Bohater gigantycznej sensacji w kwalifikacjach igrzysk. Bestia dobrze znana Polakom

Agnieszka Niedziałek
Kiedyś Gyorgy Grozer regularnie jadł przed meczami pizzę i popijał ją colą, bo wierzył, że to pomaga mu lepiej grać. Dziś o siatkarzu, który w dużym stopniu zapewnił prowadzonej przez Michała Winiarskiego reprezentacji Niemiec sensacyjny awans na igrzyska, można powiedzieć, że jest jak wino. Na boisku można się go przestraszyć, ale poza nim z bestii zamienia się w baranka i duszę towarzystwa. I nikt nie mówi "Cześć, świnio" z taką sympatią jak on.

Gdyby trzeba było wybrać jednego siatkarza, który jest twarzą wyczekiwanego przez Niemców od 2012 roku awansu na igrzyska, to bez wątpienia byłby to Gyorgy Grozer. 11 lat temu był atakującym i bohaterem Asseco Resovii Rzeszów, gdy ta zdobyła pierwsze od 1975 roku mistrzostwo Polski. Teraz za chwilę skończy 39 lat, ale gdy wchodzi na boisko, to jego wiek nie ma żadnego znaczenia. Tam bać się go mogą nie tylko rywale, ale i koledzy z zespołu. Poza nim za to wszyscy do niego lgną.

Zobacz wideo Ruszyła Tauron Liga. Katarzyna Wenerska po pierwszej wygranej: Każda z dziewczyn zasłużyła na MVP

Zupełnie inny Grozer. Już nie ma pizzy i coli przed meczem. Pokój marzeń i kolekcja Bacardi

Głównym celem, jaki postawiono przed Michałem Winiarskim, gdy zatrudniono go w ubiegłym roku jako trenera Niemców, był właśnie olimpijski awans. Szanse na to wydawały się zmaleć, gdy okazało się, że w kwalifikacjach olimpijskich trafili go "grupy śmierci". Tymczasem sprawili sensację, kończąc występ w Rio de Janeiro nie tylko z upragnioną olimpijską przepustką, ale i bilansem 7-0. 

- To szaleństwo, niesamowite uczucie. Nie mogę tego nawet pojąć. To pokazuje, że nigdy nie można przestać wierzyć w marzenia. To właśnie zrobiliśmy i jedziemy do Paryża - mówił podekscytowany Grozer po wywalczeniu biletu do stolicy Francji.

A jego zasługi w tym sukcesie są niepodważalne - był siłą napędową we wszystkich kluczowych meczach. Niemcy wygrali 3:1 kolejno z Irańczykami, Kubańczykami, Brazylijczykami i Włochami. Kapitan i atakujący zdobył w nich - odpowiednio - 23, 24, 27 i 31 punktów. Wystąpił również w dwóch następnych spotkaniach wygranych 3:0 - z Czechami i Katarczykami. Dopiero w ostatnim meczu, już po awansie na igrzyska, Winiarski dał mu odpocząć.

- Gyorgy zawsze był zawodnikiem obdarzonym ponadprzeciętnymi warunkami, jeśli chodzi o dynamikę, siłę i skoczność. I to mu zostało. Jest jak wino – nie widać, by ta jego skoczność drastycznie się pogarszała. Na pewno nie łapie już piłki na tej wysokości co kiedyś, ale siła i dynamika pozostały. Patrząc na jego drogę od Resovii przed kolejne kluby, można powiedzieć, że to zupełnie inny Gyorgy. Bardziej doświadczony i bardziej świadomy. Świadomy tego jak dbać o zdrowie i organizm, by w wieku prawie 40 lat dawać sobie jeszcze radę na boisku - mówi Sport.pl Krzysztof Ignaczak, który grał z Grozerem w Rzeszowie.

Niemiec w Resovii występował w latach 2010-12. Przylgnęło wtedy do niego określenie "bombardier", bo potężnie zbudowany zawodnik w pełni korzystał ze swojej olbrzymiej siły. Jednocześnie kibice tej drużyny nieraz opowiadali o niekoniecznie najzdrowszych nawykach żywieniowych tego siatkarza. Częściowo było to prawdą.

- Gdy przyjechał do Rzeszowa, to był facetem, który jadł pizzę i popijał ją colą. To był jego rytuał przedmeczowy. Teraz jego dieta wygląda zupełnie inaczej - zaznacza Ignaczak.

A skąd u atakującego upodobanie do zestawu, którego nie rekomendowałby przed występem żaden dietetyk ani trener? - Wmówił sobie kiedyś, że po tym będzie mu się lepiej grało. Przez jakiś czas mu to działało, dopóki nie doszedł do wniosku, że to jednak nie to - śmieje się Ignaczak. - Mocno w to wierzył. Kiedyś, gdy już to odstawił i gorzej zagrał, to mówił, że chyba musi do tego wrócić - opowiada były libero reprezentacji Polski.

Jak dodaje, Grozer miał też inne przedmeczowe rytuały. Jeden z nich dotyczył starannego układania fryzury. - W szatni zawsze musiał mieć suszarkę. Mieliśmy z tego powodu polewkę z niego. Każdy pojedynczy włosek musiał być odpowiednio ułożony - wspomina mistrz świata 2014.

O byłym koledze z klubu mówi też, że lubi się dobrze ubrać i kolekcjonować różne rzeczy. Przywołuje też pokój, jaki Niemiec sobie urządził w Rzeszowie. 

- To taki pokój, o którym marzy każdy facet. Były tam bilard, maszyny do gry i kolekcja Bacardi. Jest fanem trunków tej firmy, ma już chyba kilkaset butelek z różnych roczników. Jeśli ktoś chce mu zrobić prezent np. na urodziny, to butelka Bacardi jest dobrym pomysłem - podkreśla.

"Niemiecki ma tylko paszport". Gdy Grozer się zdenerwował, to kolegę z drużyny musiał ratować trener

W okresie gry w Resovii Grozer dał się poznać kibicom jako osoba bardzo sympatyczna. Zawsze cierpliwie pozował do zdjęć i rozdawał autografy. Ignaczak zapewnia, że nie da się go nie lubi.

- Ludzie do niego lgną. Jest duszą towarzystwa. Gdy robi imprezy, to zawsze jest na nich milion osób. W Rzeszowie dbał o atmosferę w drużynie. Nieraz byliśmy u niego całą ekipą na grillu, zapraszał nas też na pokera itp. Był trochę jak taki dobry wujek – jak szliśmy do restauracji, to ciągle chciał wszystkim stawiać, nie patrzył wtedy na pieniądze. Musiałem mu tłumaczyć, że to tak nie działa. Pamiętam nasze pierwsze spotkanie we dwóch, gdy wprowadzałem go do drużyny. Było fantastycznie. Zostało nam po nim mnóstwo anegdot, które nie mogą ukazać się w mediach - zaznacza z uśmiechem.

Wciąż utrzymują kontakt, choć nie tak często jak kiedyś. - Pierwsze słowa, jakie padają, gdy do siebie dzwonimy to "Cześć, świnio", bo Gyorgy zapamiętał to słowo po polsku i tak uprzejmie się witamy. Nie mamy czasu, by się nawzajem odwiedzać, ale jak jest potrzeba, by przyjechał, to można na niego liczyć. Nigdy nie odmówi pomocy - zapewnia "Igła"

Grozer urodził się w Budapeszcie i na początku seniorskiej kariery grał w węgierskich klubach oraz w tamtejszej reprezentacji. W niemieckiej kadrze zadebiutował w 2007 roku. Zdobył z nią m.in. brązowy medal mistrzostw świata 2014, a dwa lata wcześniej wystąpił w igrzyskach w Londynie, gdzie Niemcy odpadli w ćwierćfinale.

Wybierając siatkówkę, poszedł w ślady ojca - Gyorgy'a Grozera seniora, który potem został trenerem. Ignaczak i inny były gracz Resovii Olieg Achrem są zgodni, że charakterologicznie Grozer junior zdecydowanie bardziej jest Węgrem. Zwłaszcza ta różnica widoczna była dla nich, gdy po jego odejściu do klubu dołączył inny reprezentant Niemiec - Jochen Schoeps.

- O Jochenie można powiedzieć, że osobowościowo to typowy Niemiec. Gyorgy zaś jest bardziej tego zaprzeczeniem. U niego niemiecki jest tylko paszport. Temperament ma typowo węgierski. Prześmieszne są te jego mieszanki językowe. Zawsze powtarzał, że najlepiej by mu było rozmawiać po węgiersku. Śmialiśmy się, że z punktu widzenia obcokrajowców ten język nie jest najlepszym wyborem - wspomina Ignaczak.

Uśmiechy rozsyłane wszystkim przez Grozera poza boiskiem znikają, gdy zaczyna się mecz. Wówczas pokazuje zupełnie inne oblicze - jest bardzo agresywny i waleczny. Okazuje się, że przekonują się o tym nie tylko rywale, ale i koledzy z zespołu.

- Nie boi się powiedzieć wyraźnie, kiedy coś mu nie pasuje na treningu. Mieliśmy taki epizod, bo był jeden zawodnik, który nie pasował do naszej grupy. Trener musiał interweniować, bo mało brakowało, a chłop by się udusił. Myślę, że po tej interwencji Gyorgy’a zrozumiał, że musi pracować tak jak wszyscy. Że jest czas na zabawę, ale też na pracę. Gyorgy właśnie takie podejście miał. Na treningu dawał z siebie 100 procent, bo chciał stawać się coraz lepszy. Ale też potrafił wpłynąć na innych. A że jest trochę większy, to koledze to wyjaśnił. Ale takie rozwiązania stosował tylko w ostateczności. Żeby go wyprowadzić z równowagi, to naprawdę trzeba się było namęczyć - zapewnia "Igła".

Opowiada też, że Grozer na treningach czasem bombardował wszystkich i irytował tym trochę bezradnych kolegów, a kiedy indziej nie trafiał w ogóle. Wtedy ci też się denerwowali, bo nie mogli w ogóle poćwiczyć. Czasem na treningu dochodziło też do kłótni między nim i Niemcem, ale w szatni byli już znów kumplami. Achrem z kolei potwierdza, że bardzo ciężko było odebrać potężne zagrywki Grozera czy obronić jego ataki i niektórzy się wtedy chowali, by nie dostać piłką w twarz.

Grozer przepraszał za swoje zachowanie. "Myślę, że tę kwotę można byłoby zebrać na rzeszowskim rynku"

Ignaczak pamięta, że w pewnym momencie była potrzebna rozmowa drużyny z Grozerem ze względu na mowę ciała atakującego. Po nieudanych akcjach okazywał bowiem wyraźnie niezadowolenie.

- Początkowo byliśmy wkurzeni, bo myśleliśmy, że on tak psioczy na nas. Machał głową i coś tam sobie pod nosem po węgiersku rzucał, a my oczywiście tego nie rozumieliśmy. Zrobiliśmy duże zebranie, by to wyjaśnić. Przeprosił nas i wyjaśnił, że jest zły na siebie. On zrobi wszystko dla drużyny i robi wszystko, żeby wygrać. Myślę, że dojrzewa jako zawodnik i na przestrzeni lat zmienił nieco sposób zachowania na boisku. Czasem się jeszcze zdenerwuje na siebie, ale to jak każdy facet. Diametralnie nie da się tego zmienić i widząc te jego zachowania trzeba po prostu przechodzić obok nich obojętnie. Ważne, by wiedzieć, że nie jest to skierowane przeciwko drużynie - podkreśla były libero.

Reprezentacji Niemiec Grozer też pomaga, jak tylko może. Rozbawił tym nieco podczas przerwy w jednym z meczów kwalifikacji olimpijskich. Winiarski przekazywał wówczas drużynie proste wskazówki przed kolejną akcją. - Przyjmiemy, potem side out...- mówił Polak. A wtedy Grozer wszedł mu w słowo: - I zaatakujemy - dodał, uśmiechając się.

Ignaczak zwraca uwagę, że ten siatkarz to lider na boisku i poza nim, ale nie ma obaw o to, by istniało niebezpieczeństwo i na poważnie kiedyś wchodził w kompetencje starszego od siebie zaledwie o rok trenera. 

- Natomiast jest to człowiek, który ma prawie 40 lat i rozegrał ileś tych meczów o stawkę, więc myślę, że Michał Winiarski ma w nim duże wsparcie i oparcie. Gyorgy to facet, który jak się podejmuje współpracy z trenerem, to mu ufa. Jak wyznaczy sobie jakiś cel, to robi wszystko, by go osiągnąć - podkreśla mój rozmówca.

Przypomina też o dawnych kłopotach zdrowotnych atakującego. Z powodu problemów z ręką ten stracił ważne mecze w pierwszym sezonie w Rzeszowie.

- Jeździł po różnych klinikach, szukano przyczyny jego kłopotów. Okazało się, że za szybko rosły mu mięśnie, gdy ćwiczył w tradycyjny sposób na siłowni, co blokowało przepływ krwi. Zmieniono mu więc trening na siłowni, na taki bardziej prewencyjny. Gdyby jeszcze robił typową siłownię, to by pewnie kogoś z butów wyrwał, jakby huknął - podsumowuje w swoim stylu Ignaczak.

Grozer odszedł z Resovii - ku smutkowi uwielbiających go rzeszowskich kibiców - zaraz po wywalczeniu wyczekiwanego długo mistrzostwa Polski. Przeniósł się wtedy do rosyjskiego Biełogorie Biełgorod. Ignaczak ma jasną opinię na temat tej sytuacji - klub zmarnował okazję na zatrzymanie swojej gwiazdy.

- Dla nas był nieocenionym dobrem, które zostało puszczone do innego klubu. Myślę, że gdyby ludzie wiedzieli, o jaką różnicę kwotową chodziło, to pewnie, gdyby ktoś przeszedł się po rzeszowskim rynku z kapeluszem podczas fety po zdobyciu mistrzostwa, to by to uzbierał. Była szansa, by go zatrzymać, to nie była suma nie do przeskoczenia. Moim zdaniem mógł jeszcze pograć w Rzeszowie dwa lata. Z pożytkiem dla klubu i dla siebie. Ale jak życie pokazało, wybrał dobre kierunki i jego kariera rozwinęła się. On chciał zostać. Nie chodziło o wyrównanie oferty z Rosji, bo tamta była kosmiczna. Mówił mi, że zostanie, jeśli dostanie podwyżkę, bo jeśli nie, to różnica w kontraktach jest tak duża, że byłby szaleńcem, gdyby tamtej propozycji nie przyjął - wspomina "Igła".

W kolejnych latach Grozer występował w Korei Płd. i Chinach, wrócił do Rosji, a następnie przeniósł się do Włoch. Teraz przed nim pierwszy sezon w nowym klubie - bronić będzie barw Arkasu Spor Izmir. To w nim będzie się przygotowywał do przyszłorocznych igrzysk i trzymał kciuki za awans kobiecej reprezentacji Niemiec. A jej poczynania obserwuje od niedawna z wyjątkową uwagą - latem zadebiutowała w niej jego 16-letnia córka Leana.

Więcej o:
Copyright © Agora SA