Rollercoaster bez happy endu. Falstart mistrza Polski w walce o półfinał LM

Agnieszka Niedziałek
To był mecz pełen chaosu i błędów, który dla siatkarzy Jastrzębskiego Węgla był rollercoasterem bez szczęśliwego zakończenia. Finaliści poprzedniej edycji Ligi Mistrzów w pierwszym potkaniu ćwierćfinału tych rozgrywek przegrali na wyjeździe z Gas Sales Daiko Piacenzą 2:3 (25:19, 28:30, 16:25, 25:22, 11:15). Rewanż za tydzień w Polsce.

Środa była dniem ważnych meczów polskich klubów siatkarskich w europejskich pucharach. Projekt Warszawa wygrał 3:1 pierwszą odsłonę finału Pucharu Challenge (trzeci szczebel), Asseco Resovia Rzeszów w takim samym wymiarze odniosła zwycięstwo w pierwszym spotkaniu półfinału Pucharu CEV (drugi szczebel). Na deser został kibicom pierwszy mecz ćwierćfinału Ligi Mistrzów z udziałem Jastrzębskiego Węgla, ale ten deser miał gorzki smak. Powodu do paniki w ekipie mistrzów Polski na razie nie ma, ale w rewanżu będą musieli zagrać zdecydowanie skuteczniej.

Zobacz wideo "Zacząłem więcej podążać za wskazówkami trenera". Norbert Huber po meczu z Asseco Resovią

Jastrzębianie ostatnią nadzieję na kontynuację serii. Podwójna zmiana ról

Przyzwyczailiśmy się już w ostatnich latach do obecności w fazie pucharowej LM przede wszystkim Zaksy Kędzierzyn-Koźle. W obecnym sezonie jednak triumfatorzy trzech ostatnich edycji tych prestiżowych rozgrywek mierzą się z bardzo dużym kryzysem i udział w LM zakończyli już na barażu o ćwierćfinał. Szansę na czwarty kolejny triumf polskiego klubu mają już tylko jastrzębianie (Resovia odpadła po fazie grupowej), choć na półmetku rywalizacji o awans do półfinału niewielką przewagę ma Gas Sales Daiko Piacenza.

Jastrzębianie mocno szykowali się do tej części sezonu z kilkoma ważnymi występami - bo zaczęli walkę w fazie pucharowej LM, a na początku marca czeka ich turniej finałowy Pucharu Polski. To właśnie dlatego w ostatnich tygodniach ciężej trenowali, a w ostatnim meczu ligowym trener Marcelo Mendez dał odpocząć kilku czołowym graczom. I tym należy tłumaczyć zaskakującą porażkę 0:3 z Barkomem Każany Lwów. Piacenza notuje zaś ostatnio kiepską serię - przegrała cztery z pięciu poprzednich pojedynków i już wcześniej zaczęto wspominać, że drużyna Andrei Anastasiego - byłego trenera reprezentacji Polski i dwóch klubów PlusLigi - jest w kryzysie.

Czwarta obecnie ekipa Serie A ma w składzie wiele gwiazd, więc taka słabsza postawa jest rozczarowaniem. Za rozegranie odpowiada tam mistrz olimpijski z Tokio Antoine Brizard (były gracz Projektu), na środku króluje potężny Kubańczyk Robertlandy Simon, przyjęcie obstawiają reprezentanci Brazylii Ricardo Lucarelli i Yoandy Leal, a na ataku pewne miejsce ma mistrz świata i wicemistrz Europy Yuri Romano. Ale w pierwszym secie cały ten gwiazdozbiór był wielkim chaosem. Grzech mistrzów Polski polega na tym, że w dalszej części spotkania dopuścili do tego, że rywale się odbudowali, a oni sami zaczęli grać bojaźliwie i nieskutecznie. Choć potem role odwróciły się, by pod koniec znów doszło do zamiany.

"Potykają się na razie na prostej drodze". Simon zmorą jastrzębian

- Potykają się na razie na prostej drodze - ocenił w trakcie seta otwarcia poczynania włoskiego zespołu komentujący mecz w Polsacie Sport Wojciech Drzyzga. I tak to rzeczywiście wyglądało. Zaczęło się od prowadzenia 4:0 jastrzębian, głównie po błędach miejscowych. Cieniem samego siebie byli wtedy Lucarelli i Romano. Apele Anastasiego o cierpliwość i przerwy brane w krótkim odstępie czasu na nic się zdały. Nerwów nie brakowało po obu stronach, zwłaszcza na zagrywce (po osiem błędów w tym elemencie). Przyjezdnym czasem dopisywało szczęście - np. przy akcji na 19:13, gdy Jurij Gladyr omyłkowo sięgnął piłkę przeznaczoną dla przyjmującego atakującego z drugiej linii i posłał ją daleko w aut. Uratował go błąd dotknięcia siatki rywali. Partię zakończył atakiem Fornal, który wcześniej miał duży problem w skuteczności w tym elemencie.

Gospodarze przebudzili się nieco i druga odsłona była znacznie bardziej wyrównana. Po trzech blokach z rzędu jastrzębianie prowadzili 9:7. Kilka akcji później Anastasi ściągnął bardzo nieskutecznego Romano. Można się było jeszcze uśmiechnąć, gdy Rafał Szymura przyjął zagrywkę głową i po kontrze rywali było 11:11, ale potem już kibicom mistrzów Polski do śmiechu nie było.

Prowadzili 19:18 i zaczęła się czarna seria. Znacznie lepiej spisywał się już Lucarelli, który skończył ważną akcję, a potem na zagrywkę poszedł Simon, który okazał się wielką zmorą ekipy Mendeza. Piacenza zdobyła wtedy trzy punkty z rzędu - blok na Szymurze, zepsuty atak Jeana Patry'ego, as Kubańczyka i zrobiło się 19:22. Teraz chaos był po stronie gości. Mieli jeszcze piłkę setową, ale jej nie wykorzystali, a ze swojej piątej skorzystali gospodarze. Znów na zagrywce był Simon, a Szymura nadział się na blok.

Frustracja i niemoc. Radość skończyła się na początku tie-breaka. Piacenza oddała ponad seta błędami na zagrywce

Rozstrzygnięcie tej partii i zagrywki potężnego środkowego całkowicie rozstroiły mistrzów Polski. Byli coraz bardziej sfrustrowani własną niemocą. Tomasz Fornal mocno zdenerwował się po zepsutej zagrywce, po której było 2:4. Mendez poprosił o przerwę po stracie dwóch kolejnych "oczek", ale bez efektu. Niedługo zszedł z parkietu Szymura, który nie kończył ataków, lecz jego koledzy też byli w tym elemencie zwykle bezradni. Piacenza z kolei złapała luz i jej przewaga rosła. Gdy gospodarze prowadzili 22:15, to szkoleniowiec jastrzębian dał chwilę oddechu Benjaminowi Toniuttiemu i Patry'emu. Włoska drużyna zaś bez żadnego problemu przypieczętowała sukces w tej partii.

Trudno było o optymizm kibiców polskiego klubu, gdy na początku czwartej odsłony Norbert Huber został zatrzymany na środku pojedynczym blokiem. Po chwili gospodarze prowadzili 6:5, bo za dyskusję z sędzią czerwoną kartkę dostał Toniutti. Ale na szczęście dla mistrzów Polski potem to rywale ich wpuścili do gry. Zawodnicy Anastasiego zaczęli słabiej zagrywać i znów się częściej myli. Zawodził Leal, a skuteczność poprawił m.in. Szymura. Ten ostatni błysnął, gdy przyjął bardzo trudną piłkę, błyskawicznie się zebrał z parkietu i skończył atak. Jastrzębianie prowadzili, ale wciąż było to prowadzenie podszyte nerwowością - przy przewadze 23:20 stracili dwa punkty z rzędu. Bohaterem nerwowej końcówki był Huber, który skończył na raty dwa ataki, a po drugim w euforii zderzył się klatką piersiową z Mendezem.

Dobre humory skończyły się jednak już na samym początku tie-breaka, który zaczął się od stanu 2:0 dla Piacenzy. Wrócił na boisko Romano, który prezentował się już znacznie lepiej niż na początku spotkania i w parze z Lucarellim był główną siłą w ofensywie gospodarzy. Jastrzębianie nie bardzo mieli czym odpowiedzieć. Przez pewien czas tracili zwykle dwa punkty, ale od stanu 5:7 znów się posypało i po chwili przewaga rywali wynosiła już pięć "oczek". As Szymury w końcówce nieco zmniejszył straty, ale po chwili ostatni punkt w meczu zdobył Romano.

Obie ekipy okazały się bardzo szczodre względem rywali. Gracze Piacenzy oddali im za sprawą własnych błędów aż 40 punktów (w tym 27 z błędów na zagrywce). Zespół Mendeza miał ich o dziewięć mniej.

Rewanż za tydzień w Jastrzębiu-Zdroju. Mistrzowie Polski, by awansować, muszą wygrać 3:0 lub 3:1, bądź 3:2, a następnie w "złotym secie".

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.