To już koniec polskiej potęgi? "Tego, co zrobił prezes nie da się usprawiedliwić"

Łukasz Jachimiak
- Przez 28 lat ja sobie nie wyobrażałem, żebym sam w nerwach wchodził do szatni od razu po meczu, a już nawet nie mówię, że miałby mi tam wchodzić jakiś prezes. A jeśli to jeszcze zostało zrobione personalnie, w stosunku do Olka Śliwki, którego bardzo dobrze znam i wiem, jakim jest człowiekiem, to tego w żaden sposób nie da się usprawiedliwić - mówi Sport.pl Waldemar Wspaniały. Legenda kędzierzyńskiej siatkówki nie ma wątpliwości, że era wielkiej Zaksy kończy się nie tylko przez plagę kontuzji.

W środę w Ankarze Zaksa Kędzierzyn-Koźle przegrała z Halkbankiem 0:3 i odpadła z Ligi Mistrzów. Zespół, który wygrywał ją trzy razy z rzędu - w 2021, 2022 i 2023 r. - teraz nie awansował nawet do ćwierćfinału (pierwszy mecz z Halkbankiem Zaksa wygrała 3:2). To kolejne niepowodzenie klubu w tym sezonie. Wcześniej Zaksa nie zakwalifikowała się do ćwierćfinału Puchar Polski, a w tabeli PlusLigi zajmuje dopiero 10. miejsce i może być tak, że nie zakwalifikuje się do fazy play-off.

Zobacz wideo "Ten sezon jest dla nas koszmarny". Łukasz Kaczmarek po ostatnim meczu w 2023 roku

Kibice z Kędzierzyna-Koźla martwią się nie tylko niepowodzeniami z trwającego sezonu, ale i tym, co czeka Zaksę w najbliższych latach. Wiadomo, że wkrótce odejdą z niej Aleksander Śliwka, Łukasz Kaczmarek i Bartosz Bednorz, a to kluczowi gracze. Z niepokojem w przyszłość Zaksy patrzy też Waldemar Wspaniały, który w latach 1999-2004 poprowadził klub z Kędzierzyna do czterech mistrzostw Polski i dwóch turniejów finałowych Ligi Mistrzów.

Łukasz Jachimiak: Czy właśnie oglądamy koniec wielkiej Zaksy? Oczywiście jasne jest, że nikt nie będzie wygrywał wiecznie i pewnie też nikt nie robiłby dramatu z tego, że po wygraniu Ligi Mistrzów trzy razy z rzędu Zaksa właśnie odpadła na wczesnej fazie, w walce o wejście do ćwierćfinału. Ale dramatem jest to wszystko, co się w Zaksie dzieje, bo chyba zgodzi się pan, że problemy są nie tylko ze zdrowiem, z kontuzjami, że to nie wyłącznie pech, tylko że coś w klubie przestało działać?

Waldemar Wspaniały: Czy to jest koniec wielkiej Zaksy? Ten sezon jest na pewno bardzo zły, ale jeszcze nie jest stracony, bo jeszcze można zagrać w lidze o medale, nawet o mistrzostwo Polski.

Wierzy pan w to? Wyciągając wnioski z wydarzeń ostatnich miesięcy trzeba chyba zastanawiać się raczej nad tym czy Zaksa w ogóle wejdzie do ósemki i zagra w fazie play off, a nie nad tym czy wywalczy mistrzostwo.

- Wierzę, ale ja trochę inaczej do tego podchodzę. W dalszym ciągu jestem związany z tym klubem, z tymi ludźmi, którzy tam pracują i grają. Jestem związany z całym środowiskiem Zaksy. Ostatnio byłem na meczu z Resovią, ludzie mnie pytali, zmartwieni co się dzieje. Cały czas też ludzie do mnie dzwonią i zadają podobne pytania jak pan. Mówię o różnych ludziach ze środowiska. Wszyscy się martwią, bo nie wygląda to dobrze. Sezon zaczął się świetnie, od zdobycia Superpucharu Polski, ale szybko wszystko się posypało. Nie możemy nie mówić o problemach zdrowotnych, bo to ma bardzo duże znaczenie. Przecież w Ankarze kontuzja Bartosza Bednorza też mogła mieć decydujące znaczenie - nikt nie jest w stanie powiedzieć, jak potoczyłby się rewanż z Halkbankiem, gdyby Bednorz nie miał urazu i mógł zagrać do końca. Ja wierzę, że ci chłopcy jeszcze w tym sezonie powalczą. O ile rzeczywiście wejdą do ósemki. Przykro o tym w ogóle mówić, bo nie przypominam sobie tak złego sezonu w Kędzierzynie-Koźlu. Nawet jak po mojej erze trzeba było czekać na mistrzostwo 13 lat, to przez ten czas były i Puchary Polski, i srebrne medale PlusLigi, i był finał Pucharu CEV, czyli klub jednak przez ten czas miał jakieś sukcesy. A w ostatnich latach było wspaniale, bo przyszła era wielkiej Zaksy i teraz bardzo boli, że ona się kończy i jak się kończy.

Czyli jednak pan przesądza - to koniec.

- Wiemy doskonale, że za chwilę odejdzie trzech najlepszych zawodników [Aleksander Śliwka, Łukasz Kaczmarek i Bartosz Bednorz] i martwię się, co będzie dalej. Bo nie słyszę o takich czy innych działaniach i posunięciach odnośnie nowych zawodników.

Ja słyszę plotki, że do Zaksy mogą przyjść Wilfredo Leon i Michał Kubiak.

- Szczerze? Sorry, ale nie wierzę w to, że Wilfredo przyjdzie do Zaksy, bo wiem ile on kosztuje, ile zarabia. A co do Michała, to szacunek, naprawdę wielki szacunek, ale nie można w ten sposób budować zespołu. Przecież Zaksa i tak ma chyba najstarszy zespół w lidze, najbardziej doświadczony. Ten zespół potrzebuje trzech-czterech młodych chłopaków, którzy w przyszłości zastąpią gwiazdorów. Nie widzę, żeby Zaksa o takich zabiegała, a dwa nazwiska, które pan wymienił, są dla mnie utopią. Jeżeli pan prezes ma tyle pieniędzy, żeby ich ściągnąć, to się dziwię. Sam Leon to koszt czterech-pięciu milionów złotych rocznie. Nie wierzę, że klub i sponsorów stać na taki wydatek. O wzmocnieniach trzeba było myśleć wcześniej, nie teraz. Teraz to ja nie wiem, co będzie z Zaksą za rok i za dwa lata. To mnie martwi. Tak, kończy się piękna era. A ten koniec zaczął się od kontuzji, do których doszły problemy z komunikacją między prezesem a drużyną i trenerem. Zawsze się fajnie mówi, że jest świetna atmosfera, kiedy się wygrywa, ale prawdziwy sprawdzian tej atmosfery przychodzi wtedy, kiedy są problemy. Wtedy widać czy zespół i cały klub jest jedną, wielką rodziną. Tak powinno być, a w Zaksie tak teraz nie jest.

Dziwi mnie też zbyt późna zmiana trenera. Współczuję Adasiowi Swaczynie, który zaczyna swoją karierę w takich okolicznościach, że z różnych powodów to wszystko nie gra. Widzę te problemy, martwię się, ale jednak w sercu wierzę, że to nie musi być koniec wielkiej Zaksy. Może nie będzie tak, że wkrótce Zaksa znów wygra Ligę Mistrzów, ale z drugiej strony nikt nie może zapomnieć, że Zaksa trzy razy z rzędu tę Ligę Mistrzów wygrała. To trzeba zapamiętać na zawsze - tych chłopców, którzy przeszli do historii, tych trenerów, którzy się przecież często zmieniali, a dużo wnieśli, bo sukcesy osiągali i De Giorgi, i Gardini, i Nikola Grbić, i ostatnio Tuomas Sammelvuo, i Cretu między nimi. Każdy z nich przychodził po dużym osiągnięciu i potrafił dodać coś od siebie. Niestety, w tej chwili to wszystko się za bardzo pogmatwało.

No właśnie - i tu pytanie dlaczego się pogmatwało. Z Zaksy odchodzili trenerzy i ważni zawodnicy, a jednak rządzący klubem potrafili się w tym odnaleźć, utrzymywać poziom i nadal wygrywać Ligę Mistrzów. Wymowny był ten transparent "Świder, ratuj", który w grudniu wywiesili kibice Zaksy. Ich zdaniem Sebastian Świderski jako prezes robił zupełnie inną robotę niż robi prezes Piotr Szpaczek.

- Nikt w Kędzierzynie-Koźlu nie zapomni tego, co zrobił Sebastian. Ja to dobrze rozumiem, bo - przepraszam, że będę teraz troszeczkę narcystyczny - mnie też ludzie tam pamiętają i są wdzięczni za to, co robiłem jako trener na przełomie wieków. Sebastian po 13 latach przywrócił klubowi świetność, za jego rządów był wysyp złotych medali, największych, naprawdę ogromnych sukcesów. A co do prezesa Szpaczka, to nigdy nie jest tak, że jest winny tylko prezes, tak samo jak nigdy winny nie jest tylko trener. Każdy jakoś zawiódł, każdy sprawił, że w tej świetnie chodzącej maszynerii coś zazgrzytało i ją zatrzymało. Stąd te transparenty, stąd te telefony od różnych ludzi. Ja się tym ludziom nie dziwię, ja to środowisko znam, rozumiem, że ono jest przyzwyczajone do zwycięstw, do medali.

O jakich telefonach pan mówi?

- O tym, że do mnie dzwonią kibice i nie tylko kibice, ale różni ludzie. I wiem, że do prezesa też dzwonią. Z troską, z niepokojem. Trzeba w tej trudnej sytuacji działać spokojnie. Mam nadzieję, że niektóre sprawy pomiędzy prezesem a zespołem zostały już wyjaśnione, że jakaś część tego sezonu jest już zamknięta i że zawodnicy oraz sztab będą mogli się teraz skoncentrować tylko na tym, żeby wejść do play offów i walczyć o jak najlepszy wynik, bo w play offach wszystko się może zdarzyć i naprawdę mistrzostwo można zdobyć nawet z ósmego miejsca.

Moim zdaniem błędem nie do naprawienia jest to, co według relacji Andrzeja Wrony prezes Szpaczek zrobił w listopadzie, po przegranym ligowym meczu ze Lwowem. Jeśli wszedł do szatni i w nerwach zaatakował zawodników, to ich stracił, a jeśli prawdą jest, że szczególnie dużo zarzucał Aleksandrowi Śliwce, to tego zupełnie nie rozumiem, bo chyba każdy widzi, jak bardzo Śliwka jest tej drużynie oddany, jak się angażuje, jak stara się pomagać nawet zza boiska, nie mogąc teraz grać przez kontuzję.

- Dobrze pan powiedział: jeśli to jest prawda. Bo ja też nie wiem czy to prawda, nas nie było w tej szatni. Ale jeżeli coś takiego się stało, to się stało bardzo źle. Przez 28 lat ja sobie nie wyobrażałem takiej sytuacji, żebym sam w nerwach wchodził do szatni od razu po meczu, a już nawet nie mówię, że miałby mi tam wchodzić jakiś prezes, a przecież miałem różnych. Były takie pomysły, ale ja zawsze doprowadzałem do tego, żeby odczekać dzień-dwa i na spokojnie porozmawiać. A jeśli to jeszcze zostało zrobione personalnie, w stosunku do chłopaka, którego bardzo dobrze znam, bo obserwuję jego karierę od lat i widzę, jak on się rozwija od mniej więcej 16. roku życia, jakim jest przede wszystkim człowiekiem, to tego w żaden sposób nie da się usprawiedliwić. Jeszcze raz: nie było nas tam, ale Andrzej o tym słyszał i powiedział o tym w swoim podkaście, więc podsumowując powiem jeszcze raz: to się nie powinno zdarzyć bez względu na to czy został zaatakowany Olek, czy ktoś inny. Tuż po meczu, kiedy grają emocje, prezes nie ma prawa wchodzić do szatni i w ten czy inny sposób się zachowywać. Nie chcę przypominać jednego prezesa z przeszłości co robił po meczach, a nawet w trakcie meczów, bo nie chcę mówić o personaliach, ale to się zawsze kończyło źle dla tego klubu, dla tego zespołu. Takie rzeczy po prostu nie mają prawa się zdarzać w zawodowym sporcie.

Nie ma pan na myśli Gino Sirciego z Perugii, tylko kogoś z naszego podwórka?

- Zostawmy. No dobrze, mówiłem o naszym podwórku.

Ale pan na coś takiego nigdy nie pozwolił?

- Nie, absolutnie. W siedmiu klubach pracowałem i nigdy nigdzie mi się nie zdarzyło, żeby któryś prezes wszedł do szatni i wygłaszał jakieś pretensje czy uwagi pod adresem zawodników. Były takie próby, ale zawsze zrobiłem wszystko, żeby do tego nie dopuścić, bo doskonale wiedziałem, jak źle by to wpłynęło na drużynę.

Trener Sammelvuo w tej sytuacji podobno był bierny, nie stanął po stronie drużyny. To dlatego powiedział pan, że zbyt późno został pożegnany?

- Jeżeli drużyna przegrywała wiele meczów, po czym nagle zaczęło się coś lepszego dziać i wtedy trener został zwolniony, to każdy pyta co tu jest grane. Każdy, nawet ten, kto nie siedzi w sporcie. Tak się tego nie robi, co więcej mogę powiedzieć?

Podkreślmy dla mniej zorientowanych czytelników, że trenera zwolniono po tym, jak Zaksa wygrała bardzo ważny mecz w Lidze Mistrzów i następnie mecz ligowy.

- Dokładnie. Ktoś podjął taką decyzję. Ktoś odpowiada za ten klub. To jest duża odpowiedzialność. Zdaję sobie sprawę z tego, jaką odpowiedzialność ma prezes, jaką mają ludzie z rady nadzorczej. I może wypadałoby ich o te decyzje pytać.

Problem w tym, że prezes nie jest skory do rozmów.

- Z jednej strony trudno się dziwić, bo jest porażka za porażką. Z drugiej strony prezes nie jest od tego, żeby się zamknąć w biurze i nie rozmawiać z dziennikarzami. To jest tak naprawdę nasz obowiązek - wszystkich: zawodników, trenerów, całego klubu, bo my pracujemy dla ludzi, dla kibiców. Jesteśmy jak aktorzy w teatrze, jesteśmy dla publiczności, bo bez niej to wszystko byłoby strasznie smutne. Pamiętam przełom lat 80. i 90. z trudnymi przemianami w naszym kraju - wtedy na mecze przychodziło po sto osób. Przecież nikt nie chce powrotu do czegoś takiego.

Wybiegnijmy w przyszłość do następnego sezonu - co by pan pomyślał, gdyby wtedy w Zaksie jednak grał Wilfredo Leon? Ja uważając, że jego występy w PlusLidze to świetna sprawa, jednak zdziwiłbym się, że trafił akurat do Zaksy, bo nie rozumiałbym, dlaczego Zaksa znalazła pieniądze na niego, a nie znalazła ich, żeby zatrzymać Śliwkę i Kaczmarka. Moim zdaniem ci dwaj gracze mają dla Zaksy wyjątkową wartość, większą niż miałby Leon.

- Absolutnie się z panem zgadzam, taka jest prawda. Sam Leon niczego nie wygra. Widać to po Perugii. Oczywiście on jest wielkim zawodnikiem, jednym z najlepszych na świecie, a może najlepszym. Ale widać, że Leon zaczyna mieć problemy zdrowotne, a nawet gdy ich nie miał, to do niego i tak byli potrzebni inni wartościowi zawodnicy, z niego samego nie zbuduje się maszyny do wygrywania. Też byłbym za zatrzymaniem przede wszystkim Olka, kapitana. Ale Kaczmarka też, bo on tu był przez sześć lat, mnóstwo rzeczy nawygrywał i szacunek również dla tego chłopaka. Oni dwaj są jeszcze w miarę młodzi, do nich można było dokupić ze dwóch utalentowanych chłopaków i Zaksa dalej byłaby mocna.

Więcej o:
Copyright © Agora SA