Był mały cud i wyczyn z kategorii niemożliwych. W końcu ZAKSA zderzyła się z rzeczywistością

Agnieszka Niedziałek
Siatkarze Zaksy już tyle razy swoimi wyczynami w ostatnich latach zaprzeczali logice, że zdążyliśmy się do tego przyzwyczaić. Ale kolejnego cudu nie było. Brak awansu do ćwierćfinału Ligi Mistrzów zwycięzców trzech ostatnich edycji może szokować, ale jedynie na papierze. Bo gdy spojrzy się na ten sezon kędzierzynian, to o szoku nie ma mowy. Ale jest ból, bo - mimo fatalnej sytuacji zdrowotnej w ostatnich miesiącach - po tym barażu pozostaje też pewien niedosyt.

Każda seria kiedyś się kończy, to wiadomo. Wielka szkoda, że koniec tej historycznej z udziałem Zaksy w Lidze Mistrzów był i tak niejako tylko odroczeniem wyroku. Mierzący się od miesięcy z plagą kłopotów zdrowotnych siatkarze zespołu z Kędzierzyna-Koźla byli już bowiem bliscy odpadnięcia po fazie grupowej. W rewanżowym spotkaniu barażowym z Halkbankiem Ankara (0:3) nie mogli w pełni skorzystać z dwóch gwiazd. I zarówno z tego powodu oraz ze względu na niewykorzystane szanse w obu odsłonach tego dwumeczu pojawia się w głowie myśl: "Co by było gdyby...?". 

Zobacz wideo "Ten sezon jest dla nas koszmarny". Łukasz Kaczmarek po ostatnim meczu w 2023 roku

Jeden z bohaterów siedział za bandami, drugi leżał obok boiska. Superpuchar zatuszował problem

Przed żadną z trzech poprzednich edycji LM Zaksa nie była wymieniana wśród głównych faworytów. I choć wtedy stawiano na europejskich gigantów, to na koniec po trofeum sięgali właśnie kędzierzynianie, którzy nadrabiali wszelkie braki niezwykłą walecznością i zespołowością. Teraz ten piękny sen został boleśnie przerwany. Choć zapewne do samego końca środowego pojedynku w Ankarze ich fani liczyli na przedłużenie nadziei na wyrównanie rekordu Zenita Kazań w liczbie kolejnych triumfów w LM (w będącym poprzednikiem LM Pucharze Europy Mistrzów Klubowych cztery razy z rzędu wygrał tylko CSKA Moskwa).

Ale nie jest to aż tak zaskakujące, gdy weźmiemy pod uwagę choćby to, że jedni z głównych bohaterów decydujących meczów poprzedniej edycji - Aleksander Śliwka i Bartosz Bednorz - nie byli w stanie pomóc drużynie tak jak zwykle. To oni są zwykle pewniakami do obsady przyjęcia wicemistrzów Polski, ale pierwszy od kilku tygodni z powodu złamanego palca obserwuje poczynania kolegów zza band reklamowych, a drugi od drugiej partii środowego spotkania leżał z boku za sprawą urazu pleców, którego nabawił się na porannym treningu. W secie otwarcia jeszcze robił, co mógł na boisku, ale nie był w stanie dłużej zaklinać rzeczywistości. A tego zaklinania rzeczywistości w wykonaniu Zaksy było wcześniej dużo więcej.

Po losowaniu składu grup obecnej edycji LM wydawało się właściwie pewne i oczywiste, że będzie ona walczyć z Ziraatem Bank Ankara o awans z pierwszego miejsca i przepustkę bezpośrednio do ćwierćfinału. Wtedy nikt nie przypuszczał, że obrońcy trofeum przed ostatnią kolejką będą drżeć o swój los i że będą blisko odpadnięcia już na tym etapie. Po charakterystycznym dla siebie dreszczowcu pokonali jednak 17 stycznia belgijski Knack Roeselare, odrabiając dwusetową stratę. Wtedy jeszcze przetrwali, ale udało im się przeskoczyć jeszcze tylko jeden płotek. I choć Halkbank to już znacznie groźniejszy rywal niż belgijski zespół, to w normalnych okolicznościach kędzierzynianie raczej by go wyeliminowali. 

Ale właściwie od początku sezonu sytuacja kadrowa Zaksy jest daleka od normalności. A gdy tylko pojawiało się światełko w tunelu, to zaraz lista niezdolnych do gry wydłużała się na nowo. Triumf w listopadowym meczu o Superpuchar Polski, w którym kędzierzynianie dokonali kolejnego w swojej historii małego cudu [po dwóch setach przegrywali 0:2 i 13:19 w trzecim] został odebrany jako sygnał, że wszystko wróciło do normy i że - jak zawsze - w najważniejszym momencie dokonają niemożliwego. Kolejny taki wyczyn zaliczyli w meczu z Knackiem, ale w środę już się nie udało.

Plaga kontuzji i inne problemy. Terapia wstrząsowa nie zadziałała. Zagrał nawet członek sztabu

Szybciej będzie wymienić zawodników Zaksy, którzy w tym sezonie nie mieli żadnych kłopotów zdrowotnych skutkujących przerwą w grze niż tych, którzy musieli pauzować. Na początku sezonu wypadli obaj rozgrywający, a po pewnym czasie poważnego urazu nabawił się też pozyskany awaryjnie na tej pozycji Radosław Gil. Długo grą w tych renomowanym zespole nie nacieszył się też przyjmujący Jakub Szymański, który również trafił do klubu w trakcie sezonu.

Nikomu, kto choć trochę ogląda siatkówkę, nie trzeba tłumaczyć, jak wielkim osłabieniem Zaksy jest strata Śliwki. Kapitan drużyny robi co może i nawet zza band stara się podpowiadać kolegom, wspierać ich, mobilizować i - jeśli trzeba - uspokajać. Ale jego obecność na boisku jest po prostu bezcenna.

Na pewien czas wypadł ze składu Bednorz, na pewien czas środkowy David Smith. A wobec bardzo trudnej sytuacji kadrowej przyszły też porażki w liczbie znacznie większej niż przyzwyczaili się w ostatnich latach kibice kędzierzynian. Pierwszą poważniejszą konsekwencją i jednocześnie mocnym sygnałem alarmowym był pierwszy od dziewięciu lat brak awansu do ćwierćfinału Pucharu Polski. Wydawało się, że zadziała to na zasadzie terapii wstrząsowej, ale w kolejnych tygodniach wcale nie było lepiej.

Pogorszyła się też atmosfera wokół drużyny - nie wszyscy kibice ze zrozumieniem przyjmowali gorsze wyniki, a po jednym z niespodziewanie przegranych meczów do szatni wkroczył Piotr Szpaczek. Prezes Zaksy miał zarzucić liderom brak zaangażowania. W styczniu zaś z posadą pożegnał się trener Tuomas Sammelvuo, którego zastąpił dotychczasowy asystent Adam Swaczyna. Chwilowo drużyna pod wodzą nowego szkoleniowca kontynuowała dobrą passę (cztery wygrane mecze z rzędu), ale niedługo później znów los rzucał jej kłody pod nogi.

W tym sezonie już kilka razy kędzierzynianie grali w eksperymentalnym ustawieniu. Nieraz do składu dołączał Krzysztof Zapłacki, który na co dzień jest zawodnikiem drugoligowej Zaksy Strzelce Opolskie i...pracownikiem urzędu miasta w Kędzierzynie-Koźlu. Pojawił się też Mateusz Biernat, drugi pozyskany w trakcie tego sezonu awaryjnie rozgrywający. Ale zwieńczeniem wszystkiego był niedzielny mecz ligowy z Resovią Rzeszów, w którym przez dwa sety parę przyjmujących z Zapłackim tworzył Justin Ziółkowski, który od 2,5 roku jest trenerem przygotowania fizycznego Zaksy. To efekt wirusa, który dopadł Bednorza. Z tego samego powodu poza składem znalazł się podstawowy atakujący Łukasz Kaczmarek i drugi libero Korneliusz Banach. Jakby tego było mało, to w trakcie spotkania urazu kostki doznał środkowy Dmytro Paszycki.

Limit pecha stale się zwiększa. Pozostał niedosyt. Ostatnia szansa na uratowanie sezonu

Cała czwórka poleciała do Ankary. Kaczmarek grał świetnie, Bednorzowi wyraźnie we znaki dawała się kontuzja pleców, a Paszycki zszedł po drugiej partii. W poprzednich latach nieraz zwracano uwagę, że Zaksa gra niemal cały czas jedną szóstką i ma wąską ławkę rezerwowych, ale mimo wyczerpania w kluczowych momentach liderzy błyszczeli i zespół notował kolejne sukcesy. Teraz jednak maraton w postaci długiego poprzedniego sezonu klubowego i intensywnego lata w kadrze, po którym zaraz rozpoczął się kolejny sezon ligowy, okazał się zbyt mocną dawką. Ale trzeba też podkreślić, że część kłopotów zdrowotnych była wynikiem pecha. I choć kilka razy wydawało się w ostatnich miesiącach, że kędzierzynianie swój limit pecha wyczerpali, to jak widać los pokazuje, że ten limit stale można zwiększyć.

Mając na uwadze te okoliczności, trudno więc mówić o szoku z powodu ich odpadnięcia z LM. Ale były też w tym dwumeczu z Halkbankiem momenty, które sprawiły, że pozostaje niedosyt. W ubiegłym tygodniu w Kędzierzynie-Koźlu prowadzili w setach 2:1 i 12:10 w czwartym, gdy po błędzie sędziego zagotował się Kaczmarek. Od tego momentu jego zespół zanotował czarną serię i uratował się dopiero w tie-breaku. Atakujący, który przez większość tamtego meczu grał bardzo dobrze, potem zamieścił wpis na Instagramie, w którym wyznał, że jego córeczka trafiła do szpitala. Bez wątpienia występ w tamtym spotkaniu był dla niego bardzo trudnym doświadczeniem, ale nie zmienia to też faktu, że w przeszłości zdarzało mu się już ulegać emocjom na boisku, co zwykle nie pomaga drużynie.

W środę w Ankarze też były momenty, których Zaksa może żałować. Pierwszą odsłonę zaczęła bowiem od prowadzenia 9:1 i 17:11, miała też pięć piłek setowych, ale przegrała 30:32. Po tym rozstrzygnięciu i bez Bednorza przeważali już głównie gospodarze. Gospodarze, którym też przytrafiały się proste błędy, ale poranieni kędzierzynianie nie potrafili zrobić tego co zwykle - wykorzystać momentu słabości przeciwnika i rozwinąć skrzydeł. Nie można im odmówić starań - walczyli do końca, ale zabrakło skuteczności i ogrania. Wymowna była akcja z trzeciego seta, kiedy trzech graczy rzuciło się do podbicia jednej piłki, ale żadnemu się to nie udało.

Nie będzie więc kolejnego triumfu w PP, nie będzie też - co boli znacznie bardziej - kolejnego zwycięstwa w LM. Zaksie pozostaje skupić się na walce o odzyskanie mistrzostwa Polski lub choć zdobycie jakiegokolwiek medalu. Bo obecnie zajmuje 10. miejsce i musi walczyć o awans do ćwierćfinału w fazie play-off. Wynik w PlusLidze zdefiniuje, czy ostatni sezon ze Śliwką, Bednorzem i Kaczmarkiem w składzie, da się jeszcze choć trochę uratować. 

Więcej o:
Copyright © Agora SA