam około pięć miesięcy przerwy i rehabilitacji, więc nie było aż tak źle jak przy wielu innych kontuzjach, które wyłączają z gry na rok. Ale powrót po przerwie macierzyńskiej to coś zupełnie innego - stajesz się po prostu innym człowiekiem. Na pewno wraca się wtedy łatwiej niż po urazie.

Innym człowiekiem, czyli jakim? Lepszym? Lepiej zorganizowanym?

- Nie wiem, czy jestem lepsza. Na pewno mam teraz inne priorytety.

A czuje się pani obecnie lepszą zawodniczką niż przed przerwą macierzyńską?

- Nie wiem. Nie siedzę i nie zastanawiam się nad takimi rzeczami. Trzeba wrócić z treningu i zająć się dzieckiem, a nie rozmyślaniem o tym, jak źle się odbijało piłkę. To jest na pewno na plus.

Wcześniej zdarzało się pani roztrząsać nadmiernie takie rzeczy? Bo słuchając pani, można odnieść wrażenie, że raczej twardo stąpa po ziemi. A przynajmniej stara się to robić.

- Lubię nazywać siebie realistką. Mój mąż się z tego śmieje. Nie jest tak, że absolutnie niczym się nie martwię, bo jestem dość wrażliwą osobą. Ale tak, do wszystkich sukcesów podchodzę z chłodną głową.

Ale miło chyba słyszeć o sobie, że jest się elementem, którego wcześniej brakowało w kadrze? Bo takie opinie można było w ostatnich tygodniach o pani przeczytać i usłyszeć.

- Nie wiem, co inni mówią o mnie. Nie śledzę tego, odcinam się totalnie od takich wiadomości. Staram się po prostu, by drużyna grała jak najlepiej. Jeśli robi to także dzięki mnie, to bardzo miło. A jeśli nie, to i tak będę trzymać kciuki za dziewczyny. Obecna sytuacja i pochwały są bardzo miłe, ale jak wspominałam już w różnych wywiadach - to dopiero początek tego sezonu kadrowego i zobaczymy, co będzie dalej.

Jak siatkarska realistka podchodzi do tematu igrzysk? Z chłodną głową czy jednak przyznaje, że jest to jej największe sportowe marzenie?

- Do tej pory nie myślałam, że w moim przypadku będzie to w ogóle możliwe. Teraz stało się bardziej realne niż kilka lat temu. Jeżeli będę mogła pojechać na igrzyska, to spełni się moje marzenie. Jeśli nie, to na pewno nie będę jakoś bardzo płakać z tego powodu. Bo jeśli dam z siebie wszystko, to nie będę miała do siebie pretensji.

Czy Natalia Mędrzyk znajdzie się w składzie reprezentacji Polski na igrzyska w Paryżu?
Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.