Polski klub o krok od upragnionego "pucharu o nic". A tu taki cios

Agnieszka Niedziałek
Dla niektórych to "puchar o nic", ale siatkarze Projektu Warszawa pragną zwieńczyć dzieło po wygranej w pierwszym meczu finału Pucharu Challenge. Chcą nadrobić to, co nie udało się 12 lat temu. - Wtedy przegraliśmy przeze mnie, teraz wygramy "przeze mnie" - zapowiada w rozmowie ze Sport.pl Damian Wojtaszek. Warszawscy siatkarze radzą sobie, mimo że w składzie brakuje dwóch graczy, którzy mieli być postrachem dla rywali. Wygląda na to, że w nowym sezonie zespół nieco się zmieni.

Piąty w poprzednim sezonie PlusLigi Projekt liczył w lecie, że dostanie od Europejskiej Konfederacji Piłki Siatkowej (CEV) "dziką kartę" do Pucharu CEV. To prestiżowe, drugie w hierarchii rozgrywki w Europie. Na nadziejach się skończyło i klubowi z Warszawy przyszło rywalizować na trzecim poziomie, w Pucharze Challenge. I choć to niezbyt doceniana w środowisku rywalizacja, to stołeczny klub ma dzięki temu szansę dopiąć swego po 12 latach. Ważny krok w tym kierunku wykonał w środę, pokonując u siebie, w pierwszym meczu finałowym, Mint Vero Volley Monzę 3:1.

Zobacz wideo Projekt Warszawa jako pierwszy z awansem do turnieju finałowego TAURON Pucharu Polski. Jan Firlej: Trzymaliśmy poziom

Pomógł dodatkowy demon. Nadrobić w "pucharze o nic" sytuację sprzed 12 lat

Warszawiacy wygrali, choć w czwartym secie byli w opałach (5:11) i fani powoli szykowali się na tie-breaka.

- W tym meczu było sporo falowania. Raz seta wygrywaliśmy my, raz oni. Wypadało, że czwarty powinien być ich, ale zdenerwowaliśmy się trochę. Podczas przerwy powiedziałem, że nie wyobrażam sobie, żebyśmy grali kolejnego seta, że musimy wierzyć, walczyć i zrobić wszystko, by wygrać tę partię. Chłopaki chyba wierzyły lub uwierzyły. Punkt po punkcie odrabialiśmy stratę i złapaliśmy wiatr w żagle. Kibice zaczęli pomagać, rywalom podcięło skrzydła, a na koniec Artur wykończył ich w pojedynkę - podsumował w rozmowie ze Sport.pl trener warszawskiej drużyny Piotr Graban.

Artur Szalpuk rzeczywiście sprawdził się w roli kata. Wcześniej przyjmującemu, który jest jednym z liderów Projektu, szło w tym spotkaniu różnie. Ale gdy w końcówce wszedł na zagrywkę, to trzy razy z rzędu wypunktował graczy Monzy.

- Jeśli jest szansa, to musimy - mówiąc brzydko - dobijać przeciwników, zagarniać to zwycięstwo. To jest nasz atut. Chciałbym, żeby tak zawsze było, że po tym umownym 20. punkcie, w końcówce, wchodzi w nas demon, dodatkowe siły. Wtedy musimy pokazać, jak mocną drużyną jesteśmy. Bo to są te najważniejsze momenty - argumentuje szkoleniowiec.

Rewanż odbędzie się we wtorek we Włoszech. Pierwotnie warszawska drużyna w niedzielę miała rozegrać jeszcze mecz ligowy ze Skrą Bełchatów, ale został on przełożony. Władze Monzy miały mocno naciskać, by nie zmieniać terminu rewanżowego pojedynku w finale. Dzięki pomocnej dłoni Skry stołeczny zespół może się teraz skupić na rewanżu w Italii i później na turnieju finałowym PP.

Wojtaszek: Wtedy przegraliśmy przeze mnie, teraz wygramy "przeze mnie"

Za sprawą łączenia występów na krajowym podwórku z europejskimi pucharami Projekt odczuł na własnej skórze skutki bardzo napakowanego kalendarza. Graban opowiadał jakiś czas temu o skali trudności z tym związanych. Pod tym względem zasadność występu w Pucharze Challenge, który nie ma tego prestiżu co Liga Mistrzów czy choćby Puchar CEV, można było postawić pod znakiem zapytania. Teraz jednak, walcząc o trofeum, nikt już w zespole nie patrzy na to w ten sposób.

- To finał, nikt nam tego nie zabierze, jeśli wygramy. Mam nadzieję, że wykonamy ten drugi krok. Spotkały się tu dwie bardzo dobre drużyny. Monza ostatnio wygrała z kilkoma potentatami z Włoch i jest na fali. Gra dobrą siatkówkę, trochę inaczej niż inne kluby Serie A - bardzo szybko, opierają grę na przesuniętej krótkiej. To rzadkość. To fizyczny zespół i trzeba było wejść na najwyższe obroty mentalnie, by zagrać ten mecz. A to, czy to Puchar Challenge, Puchar CEV czy LM, to już nie ma dla nas znaczenia - podkreśla trener.

Na wcześniejszych etapach Projekt mierzył się ze znacznie słabszymi drużynami. Graban zapewnia jednak, że jego zawodnicy nie podchodzili do tamtych spotkań jak do zabawy. Ale przyznaje przy tym, że nie grali wtedy na sto procent możliwości.

- Tak na 70-80 proc. Trochę luzu czy marginesu sobie zostawialiśmy, żeby nie spinać się tak mocno i by nikomu nic się nie stało. Teraz, w pierwszym meczu finałowym, widać było, że to jest granie na sto procent. Że dajemy z siebie wszystko, co mamy. Nie patrzymy, nie kalkulujemy - podsumowuje szkoleniowiec.

Szansa na zdobycie Pucharu Challenge ma szczególne znaczenie dla Damiana Wojtaszka. 35-letni libero jako jedyny z obecnego składu grał w AZS Politechnice Warszawskiej, jak nazywała się wówczas stołeczna drużyna, gdy w sezonie 2011/12 wystąpiła w "polskim" finale tych rozgrywek. Lepszy okazał się Tytan AZS Częstochowa. Warszawski klub miał wtedy zastrzeżenia do pracy sędziów, a libero doznał kontuzji kostki.

- Wtedy przegraliśmy przeze mnie, teraz wygramy "przeze mnie" - mówi mi znany z poczucia humoru Wojtaszek.

Zaprzecza od razu, gdy pytam, czy nie miał nigdy poczucia, że lepiej byłoby oszczędzić siły spożytkowane na mecze Pucharu Challenge na rzecz ważnych spotkań w PlusLidze czy Pucharu Polski. 

- Wiem, że niektórzy mówią, że to taki puchar o nic, ale ja tak do tego nie podchodzę. Jest trofeum do zdobycia i chcemy je wywalczyć - deklaruje.

Mieli straszyć rywali, a oglądają mecze zza band. "Przynajmniej miesiąc, jak nie trochę dłużej"

Spotkanie na Torwarze zza band reklamowych obserwowali Piotr Nowakowski i Srecko Lisinac. Oglądają mecze z tego miejsca od początku sezonu i w najbliższym czasie, niestety, nic się w tym względzie nie zmieni. 

- Moja rehabilitacja trwa mniej więcej od miesiąca, jestem trzy miesiące po zabiegu. Powrót zajmie prawdopodobnie trzy, cztery miesiące - taką wersję przekazał grupie dziennikarzy Nowakowski w połowie października.

Mistrz świata z 2014 i 2018 roku urazu barku nabawił się pod koniec poprzedniego sezonu, w czasie ćwierćfinałowej rywalizacji w play-off z Zaksą Kędzierzyn-Koźle. Pierwotny scenariusz dotyczący powrotu był bardziej optymistyczny, ale w kolejnych tygodniach stało się jasne, że siatkarz nie uniknie zabiegu i dłuższej przerwy. Jednak i wersja z początku sezonu okazała się nadmiernie optymistyczna.

Bardziej skomplikowana niż zakładano jest też sytuacja Lisinaca, który według pierwotnego planu władz Projektu miał na środku razem z Nowakowskim być postrachem rywali. W maju mający kłopoty z odcinkiem lędźwiowym kręgosłupa Serb poddał się operacji, o której poinformował jeszcze jego poprzedni klub  Trentino Volley. Po pewnym czasie okazało się, że doszło do pewnych komplikacji. Pojawiła się wtedy wersja, że może wrócić w podobnym czasie jak Nowakowski. Teraz jednak nadal obaj obserwują występy i treningi kolegów z boku. Kiedy się to zmieni?

- Niestety, w dalszym ciągu nie jest to bliżej określony termin. Postępy są widoczne, jesteśmy coraz bliżej celu, ale myślę, że jeszcze przynajmniej miesiąc, jak nie trochę dłużej. Tak naprawdę będziemy to wiedzieć z dnia na dzień, za sprawą badań i rehabilitacji. Trudno będzie, by wrócili do końca rundy zasadniczej. Robimy wszystko, co można, ale to jest jeszcze na tyle daleko, że nie możemy określi terminu - zaznacza Graban.

Tłok wśród środkowych. Zmiany w składzie Projektu?

Tak naprawdę Nowakowski i Lisinac już mogą spisać sezon na straty. Nawet jeśli wznowią treningi z drużyną w fazie play-off w PlusLidze, to trudno sobie wyobrazić, by grali w większym wymiarze czasowym po tak długiej przerwie. Tym bardziej że Projekt nie ma powodu do paniki jeśli chodzi o tę pozycję - w dobrej formie jest Andrzej Wrona, a ostatnio świetnie radzi sobie Jurij Semeniuk. W gotowości jest też Jakub Kowalczyk. 

W przyszłym sezonie - według doniesień prasowych - do warszawskiego klubu ma dołączyć podstawowy środkowy reprezentacji Polski Jakub Kochanowski. A to sprawia, że zrobi się tam na tej pozycji duży tłok. Agencja menadżerska 31-letniego Lisinaca jakiś czas temu potwierdziła jego pozostanie w klubie. Nieoficjalnie zaś głośno jest o tym, że najprawdopodobniej nie zostanie przedłużona wygasająca po sezonie umowa 36-letniego Nowakowskiego.

Mimo nieobecności Nowakowskiego i Lisinaca Projekt radzi sobie świetnie. W PlusLidze zajmuje trzecie miejsce w tabeli, a w przyszłym tygodniu wystąpi w turnieju finałowym Pucharu Polski. Ale wcześniej do zgarnięcia jest - mimo wszystko cenne - europejskie trofeum.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.