Były trener Polaków stał się największym rywalem. "Osiągnęliśmy punkt krytyczny"

Agnieszka Niedziałek
Andrea Anastasi nie ma problemu ze wskazaniem gracza, którego chętnie ukradłby Jastrzębskiemu Węglowi. W środowy wieczór będzie zaś chciał wyeliminować tę drużynę w ćwierćfinale Ligi Mistrzów i tym samym zakończyć marzenia o kolejnym wielkim triumfie polskiej siatkówki. Trener Piacenzy i były szkoleniowiec Biało-Czerwonych typuje też w rozmowie ze Sport.pl olimpijskie podium w Paryżu i wskazuje największy problem Nikoli Grbicia.

Andrea Anastasi w środowy wieczór może zostać bohaterem kibiców Gas Sales Daiko Piacenzy, ale wtedy zasmuci kibiców Jastrzębskiego Węgla i fanów polskiej siatkówki. Albo 63-letni szkoleniowiec drugi sezon z rzędu nie będzie miło wspominał rywalizacji z klubami PlusLigi. Włoch powtarza, że kraj nad Wisłą to jego drugi dom, co nie dziwi, biorąc pod uwagę, że przepracował w nim 11 lat. Najpierw jako trener kadry, potem prowadząc Trefl Gdańsk i Projekt Warszawa. Ze stołecznym klubem pożegnał się w 2022 roku, ale do Polski wrócił już kilka miesięcy później. Wtedy w półfinale Ligi Mistrzów z naszpikowaną gwiazdami Sir Safety Perugią nie sprostał Zaksie Kędzierzyn-Koźle, która następnie triumfowała w tych rozgrywkach po raz trzeci z rzędu. Teraz w ćwierćfinale o awans do czwórki jego obecna drużyna walczy z jastrzębianami, finalistami poprzedniej edycji. I choć to Piacenza wygrała pierwsze spotkanie 3:2, to Anastasi zapewnia, że niczego to nie zmienia w rewanżu. 

Zobacz wideo MKS Będzin wygrał w Białymstoku i prowadzi w pierwszej lidze. Grzegorz Pająk: Wygraliśmy zagrywką

Agnieszka Niedziałek: Mówił pan przed rozpoczęciem ćwierćfinałów, że Piacenza i Jastrzębski Węgiel to najmocniejsza para na tym etapie Ligi Mistrzów. Ale chyba zgodzimy się, że pierwsze spotkanie we Włoszech nie zachwycało pod kątem jakości gry obu drużyn.

Andrea Anastasi: Z pewnością. Popełniliśmy wiele błędów, Jastrzębie też nie grało tak stabilnie jak zwykle. Ale jak przystępujesz do tak trudnego spotkania, któremu towarzyszą wielkie emocje, presja itp., to takie coś może się zdarzyć. Myślę, że w środowy wieczór będzie już pod tym względem w porządku. Niemożliwym jest, by zagwarantować, że wszystko będzie idealnie, ale wciąż podtrzymuję opinię, że to najlepsza para ćwierćfinału. I mam nadzieję, że rewanż będzie meczem na wysokim poziomie z obu stron.

W pamięci po tym ubiegłotygodniowym zostało mi 27 punktów, które gracze Piacenzy oddali tydzień temu rywalom po błędach w elemencie, który wskazał pan wcześniej jako kluczowy, czyli serwisie. I to we własnej hali.

- Zgadza się. Tych błędów było zdecydowanie za dużo. To był naprawdę dziwny mecz z naszej strony, bo przez cały czas nie mogliśmy się wstrzelić zagrywką. Nasi najlepsi gracze w tym elemencie nie byli wtedy w dobrej formie. Przykładowo Yuri Romano miał wtedy sporą gorączkę. Tak naprawdę nie mogłem niczego od niego wymagać. Nasza zagrywka nie działała w ogóle w tym spotkaniu. Jedną z rzeczy, którą musimy robić lepiej teraz, bez wątpienia jest właśnie zagrywka.

Jak obecnie wygląda sytuacja zdrowotna w pana drużynie?

- Wydaje się być w porządku. W tym sezonie właściwie cały czas mieliśmy problemy, ale teraz jest już OK. Dotyczy to m.in. kolana Yoandy'ego Leala. W pierwszym meczu z Jastrzębiem miałem jedynie kłopot z atakującymi. Fabrizio Gironi miał za sobą półtoramiesięczną przerwę z powodu urazu pleców, a wspomniany wcześniej Romano przystępował do meczu z wysoką temperaturą. Ale to już też przeszłość. Na treningu widać, że chłopaki są zmotywowani i dobrze się czują. Jestem bardzo zadowolony z obecnej sytuacji kadrowej.

Wspomniał pan o braku stabilności w grze drużyny Marcelo Mendeza tydzień temu. Zaskoczyło pana, że zabrakło jej właśnie w tak ważnym spotkaniu?

- Powiedziałbym, że tu wiele zależy od rywala. To, jakim zespołem jesteśmy my, przyczyniło się do tego, że jastrzębianie nie mogli zagrać tak jak zwykle. Nasze style różnią się - oni są bardziej techniczną drużyną i stosują swoje rozwiązania. Przeszkodziliśmy im w tym, by były skuteczne. Ale niezależnie od tego myślę, że w rewanżu i tak zagrają zdecydowanie lepiej.

Nie negując tego wpływu Piacenzy, nie ma pan też poczucia, że być może mistrzów Polski złapała zadyszka? Że dały o sobie znać skutki napiętego grafika oraz intensywnego lata kadrowiczów?

- Mogło tak być. Miałem ten problem z Romano, który występował latem w reprezentacji cały czas. Potem nabawił się kontuzji mięśnia brzucha, przez co stracił dwa miesiące. Wiele czasu zajął mu powrót do normalnego poziomu. Teraz jest ok, ale wielu zawodników grało całe lato. U mnie w zespole dotyczy to także np. Ricardo Lucarellego czy Antoine Brizarda. To naprawdę trudna sytuacja. Jastrzębie też się z tym mierzy - wystarczy wspomnieć o Norbercie Huberze czy Tomasz Fornalu.

Przed rewanżem tych zespołów każdy ma inny atut. Piacenza nieznacznie, ale wygrała pierwszy mecz, a Jastrzębie gra teraz u siebie. Co ma większe znaczenie?

- Ten mecz zaczniemy od wyniku 0:0 i to podkreślałem od razu po pierwszym spotkaniu w rozmowie z moimi zawodnikami. Fakt, wygraliśmy tydzień temu, ale tylko 3:2. Gdyby to było 3:1, to mogłoby to robić różnicę, ale co zmienia 3:2? Absolutnie nic. Żeby awansować i tak trzeba znów wygrać [przy porażce 2:3 Piacenza do awansu potrzebowałaby zwycięstwa w rozgrywanym od razu "złotym secie" - red.], a to nie będzie łatwe. Ale takie są zasady w LM - by daleko zajść, to trzeba być mocnym i pokonywać silnych rywali. Mam nadzieję, że nasz pomysł na grę wypali. To, co mogę powiedzieć, to na pewno trzeba będzie mocno walczyć.

Za wymowny sygnał co do poprawy sytuacji w pana drużynie można uznać niedzielny mecz ligowy. Wygrana 3:0 z Cucine Lube Civitanova robi wrażenie.

- Zgadzam się, poszło nam bardzo dobrze. Mamy teraz odpowiednią mentalność, gra wygląda nieco lepiej, część zawodników wraca do formy. Nie zawsze jest idealnie, ale nie jesteś w stanie grać tak cały sezon. Zwłaszcza jeśli nie masz najmłodszego zespołu. Takie Trentino ma młodszych graczy i ma to przełożenie na ich wytrzymałość. U mnie jest więcej bardziej doświadczonych graczy, a z taką grupą inaczej się pracuje. Ale jak mówiłem, teraz jest naprawdę dobrze.

Czy to niedzielne spotkanie z Lube było tak dobre, że nic by już pan nie zmienił i chciałby powtórki teraz w LM?

- Patrzę na to w ten sposób - takie mecze to duże wyzwanie. Dają one obraz tego jak grać z mocnymi rywalami. A jak wspomniałem - jastrzębianie to świetny zespół. Prezentują grę, jaką lubię oglądać. Podoba mi się ich podejście do meczu. Specyfikę techniczną i taktyczną, którą można dostrzec w tym sezonie. Grać przeciwko nim to czysta przyjemność.

Kiedy patrzymy na nazwiska w obu drużynach, to nasuwają się na myśl pojedynki gigantów - na środku Robertlandy Simon kontra Huber, na rozegraniu Brizard vs Benjamin Toniutti itd. Na której pozycji Piacenza ma przewagę?

- Nie sądzę, byśmy mieli przewagę na którejś. Jak pani mówiła, jest tu wielu znakomitych graczy po obu stronach. Spójrzmy na samo rozegranie i to już wystarczy.

To inaczej - gdyby mógł pan sprowadzić do swojej drużyny jednego zawodnika jastrzębian, to kto by to był?

- Bardzo lubię Fornala. Ma w swojej grze coś więcej, jest uniwersalny. Myślę, że wiele osób się ze mną zgodzi, potrafi zmienić kierunek w każdej chwili. Toniuttiego też bardzo cenię i lubię, jest niesamowity. Ale gdybym miał kogoś skraść Jastrzębskiemu Węglowi, to Fornala.

Przed rozpoczęciem rywalizacji w ćwierćfinale LM mówił pan, że już awans do ćwierćfinału to bardzo dobry wynik. Chodziło o zdjęcie z drużyny presji takim przedstawieniem sprawy czy to realistyczna ocena jej możliwości i nadal pan tak uważa?

- Stale powtarzam, że LM jest ważna. W Serie A w fazie play-off mamy osiem naprawdę mocnych drużyn i tam naprawdę każdy może wygrać z każdym. Ale teraz nasza uwaga skupia się na LM. Przed tym ćwierćfinałem nie byliśmy w najlepszym momencie - przegraliśmy kilka meczów na krajowym podwórku, mieliśmy kłopoty. Zauważyłem zmianę nastawienia u chłopaków. Powiedziałem im więc, że osiągnęliśmy punkt krytyczny i konieczne jest, byśmy zaczęli grać lepiej.

To pana pierwszy rok pracy w Piacenzie, który poprzedził sezon w Sir Safety Perugii. Nie jest tajemnicą, że w tym drugim klubie w ostatnich latach stale są wielkie oczekiwania. W obecnym jest nieco spokojniej pod tym względem?

- Powiedziałbym, że tak samo. Nie widzę znaczącej różnicy. Moim zdaniem zawsze jest presja, motywacja. Na meczu w Jastrzębiu-Zdroju będzie właściciel klubu i wszystkie inne ważne postacie. Bo bardzo zależy im na drużynie. Tak to jest z mocnymi zespołami. Swoją drogą, spójrzmy na to, co wydarzyło się w Zaksie Kędzierzyn-Koźle. Były problemy i najpierw zmieniono trenera, a potem prezesa. Zaskoczyło mnie zwolnienie szkoleniowca w tej sytuacji, bo jak miał pracować, kiedy przez cały sezon praktycznie wypadali mu ważni gracze. Co mógł zrobić? Wracając do pytania - presja i stres są cały czas. Nie myślę więc o tym zbytnio.

Wspomniał pan o Zaksie. Głośno było o tym, że po jednej z rozczarowujących porażek obecnie były prezes miał wkroczyć do szatni i zarzucać liderom brak zaangażowania. Pamięta pan taką sytuację z własnej pracy zawodowej? W Perugii miał pan do czynienia z Gino Sircim, który zasłynął z żywiołowego i kontrowersyjnego zachowania.

- Takiej sytuacji nie pamiętam za bardzo, szczerze mówiąc. Ale tak, Perugia to pod tym względem specyficzne miejsce. Jest tam wymóg nieustannego wygrywania. To trudne miejsce do pracy dla każdego trenera. Dopóki wygrywasz jest ok, ale jak nie, to przygotuj się na to, że będzie problem.

Wydaje się, że Zaksa chyba powoli wraca na właściwe tory. Choć pytanie, ile w tym udziału wskazanych zmian personalnych, a ile poprawy sytuacji zdrowotnej w drużynie. Uważa pan, że takie decyzje w trakcie sezonu mogą zadziałać dobrze czy zwykle nie pomagają?

- Nie wiem, co odpowiedzieć. Naprawdę nie wiem. Siatkówka bez wątpienia zmienia się. Stajemy się coraz bardziej podobni do piłki nożnej. W przeszłości dawano trenerowi więcej czasu na spokojną pracę. To była miła perspektywa. Teraz trzeba radzić sobie z większą presją. Jak masz z tym problem, to lepiej zmienić zawód.

Właściciel Piacenzy stale jeździ na mecze wyjazdowe czy to wyjątkowa sytuacja ze względu na wagę spotkania?

- Poza Włochy nie zawsze jeździ, jest bardzo zajęty prowadzeniem wielkiej firmy. Ale kocha siatkówkę, choć nie jest ona jego głównym zajęciem. Jest na każdym domowym meczu. Klub jest młody, ale historia siatkówki w Piacenzie jest długa. Miło obserwować duże zainteresowanie drużyną miejscowych kibiców. Staramy się ich uszczęśliwiać i mam nadzieję, że zapewnimy im dobry mecz w środowy wieczór.

Podobno śledzi pan nadal na bieżąco sytuację w PlusLidze.

- Oglądam bardzo dużo jej meczów. Może nie wszystkie, ale sporo. Kiedy tylko mogę.

Z oglądaniem wszystkich problem mają nawet polscy kibice, bo przy 16 drużynach i transmisjach z wszystkich spotkań wielu złapało już przesyt. Podobno uważa pan, że poziom się obniżył przy tak dużej stawce.

- Tak, sądzę, że drużyn jest obecnie za dużo. Uważam, że dobrym ruchem jest zatwierdzone już pomniejszenie do 14. Dla mnie to maksymalna opcja. Ta z 16 ekipami nie ma sensu. Trzeba pamiętać o tym, jaką promocją ligi są poszczególne mecze. We Włoszech np. jak mierzysz się z ostatnią drużyną w tabeli i nie zagrasz dobrze, to możesz przegrać. W Polsce trudno sobie coś takiego wyobrazić.

Serie A z kolei w porównaniu z PlusLigą zezwala na większą liczbę obcokrajowców. Nie brakuje głosów, że jest to problem dla reprezentacji Italii, która staje się przez to słabsza.

- To prawda, zgadzam się z taką opinią. Ale z drugiej strony, jak chcesz mieć mocną ligę, to musisz ją otworzyć na zagranicznych zawodników. Znów powołam się tu na przykład piłki nożnej, w której w mocnych klubach jest wielu obcokrajowców. To niemal norma. Oczywiście, z punktu widzenia kadry to może być problem, ale z drugiej strony - Włosi to obecnie mistrzowie świata i wicemistrzowie Europy. Wciąż więc mają świetne wyniki. Znalezienie idealnego kompromisu nie jest tu łatwe.

Na koniec wybiegnijmy nieco w przyszłość. Za niespełna pół roku igrzyska, a pan był jednym z trenerów, którzy prowadząc reprezentację Polski doświadczyli presji związanej z wyczekiwanym od dawna medalem olimpijskim i tzw. klątwy ćwierćfinału. Myśli pan, że w przypadku Nikoli Grbicia - z uwagi na ostatnie dwa lata sukcesów - ta presja będzie jeszcze większa?

- Uważam, że Nikola to najlepsze rozwiązanie dla waszej kadry. To niesamowity facet, który ma wiele motywacji, wyniósł drużynę na niesamowity poziom i osiąga z nią świetne wyniki. A to nie jest łatwe. Igrzyska też nie są, wszyscy to wiemy. Nieraz bardzo dobre zespoły nie radzą sobie z tą presją. Ale według mnie obecnie Polska jest jednym z najlepszych zespołów na świecie. Trudność, jaka pojawi się teraz przed Nikolą, to przede wszystkim wybranie składu na turniej olimpijski. Samych przyjmujących wystarczyłoby na zapełnienie go w połowie. Myślę, że z "szóstką" może mu pójść łatwiej, ale wskazanie całego składu to będzie trudna decyzja. 

Na papierze Polska będzie bardzo mocna, ale na kilka miesięcy z gry wypadli choćby dwaj kluczowi gracze - Aleksander Śliwka i Jakub Kochanowski...

- Fakt, obaj mają za sobą świetne lato, Śliwka wygrał jeszcze wcześniej LM. Może być im trudno wrócić do topowej formy.

Nie ma to wpływu na pana ocenę siły Polaków w igrzyskach w Paryżu?

- Nie, nie sądzę, by to miało znaczenie. Niezależnie od tego są mocnym zespołem. Inne zespoły też przerabiają takie historie. Włosi w drugiej części poprzedniego sezonu stracili dwóch wspaniałych środkowych - Roberto Russo i Simone Anzaniego. W polskiej drużynie jednak nie brakuje bardzo dobrych zawodników, którzy mogą zastąpić w razie potrzeby wspomnianą dwójkę.

W takim razie na koniec poproszę o wytypowanie składu olimpijskiego podium w Paryżu.

- Uuu, trudne pytanie na koniec mi się dostało. Polska, Włochy, USA. Te trzy ekipy wydaj się mieć coś więcej niż inne.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.