Polski klub bije potęgi. Fenomen. Zaczynali z dwoma tysiącami w budżecie

Agnieszka Niedziałek
W pierwszym sezonie istnienia klub Bogdanka LUK Lublin miał budżet w wysokości 2 tysięcy złotych i - jak wspominają założyciele - atut "braku własnego boiska". Budowa na siatkarskiej pustyni, jaką długo była stolica województwa lubelskiego, opłaciła się. Zaczynali jako grupa przyjaciół, a - m.in. dzięki pomocy legendy reprezentacji Polski - 10 lat później stali się rewelacją PlusLigi, która pokonała już kilka potęg.

Jastrzębski Węgiel choć w ostatnich latach odnosił wiele sukcesów, to po Puchar Polski sięgnął tylko raz - w 2010 roku. Jego półfinałowy rywal w obecnej edycji - Bogdanka LUK Lublin - wtedy jeszcze nawet nie istniał. Debiutant w turnieju finałowym PP siatkarzy powstał dopiero trzy lata później. W tym sezonie stał się już znaczącym graczem w lidze. A jego założyciele i kibice mają nadzieję, że w niedalekiej przyszłości nawiąże on do osiągnięć innego słynnego w przeszłości klubu z regionu.

Zobacz wideo BOGDANKA LUK Lublin pierwszy raz w historii awansowalła do turnieju finałowego TAURON Pucharu Polski. Jakub Wachnik: Spełniliśmy swoje marzenia

Kibice czekali na to prawie 60 lat. Pomoc w otwieraniu drzwi

Sezon 1964/65 - to wtedy w I lidze, wówczas najwyższej klasie rozgrywkowej, walczył poprzednio klub z Lublina. Miejscowy AZS nie nacieszył się długo obecnością w gronie drużyn mających szansę na mistrzostwo kraju - zajął wtedy 12., ostatnie miejsce i od razu wrócił na zaplecze. Na kolejnego przedstawiciela na najwyższym szczeblu siatkarskiej hierarchii miasto musiało czekać prawie 60 lat. Był to w 2021 roku właśnie Lubelski Klub Przyjaciół Siatkówki. Założony w 2013 roku przez Krzysztofa Skubiszewskiego i Macieja Krzaczka.

- Podejmowane były wcześniej próby stworzenia mocniejszego klubu w mieście, ale szybko spaliły na panewce. Na poziomie II ligi był Cukrownik, potem przez chwilę Politechnika Lubelska. Ale siły i chęci podupadły, sponsorzy się powycofywali. Któregoś dnia zadzwonił do mnie Krzysiek z pomysłem założenia klubu. Usiedliśmy wtedy na słynnej już kanapie, którą kiedyś może wstawimy do gabloty i zaczęliśmy planować - wspomina z uśmiechem w rozmowie ze Sport.pl Krzaczek. Obecnie jest wiceprezesem, a Skubiszewski prezesem.

Dlaczego im się udało, skoro innym wcześniej nie? Krzaczek zaznacza, że siła jest w grupie. Oni zaczynali we dwóch, a potem udawało im się stopniowo zaangażować kolejne osoby. Życzliwe im i siatkówce. W tym legendę reprezentacji Polski Tomasza Wójtowicza. Zmarły dwa lata temu mistrz olimpijski z Montrealu (1976) i mistrz świata z Meksyku (1974) pochodził z Lublina i w nim spędził większość życia.

- Jest honorowym członkiem klubu. Chodziło o pomoc w otwieraniu kolejnych drzwi. Tomasz Wójtowicz i wiceprezydent Lublina Mariusz Banach, do którego też dotarliśmy, lobbowali ws. naszego spotkania z prezydentem miasta Krzysztofem Żukiem. Pan prezydent z kolei skontaktował nas z prezesem firmy LUK Jackiem Wysokińskim. Tak szliśmy krok po kroku, w oparciu o nasze zaangażowanie i chęci - opowiada Krzaczek.

Atut braku własnego boiska. Pierwsza wypłata po sześciu latach

Zaczynali od III ligi. Formalnie pierwszym trenerem był wtedy Skubiszewski, a Krzaczek jego asystentem. - Na początku byliśmy jednocześnie prezesami, trenerami, osobami technicznymi itd. Krótko mówiąc, ludźmi od wszystkiego - rzuca z uśmiechem obecny wiceprezes.

Początki, jak to zwykle bywa w takiej sytuacji, łatwe nie były. Założyciele mieli bardzo skromne środki finansowe, co tym bardziej wymuszało pewną kreatywność.

- Śmiejemy się zawsze, że w pierwszym roku funkcjonowania klubu mieliśmy atut braku własnego boiska. Budżet wynosił wtedy 2 tysiące złotych na cały sezon. Braliśmy prywatne samochody i jechaliśmy nimi na mecz. Graliśmy na wyjeździe, bo u siebie trzeba byłoby zapłacić za halę, sędziów, medyka i nawet tę przysłowiową wodę. A tak jedynym kosztem było paliwo - wskazuje działacz.

Jak dodaje, w drugim sezonie wraz ze Skubiszewskim starali się, by zawodnicy już nie dokładali z własnej kieszeni. Po dwóch latach funkcjonowania klub awansował do II ligi, a wtedy pojawiły się stypendia o wartości kilkuset złotych dla graczy. Krzaczek mówi, że budują klub krok po kroku. A który z dotychczasowych był najtrudniejszy?

- Chyba II liga. Chęci były bardzo duże, ale na tym poziomie potrzebne są już też fundusze. To już nie jest zabawa, tylko prowadzenie drużyny. Ambicja pchała nas do przodu, ale trzeba powiedzieć wprost - marketingowo II liga nie jest zbyt atrakcyjna dla sponsorów. To był największy problem. Bo tu już nie wystarczyło przekonywanie zawodników naszymi chęciami, trzeba było przekonać ich ofertą finansową - relacjonuje.

Firma LUK dołączyła w czwartym, ostatnim sezonie występów w II lidze. W I lidze ekipa z Lublina rywalizowała dwa lata. Najpierw zajęła trzecie miejsce, a następnie pierwsze, co dało jej przepustkę do PlusLigi. A kiedy duet założycieli wyszedł po raz pierwszy na plus?

- O pierwszej nieśmiałej wypłacie dla nas można mówić od występów w I lidze - odpowiada wiceprezes.

"To by nas chyba zabiło finansowo". Pójść w ślady Avii

Gdy pytam o skalę zainteresowania sponsorów, to stwierdza, że już sama ekstraklasa jest potężnym magnesem dla nich. Do tego wskazuje, że on i Skubiszewski dali się poznać środowisku kibicowskiemu i biznesowemu jako osoby, które prą do przodu.

- Z sezonu na sezon klub notuje progres. Wiadomo, jak rośnie budżet, to i potencjał sportowy. Trzeba dbać o sponsorów, ale też nie mamy problemu z napływem nowych. Powolutku budujemy swój potencjał i myślę, że przyszłość zapowiada się bardzo dobrze - ocenia.

Zapewnia, że na początku nie tworzyli konkretnego planu odnośnie wspinania się po kolejnych szczeblach rozgrywkowych. Wówczas chodziło o podtrzymanie tradycji siatkarskiej w mieście. Zgodnie z nazwą - Lubelski Klub Przyjaciół Siatkówki - to miała być szansa na grę dla grupy znajomych miłośników tego sportu. Nie było wówczas mowy o celach sportowych. A blisko pierwszego awansu byli blisko szybciej niż sobie tego życzyli.

- W pierwszym sezonie dotarliśmy do finałów rywalizacji o II ligę. Brakło nam bodajże seta. Wtedy bardziej baliśmy się, że awansujemy, niż że tego nie zrobimy (uśmiech). Bo gdyby wtedy to się stało, to by nas chyba zabiło finansowo. Ale w drugim sezonie zaczęliśmy myśleć o tym, że skoro już to robimy, to trzeba budować klub z myślą o awansie. W drugim lub trzecim sezonie w II lidze zaczęliśmy rozmawiać o tym, że fajnie byłoby dostać się do I ligi. Ale nie wyznaczaliśmy sobie żadnych ram czasowych. Chcieliśmy po prostu co sezon jak najlepiej prezentować się sportowo, a reszta przychodziła razem z tym - wspomina działacz.

W PlusLidze na razie udaje im się realizować wspomniany cel. W debiucie zajęli 11. miejsce, a w kolejnym sezonie byli o lokatę wyżej. Choć to nie do końca ich satysfakcjonowało.

- W pierwszym sezonie chodziło nam o zbudowanie zespołu, który zapewni sobie spokojnie utrzymanie i przetrwanie. W kolejnym mieliśmy wielkie chęci, by zagrać w fazie play off, ale na samym początku dotknęła nas plaga kontuzji. Mieliśmy problem, by przeprowadzić normalnie trening. Byliśmy wtedy m.in. bez dwóch atakujących. Tego 10. miejsca nie odbieramy jako porażki, ale delikatny niedosyt z powodu braku awansu do play off był. Teraz jesteśmy na dobrej drodze, by to nadrobić, choć jeszcze daleka droga - zastrzega Krzeczek.

Po 23 kolejkach lublinianie mają na koncie 14 wygranych i zajmują szóste miejsce w tabeli. Odnieśli już kilka zwycięstw nad krajowymi potęgami i czołowymi drużynami rozgrywek. M.in. pokonali Zaksę Kędzierzyn-Koźle, Projekt Warszawa i dwukrotnie Skrę Bełchatów. Dużą niespodziankę sprawili w ćwierćfinale PP, eliminując Asseco Resovię Rzeszów.

- Na podsumowanie przyjdzie czas na koniec sezonu. Uważam, że jak na razie zrobiliśmy bardzo dużo, ale w sumie na razie nic nie mamy. Trzeba jeszcze dokończyć fazę zasadniczą. Realnie 10 drużyn bije się o te play off-y, a w drugim szeregu są jeszcze kolejne, które mają wciąż matematycznie szanse. Trzeba więc do końca zachować koncentrację - przestrzega wiceszef klubu.

Największe sukcesy w regionie świętowała słynna przed laty Avia Świdnik. W sezonie 1975/76 zajęła trzecie miejsce w walce o mistrzostwo Polski. Czy LUK Lublin już myśli o tym, by np. w kolejnym sezonie walczyć mocno o medale?

- Bardzo byśmy chcieli, ale trzeba pamiętać, że obecny sezon jest nieco inny. Zaksa czy Skra nie są na miejscach, na których wszyscy by oczekiwali. Mają na razie słabszy sezon, ale w przyszłym zapewne wrócą do czołówki. My zawsze mamy ten sam cel - by kolejny sezon był lepszy od poprzedniego - więc siłą rzeczy te medale przyjdą. A czy to będzie za rok, dwa czy trzy - my robimy swoje i spokojnie czekamy. Bazujemy na pracy opartej na zaangażowaniu i myślę, że w końcu będziemy walczyć o najwyższe trofea - podsumowuje działacz.

Lustrowanie w stylu Zaksy. Trener, którego miało nie być

Obaj założyciele klubu w przeszłości grali w niższych ligach. Przed awansem do PlusLigi to oni odpowiadali za skład drużyny. Po dostaniu się do ekstraklasy budowa odbywała się już na bazie rozmów i konsultacji z trenerami. Zaksa zasłynęła kilka lat temu tym, że przed nawiązaniem współpracy z danym siatkarzem zwracała uwagę nie tylko na jego poziom sportowy, ale i osobowość. Działacze z Lublina podchodzą do tego podobnie.

- Angażując zawodników, zawsze staramy się ich "przelustrować" wcześniej. Nie tylko jako sportowców, ale i ludzi. Jacy są poza halą. Bo raz, że później dbają lub nie o dobre imię klubu, to przede wszystkim chodzi o znaczenie zespołowości w siatkówce. Ten team spirit jest równie ważny co poziom sportowy. Jak na razie udaje nam się charakterologicznie dobrze komponować drużynę - podkreśla Krzeczek.

Do klubu tego trafiło już w ostatnich latach kilku zawodników, którzy mieli wcześniej lepsze i gorsze momenty w karierze. Jednym z nich jest choćby rozgrywający Marcin Komenda. Zarówno on, jak i inni zawodnicy chwalą klub z Lublina za tworzenie rodzinnej atmosfery i zapewnianie dużego wsparcia. A działacze podkreślają, że kluczem jest zrozumienie i ludzkie podejście. Pewnym testem był początek poprzedniego sezonu, który zespół zaczął od sześciu porażek.

- W takiej sytuacji można się zacząć martwić czy denerwować sytuacją. Oczywiście, są rozmowy - ze sztabem i zawodnikami - ale to są pytanie o to, czy coś im potrzeba, czy coś zmienić, co się dzieje. Nigdy nie naciskamy, bo zdajemy sobie sprawę, że to są profesjonaliści i zawsze chcą jak najlepiej grać. Sami graliśmy i wiemy, jaka presja ciąży na zawodnikach, a tym bardziej na tym najwyższym poziomie rozgrywkowym. Bo wtedy jest ona nie tylko wewnętrzna, ale i zewnętrzna. Więc my jej już nie dokładamy, raczej staramy się być wsparciem. Pozytywna energia jest dużo lepszym rozwiązaniem, a negatywna może tylko pogorszyć sytuację - tłumaczy wiceprezes.

W tym sezonie drużyna zbiera wiele pochwał w środowisku siatkarskim - za wyniki i styl. Komplementy spływają też na trenera Massimo Bottiego, który dołączył do klubu latem. Pierwotnie to nie on miał teraz prowadzić ten zespół. Umowę podpisaną miał już bowiem Michał Mieszko Gogol i to on budował z działaczami skład na obecny sezon. Dostał jednak propozycję z Japonii, z której chciał skorzystać. Władze ekipy z Lublina zgodziły się, ale przyznają, że nie była to dla nich łatwa sytuacja z uwagi na termin.

- To był chyba już maj i rynek był dość mocno przebrany. Massimo pracował wtedy we Włoszech, ale władze jego klubu zmieniły zdanie co do dalszej współpracy. On też uznał, że chce zmienić klimat. Wiedzieliśmy, że to trener z dużym warsztatem, ale przede wszystkim bardzo dobry człowiek. Szybko sobie zjednuje otoczenie i to się sprawdziło. Obawialiśmy się tylko jednego - całą dotychczasową karierę, zawodniczą i trenerską, spędził we Włoszech. Nie znał więc innych realiów. Ale bardzo szybko się zaaklimatyzował. I mimo że pracuje z drużyną, w której budowie nie brał udziału, to świetnie sobie radzi - chwali 50-letniego szkoleniowca działacz Bogdanki LUK Lublin.

Wyniki lepsze niż budżet. Lublin głodny siatkówki. Wykorzystać darmową halę

Klub ten nie jest może skupiskiem gwiazd światowego formatu, ale nie da się wykluczyć, że w niedalekiej przyszłości będzie ich tam coraz więcej. Od tego sezonu występuje tam zbierający bardzo dobre recenzje libero reprezentacji Brazylii Thales Hoss. Komendy - który ma za sobą występy w reprezentacji Polski, a w Lublinie odbudował formę - też nikomu z kibiców siatkówki nie trzeba przedstawiać. W tym sezonie zgarnął już cztery statuetki dla MVP meczu. Sportowo jak na razie drużyna plasuje się tuż za czołówką, a jak wygląda kwestia budżetu?

- Nie jesteśmy najbogatszym, ani najbiedniejszym klubem w lidze. Miejsce, które zajmujemy w tabeli nie odpowiada temu, na którym plasujemy się pod kątem budżetu. W drugim przypadku na pewno jesteśmy parę oczek niżej. Nie chciałbym precyzować tego, jakim budżetem dysponujemy. Mogę zapewnić, że każdą złotówkę oglądamy trzy razy i zawsze zastanawiamy się, czy została wydana efektywnie - podkreśla Krzeczek.

Dodaje on, że klub zbudował już zaufanie na bazie wiarygodności finansowej. Magnesem dla potencjalnych nowych graczy są też nazwiska tych, którzy już się z nim związali.

Odkąd zespół rywalizuje w ekstraklasie jego mecze odbywają się w hali Globus im. Tomasza Wójtowicza, która może pomieścić ponad 4 tys. osób. Wcześniej rozgrywał swoje spotkania w dużo mniejszym obiekcie, w którym jest 860 miejsc. Przeprowadzka nastąpiła po awansie, a działaczom towarzyszyła niepewność.

- Przez sezon covidowy, gdy graliśmy przy pustych trybunach, nie mieliśmy możliwości budowania i podtrzymywania więzi z widzami. Promowaliśmy potem nasze mecze, ale nie mieliśmy jak otrzymać informacji zwrotnej. Ale naszedł pierwszy pojedynek z Jastrzębskim Węglem i efekt nas powalił. Przyszło 3,5 czy 3,7 tys. osób. Poczuliśmy wielką ulgę (uśmiech). Wiedzieliśmy, że chyba będzie dobrze. I jest. W dwóch pierwszych sezonach mieliśmy drugą średnią frekwencję w lidze. Na każde spotkanie przychodziło ok. 2,5 tys. osób. Kolejny sukces odnieśliśmy w bieżących rozgrywkach - po raz pierwszy sprzedaliśmy wszystkie bilety, czyli 4,2 tys. - opowiada zadowolony Krzeczek.

Sukcesem samym w sobie jest też awans do turnieju finałowego PP w Krakowie. Lublinianie w sobotnim półfinale zmierzą się z Jastrzębskim Węglem, najbardziej utytułowaną ekipą w stawce. Atutem drużyny Bottiego, która jest underdogiem, jest zaś brak presji.

- Gdy w pierwszym sezonie istnienia klubu rywalizowaliśmy w półfinałach III ligi, to graliśmy same długie mecze, ale my z Krzyśkiem cały czas byliśmy w świetnych humorach. Do tego stopnia, że zawodnicy dziwnie na nas patrzyli (śmiech). Powiedzieliśmy im wtedy: "Panowie, mamy za darmo halę i gramy ile się da". Tak samo żartobliwie można powiedzieć teraz pod kątem PP - mamy za darmo halę w Krakowie i gramy ile się da. Na nas, z całej tej czwórki, spoczywa najmniejsza presja. Ale na pewno nie jest tak, że przyjechaliśmy tylko po to, by odwiedzić Kraków. Ambicji nam nie brakuje, a co będzie, to zobaczymy - podsumowuje działacz.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.