Mistrz Polski w finale Ligi Mistrzów! Co za mecz. Grali na wyniszczenie

Agnieszka Niedziałek
Po dwóch zaciętych setach granych długimi momentami na wyniszczenie siatkarze Jastrzębskiego Węgla zrealizowali zadanie w Ankarze - po raz drugi z rzędu wystąpią w finale Ligi Mistrzów! Rewanż z miejscowym Ziraatem wygrali ostatecznie 3:2 (34:32, 27:25, 16:25, 21:25, 15:7), a po marzeniu gospodarzy o triumfie w obecnej edycji tych rozgrywek pozostał tylko plakat zawieszony w hali. Rywal mistrzów Polski w decydującym meczu zostanie wyłoniony w czwartek.

Najpierw była radość, potem krótka chwila niepewności za sprawą challenge'u, a następnie znów radość - tak wyglądało kilkadziesiąt sekund, które przesądziły o tym, że Jastrzębski Węgiel powtórzył największy sukces w historii klubu. Do awansu do finału Ligi Mistrzów potrzebował wygrania dwóch setów i cel osiągnął, choć nie obyło się bez nerwów. Ostatecznie Norbert Huber - jeden z głównych bohaterów spotkania (89 procent skuteczności w ataku) - i jego klubowi koledzy uporali się z Ziraatem Ankara w pięciu setach, choć tak naprawdę liczyły się tylko te dwa pierwsze. I zrobili to mimo powrotu do składu rywali największej gwiazdy.

Zobacz wideo BKS BOSTIK ZGO Bielsko-Biała triumfuje w TAURON Pucharze Polski. Julia Nowicka: Jesteśmy jednym wielkim łańcuchem, który musi ze sobą funkcjonować

Kapitan mistrzów Polski wszystko przewidział. U rywali wróciła największa gwiazda, ale to nie ona błyszczała najmocniej 

- W rewanżu rywale na pewno zagrają lepiej. Prawdopodobnie wystąpi też już Matthew Anderson, którego zabrakło w pierwszym spotkaniu, a który jest może nawet jednym z najlepszych zawodników w historii. On robi ogromną różnicę. Spodziewamy się trudnego meczu. Potrzebne będą skupienie i agresywna gra - zapowiadał w rozmowie ze Sport.pl Benjamin Toniutti po pierwszym spotkaniu półfinału LM.

W nim tydzień temu jastrzębianie, z francuskim rozgrywającym w składzie, w dwóch pierwszych setach przejechali się po zagubionych bez swojej gwiazdy przeciwnikach niczym walec. Oddali im - odpowiednio - 13 i 18 punktów. Dopiero trzecia odsłona przyniosła nieco emocji, ale ona także zakończyła się korzystnie dla faworytów.

W środę sprawdziły się wszystkie przewidywania Toniuttiego, kapitana mistrzów Polski. Mistrzowie Turcji grali bardzo agresywnie i pokazali się ze znacznie lepszej strony niż siedem dni temu. Pauzujący wcześniej z powodu kontuzji Anderson wrócił do gry i sprawił trochę kłopotów ekipie trenera Marcelo Mendeza. Ale to nie on był ich główną siłą napędową, a Wouter ter Maat. Holenderski atakujący był nią też w pierwszym spotkaniu, tyle że wtedy nie miał wsparcia w kolegach z zespołu. Teraz wyglądało to dużo lepiej.

"Brakuje, by ktoś krzyknął 'Tomek, lej"'. Pomogło zagapienie sędziów. 6:4 w setbolach na otwarcie

Dwa pierwsze sety w znacznym stopniu były wymianą ciosów w polu zagrywki, a to sprawiło, że rozgrywający po obu stronach często nie mieli zbyt dużego pola manewru. Głównie za sprawą bardzo szybkiego na skrzydle ter Maata gospodarze wyszli na prowadzenie 4:2. Jastrzębianie nieźle rozpoczęli pod kątem serwisu - do stanu 11:9 mieli już na koncie trzy asy. Bardzo dobrą skuteczność miał atakujący Jean Patry, który nieraz miał ułatwione zadanie, bo rywale w ciemno szli na środku do Norberta Hubera.

Środkowy reprezentacji Polski wciąż utrzymuje w tym sezonie imponującą formę i rywale mieli to na uwadze. Ale nawet gdy Toniutti posyłał do niego piłki i czyhał tam jeden z zawodników Ziraatu, to Huberowi to nie przeszkadzało w skończeniu akcji. Francuz nieraz też uruchamiał przyjmujących w podwójnej krótkiej i tu Tomasz Fornal spisywał się bardzo dobrze. Gorzej szło mu na skrzydle, gdzie przyjmujący często decydował się na kiwki, które były podbijane.

- Brakuje, by ktoś krzyknął "Tomek, lej" - stwierdził w pewnym momencie komentujący ten mecz w Polsacie Sport Wojciech Drzyzga.

O swojej klasie w drugiej połowie tej partii przypomniał Anderson, który posłał asa i Zirrat prowadził 18:16. Niedługo później zaczęła się nerwowa wymiana ciosów. Jastrzębianom pomogło też trochę szczęście - przy akcji na 23:23 sędziowie nie zauważyli, że Rafał Szymura dotknął głową siatki od dołu po tym jak wylądował pod nią po ataku. Gospodarze nie wykorzystali potem czterech piłek setowych, a mistrzowie Polski zamienili na punkt dopiero szóstą. Niewidoczny wcześniej Jurij Gladyr skończył atak ze środka, a decydujące słowo należało do Fornala, który tym razem wziął sobie do serca słowa Drzyzgi.

As i błąd na wagę awansu do finału LM. Całkowita wymiana składu i 45-latek na boisku

Druga partia nie miała aż tak dramatycznego przebiegu, ale też skończyła się grą na przewagi. Początkowo wydawało się, że jastrzębianie tym razem szybciej zapewnią sobie w niej zwycięstwo. Dobrą passę kontynuował Huber, Fornal również grał przez pewien czas mocniej i skuteczniej. Przyjezdni prowadzili więc najpierw 3:1, potem 13:11, ale po dłuższym fragmencie gry "punkt za punkt" sytuacja się odwróciła. Swoje znów robili Anderson i ter Maat, a wspomagał ich trudną zagrywką środkowy Bedirhan Bulbul.

W drużynie Mendeza zrobiło się nieco nerwowo, gdy po autowym ataku Fornala na tablicy był wynik 22:24. Przerwa na życzenie argentyńskiego szkoleniowca zrobiła jednak swoje - dwie kolejne akcje przyjmujący reprezentacji Polski już skończył, doprowadzając do remisu. Ziraat miał jeszcze piłkę setową po punkcie zdobytym przez Andersona, ale potem już kolejne trzy kluczowe "oczka" zapisali na swoim punkcie goście. Najpierw punktował Szymura, a następnie znów błysnął Huber, który w tak ważnym momencie posłał drugiego w tym spotkaniu asa. Na koniec zaś ter Maat - zgodnie z opisaną wcześniej analizą challenge'u - tym razem zaatakował bez bloku w aut.

Wtedy to jastrzębianie mogli już fetować zrealizowanie celu, a gospodarzom został wiszący w hali plakat z napisem "Mamy marzenie". Zgodnie z przypuszczeniami - wobec rozstrzygnięcia już losów całej rywalizacji - obaj trenerzy zdecydowali się w tym momencie na zmiany. Mendez dał odpocząć wszystkim zawodnikom podstawowego składu, a w związku z tym Ziraat - w którego szeregach pozostał ter Maat - dość pewnie wygrał dwie kolejne partie. W tie-breaku jednak rezerwowi mistrzów Polski, z 45-letnim rozgrywającym Jarosławem Macionczykiem w składzie, mocniej szarpnęli i zapewnili swojej drużynie zwycięstwo.

Mistrz Polski ma apetyt na więcej. O krok od potrójnej korony w Europie

Jastrzębianie zagrają w decydującym meczu LM po raz drugi z rzędu. W poprzednim sezonie musieli uznać w nim po pięciosetowym dreszczowcu wyższość Zaksy. Drużyna z Kędzierzyna-Koźla wygrała te prestiżowe rozgrywki w trzech kolejnych edycjach.

- Chcemy awansować znów do finału, ale też samo to nas nie zadowala. Mamy apetyt na więcej - mówił Sport.pl libero Jakub Popiwczak po pierwszej odsłonie półfinałowej rywalizacji w LM, który w środę znów błyszczał w obronie. Nie pozostaje więc nic innego, jak czekać na siatkarską ucztę z udziałem głodnych mistrzów Polski 5 maja.

Na razie wiadomo, że odbędzie się ona w Turcji, ale nie wskazano jeszcze miasta-gospodarza. W czwartek wyłoniony zostanie zaś rywal mistrzów Polski w tym spotkaniu - będzie nim zwycięzca włoskiej rywalizacji między Itasem Trentino i Cucine Lube Civitanova. W pierwszym spotkaniu zespół z Trydentu zwyciężył 3:1.

Jastrzębianie są nie tylko o krok od największego sukcesu w historii klubu, ale też od niezwykłego momentu w historii polskiej siatkówki. Ich triumf w LM oznaczałby potrójną koronę polskich klubów w europejskich pucharach. Wcześniej bowiem po Puchar Challenge (trzeci szczebel rozgrywek) sięgnął Projekt Warszawa, a we wtorek zdobycie Pucharu CEV (drugi szczebel) świętowała Asseco Resovia Rzeszów. Dotychczas takim wyczynem pochwalić mogły się jedynie włoskie kluby.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.