Od mistrzostw Europy Katarzyna Wenerska zadomowiła się znów na dobre w kwadracie dla rezerwowych, ale w kluczowych momentach turnieju kwalifikacyjnego do igrzysk to właśnie ona póki co dyryguje grą reprezentacji Polski siatkarek. Gdy okazało się, że zagra od początku meczu z USA, to musiała szybko schować nerwy do kieszeni. - Nie było to dla mnie łatwe, ale wiedziałam, że nie mogę panikować, bo to na pewno nie pomoże drużynie - opowiada.
Katarzynę Wenerską można nazwać cichą bohaterką Polek z kilku względów. Po pierwsze, jest rozgrywającą, a z siatkarkami występującymi na tej pozycji jest trochę jak z obrońcami w piłce nożnej - głównie zauważa się ich błędy. Przy sukcesach zaś splendor przeważnie spływa głównie na zawodniczki, które kończą wystawiane przez nią piłki. Po drugie, 30-latka nie przepada za publicznymi wystąpieniami. Ale teraz nie ma wyjścia, bo po raz drugi w tym sezonie pokazuje, jak ważną dla kadry postacią jest.
Cicha bohaterka schowała nerwy do kieszeni
Wenerska stanowi wzorcowy przykład tego, że nigdy nie jest za późno na to, by zabłysnąć jaśniej na siatkarskim niebie. Debiut w reprezentacji zaliczyła dopiero dwa lata temu. Wtedy też przeniosła się z plasującego się pod koniec tabeli TauronLigi Jokera Świecie do Developresu Rzeszów. O ile jednak dotychczas w kadrze była solidną rezerwową, to tego lata pokazała wyraźnie, że stać ją na to, by być główną dyrygentką drużyny narodowej.
Pomogła jej w tym trochę kontuzja nadgarstka Joanny Wołosz, z powodu której kapitanka Biało-Czerwonych opuściła całą Ligę Narodów. Wiele osób spodziewało się, że brak jednej z liderek będzie mocno zauważalny, ale Wenerska sprawiła, że tak wcale nie było. Zbierała pochwały z każdej strony i błysnęła do tego stopnia, że zaczęły pojawiać się głosy, iż powinna wychodzić w podstawowym składzie w kolejnych ważnych tegorocznych imprezach, mimo powrotu do kadry Wołosz.
Trener Stefano Lavarini jednak postawił na tę ostatnią i każdy kolejny mecz wykorzystywał jako okazję na jej ponowne zgrywanie się z drużyną. Tak było przy okazji trzech sierpniowych spotkań towarzyskich z Turcją, tak było też podczas rozpoczynających się nieco później mistrzostw Europy. Podczas tego turnieju Wenerska pojawiała się tylko na zmianach, a wiele osób wskazywało, że wyraźnie widać różnicę w zgraniu obu rozgrywających z resztą drużyny.
Szkoleniowiec jednak był konsekwentny i także podczas turnieju kwalifikacyjnego do igrzysk przez długi czas jego pierwszym wyborem była Wołosz. Wyjątek stanowiło spotkanie z Koreą Południową, gdy odwrócił role. Kapitanka zespołu rozpoczęła także bardzo ważny piątkowy mecz z Niemkami. Bardzo ważny, bo środowa wpadka z Tajkami (2:3) mocno skomplikowała drogę Polek po bilet do Paryża w tej imprezie. Najpierw Wenerska w tym dreszczowcu (3:2) wchodziła tylko na podwójnej zmianie, ale od drugiej partii to ona była pierwszą rozgrywającą i wydatnie przyczyniła się do zwycięstwa.
- Cieszę się, że trochę się uspokoiłam, bo było to dla mnie nieco nerwowe wejście. Pod koniec drugiego seta powiedziałam sobie: "Kasia, przecież potrafisz grać, jazda" - wspominała potem w rozmowie z dziennikarzami.
W sobotę, przed spotkaniem z USA, wrócił więc temat - na kogo tym razem postawi w podstawowym składzie Lavarini. Od pierwszej piłki zagrała Wenerska, która o tym, że będzie w wyjściowej szóstce, dowiedziała się podczas rozgrzewki.
- Na pewno nie było to dla mnie łatwe wejście, ale mecz z Niemkami dodał mi trochę pewności i to mi pomogło. Miałam w sobie gdzieś tam spokój. Wiedziałam, że nie mogę panikować, bo to na pewno nie pomoże drużynie. Wiem, co potrafię i grało mi się tego dnia całkiem dobrze - analizowała.
Przypomniała się Liga Narodów. "Możemy tu tylko gdybać"
A efektem tego "całkiem dobrze" ze strony jej i pozostałych Polek było bardzo ważne zwycięstwo nad Amerykankami 3:1. Dzięki pokonaniu mistrzyń olimpijskich z Tokio ekipa gospodarzy mocno zwiększyła swoje szanse na wywalczenie przepustki na igrzyska już w niedzielę, ostatniego dnia turnieju kwalifikacyjnego w Łodzi (drugą szansą jest przyszłoroczny awans ze światowego rankingu).
- Wygrałyśmy 3:1, ale oczywiście nie było wcale tak z górki. Cieszy zaś, że wyszłyśmy bardzo zmotywowane. Wiedziałyśmy, o co gramy i to było bardzo dobre spotkanie z naszej strony. Myślę, że już od pierwszego seta - choć wtedy jeszcze było u nas trochę nerwowo - było widać tę naszą pewność, która poprowadziła nas do zwycięstwa - wspominała rozgrywająca Developresu.
Kluczowy dla losów sobotniego meczu była trzecia partia. Przy stanie 1:1 w setach Amerykanki prowadziły m.in. 15:10, ale potem popis dały waleczne siatkarki Lavariniego, które zwyciężyły 25:23.
- Miały wtedy wysokie prowadzenie i przegranie tego seta mogło je podłamać. Sprawiłyśmy im wtedy trochę kłopotów - wskazała Wenerska.
I chwaliła całą drużynę za wkład w to zwycięstwo. O ile zaś podczas LN Polki zbierały pochwałę za miłą dla oka grę, to podczas ME i dotychczas w turnieju kwalifikacyjnym do igrzysk na pierwszy plan wysuwały się duże przestoje w ich grze. Sobotni występ był pierwszym, za sprawą którego można było wrócić myślami do miłych obrazków z początku sezonu.
- To był bardzo dobry mecz z naszej strony. Podobny do tych z LN. Czy nie byłoby go bez porażki z Tajlandią i męczarni z Niemcami? Nie wiem, możemy tu tylko gdybać. Po prostu cieszymy się, że wygrywamy. A w niedzielny wieczór chcemy pokonać Włoszki i wywalczyć bilet do Paryża - podkreśliła.