- Dalej trzymamy nogę na gazie - powiedział lekko uśmiechnięty Nikola Grbić w przerwie między drugim a trzecim setem finału mistrzostw Europy. Trener reprezentacji Polski w króciutkiej rozmowie z reporterem CEV-u (to europejska federacja) był lapidarny nawet ponad miarę. Ale jego prosty, pewny przekaz mówił bardzo dużo.
Od początku tego meczu w Rzymie, przed 11 tysiącami Włochów, nasi siatkarze jeden po drugim wdeptywali coraz mocniej pedał gazu w podłogę. Cztery asy w pierwszym secie i cztery asy w drugim secie. Seria zagrywek najpierw Norberta Hubera, a później jeszcze potężniejszy popis Wilfredo Leona ustawiły włoskich mistrzów w narożniku. Zmusiły do rozpaczliwej obrony. Skazanej na niepowodzenie.
Rok temu w Katowicach Włosi pokonali nas w finale mistrzostw świata. Dwa lata temu też w Katowicach wygrali finał mistrzostw Europy (ze Słowenią, a my zdobyliśmy wtedy brąz). W 2021 i 2022 roku to nasi kibice wysłuchiwali na koniec wielkich turniejów hymnu Włoch. A teraz we włoskiej stolicy, w legendarnej hali PalaLottomatica nazywającej się teraz Palazzo dello Sport, hymn Italii pięknie wybrzmiał tylko przed finałem. A od początku gry to był marsz, marsz!
Dyrygentów mieliśmy dwóch. Marcin Janusz tak wszystkim zarządzał z boiska, że obwołany rozgrywającym genialnym Simone Gianelli będzie mógł oglądać sobie powtórki tego meczu, żeby jednak jeszcze poszerzyć swój repertuar. A Nikola Grbić, kiedyś też świetny rozgrywający, skomponował na ten finał po prostu dzieło. I jeszcze do jego zagrania znakomicie nastroił swoich muzyków.
Czy po tym finałowym koncercie ktoś z nas jeszcze z niepokojem patrzy na ten młody, silny i świetny technicznie zespół Italii? Czy ktoś jeszcze obawia się, że Włosi De Giorgiego Polsce Grbicia będą z biegiem lat tylko uciekać, że będą nas coraz wyraźniej przerastać?
Po ubiegłorocznym finale MŚ w Katowicach takich obaw było wiele. A to, że Gianelli niedościgniony, a to że Alessandro Michieletto naszych przyjmujących wręcz zjada, a że siła, że pewność, że finezja, że wszystko po ich stronie siatki wygląda po prostu lepiej.
Kto nie widział rzymskiego rewanżu, niech koniecznie nadrobi! Żeby przekonać się, jak sprytnym, inteligentnym, wszędobylskim i wszechstronnym siatkarzem jest Aleksander Śliwka. Zobaczcie wszyscy pierwszy raz albo po raz kolejny, te asy Leona i Hubera, te niesamowite obrony Pawła Zatorskiego, tę polską siłę spokoju nawet przy wyniku 6:10 w trzecim secie i przy trybunach szalejących wtedy z nadziei, że ten mecz jeszcze da się odwrócić.
Zobaczcie miny "Fefe" De Giorgiego. Prosił o przerwy, instruował swoich mistrzów świata i mistrzów Europy, próbował ich przekonać, że mogą coś zrobić. Ale tak naprawdę sam nie wyglądał na przekonanego. I cierpiał, gdy Huber i Leon znów włączyli tryb niszczycieli (w trzecim secie mieliśmy trzy asy, w całym krótkim meczu - aż 11, z czego Huber pięć, a Leon trzy).
Rok temu w Katowicach Grbić z De Giorgim przegrał. Wyraźnie, bezdyskusyjnie (1:3, w setach 25:22, 21:25, 18:25, 20:25). A teraz w Rzymie nasz trener pokonał ich trenera jeszcze wyraźniej, jeszcze bardziej bezapelacyjnie. Gdyby ten mecz miał trwać jeszcze trzy kolejne sety, to Polska wygrałaby go nie 3:0, a 6:0.
Przez ten rok Grbić wykonał ze swoim, z naszym, zespołem kapitalną robotę. Wchodząc w szczegóły czysto siatkarskie - choćby w działaniu systemu blok - obrona. A jeszcze więcej zrobił z mentalem swoich, naszych ludzi.
Złoty medal Ligi Narodów w lipcu, złoty medal mistrzostw Europy we wrześniu - dwa złota w jednym roku! Tego reprezentacja Polski siatkarzy nie zrobiła nigdy wcześniej. A Grbić jako nasz trener ma za sobą czwarty turniej i zdobył czwarty medal. Po brązie Ligi Narodów 2022 i srebrze MŚ 2022 teraz dorzucił sobie i nam dwa złota.
I to na pewno nie jest koniec. Co dalej? Dalej jest nasze wielkie marzenie. Coś, na co czekamy od 1976 roku. Wtedy legendarny zespół Huberta Jerzego Wagnera wygrał igrzyska olimpijskie w Montrealu. Drużyna Nikoli Grbicia może być nie mniej legendarna, nawiązując do Rzymu - wieczna! Oni już są wielcy, choćby dlatego, że dali polskiej siatkówce drugie złoto ME w historii (pierwsze było w 2009) roku. A ile oni jeszcze mają do wygrania! Tu naprawdę sky is the limit!