23 maja 2022 roku. Po Arenie Stozice w Lublanie niosło się gromkie "Gianni, Gianni Cretu!" kibiców Zaksy Kędzierzyn-Koźle. Gdy trener opowiadał o finale Ligi Mistrzów, w którym właśnie pokonał włoskie Trentino i dał klubowi drugie z rzędu klubowe mistrzostwo Europy, oczy mu się szkliły i z emocji niemal się rozpłakał. Tak jak rok wcześniej Nikola Grbić, który po ostatniej piłce ryczał jak bóbr. I choć Rumun dokonał triumfu w bardziej wyjątkowych okolicznościach, zdobywając potrójną koronę, to z Grbiciem łączy go jeszcze coś. Że chwilę później odszedł z Kędzierzyna - tuż po swoim największym sukcesie.
Wtedy Cretu jeszcze nie wiedział, że historia zatoczy koło. Że choć miał wyjechać do Rosji, a potem długo mówiło się, że jest faworytem do pracy z jednym z największych klubów świata, Sir Safety Perugią, to nowy rozdział otworzy tam, gdzie prawie płakał ze szczęścia. Został trenerem słoweńskiej reprezentacji, a teraz, po ponad roku pracy, powalczy z polską kadrą o finał mistrzostw Europy - dla Słowenii czwarty w historii, a dla siebie pierwszy w trenerskiej karierze.
Gheorghe "Gianni" Cretu to raczej trener z cienia. Fachowiec i świetny warsztatowiec, ale jednak wielokrotnie niedoceniany. Nie trenował największych klubów: pracował w Austrii, Belgii, Włoszech, Arabii, ale najważniejsze były dla niego rozdziały w Rosji - Kuzbassie Kemerowo i Biełogorje Biełgorod, w roli trenera kadry rodzinnej Rumunii i Estonii, oraz w Polsce, gdzie przed Zaksą zajmował się AZS-em Olsztyn, Cuprum Lubin, czy Asseco Resovią.
Ale to w Kędzierzynie zbudował wyjątkową relację. - To chyba zrobiło różnicę. Zawodnicy wiedzą dokładnie, kiedy jestem trenerem, kiedy ich bratem, kiedy ojcem. Potrafię żartować, potrafię być poważny, ale zawsze mówię to, co myślę. Nie wstydzę się też swoich błędów, bo wiem, że na ich popełnianiu polega zarówno bycie człowiekiem, jak i praca trenera - opowiadał Cretu po zdobyciu mistrzostwa Polski w Jastrzębiu-Zdroju w połowie maja zeszłego roku.
O Rumunie nigdy nie mówiło się jako o kandydacie do tak wielkiego triumfu, jak wygranie Ligi Mistrzów. A jednak tego dokonał. - Kiedy pierwszy raz widziałem ten puchar, miałem 15 lat. Przechodziłem obok niego, gdy byłem juniorem Dinama Bukareszt. Osiągnąłem coś, co nie udało się wielu trenerom w moim kraju. Stelian Moculescu dokonał tego 15 lat temu, ja jestem następny, więc to coś wyjątkowego także dla rumuńskiej siatkówki - mówił nam Cretu w powoli pustoszejącej hali w Lublanie po finale LM.
- Nie zaczynałem od szansy na wysokim poziomie. Nie dostałem po siatkarskiej karierze wielkiego zespołu wartego miliony, który trzeba tylko udoskonalić. Najpierw pracowałem na znacznie niższym poziomie. Kiedy pojawiłem się w Austrii, słyszałem: "trenerze, nie umiemy dogrywać jak ty, blokować jak ty, atakować w taki sposób. Musisz nas nauczyć". Przeszedłem zupełnie inną drogę, niż moi koledzy po fachu. Mam za sobą 25 lat pracy, osiem różnych krajów i mentalności zawodników. Przeszedłem wiele sytuacji, które sprawiły, że dziś jestem lepszym trenerem i człowiekiem - podsumował wówczas Gheorghe Cretu.
Kto zatem dałby odejść trenerowi z takim potencjałem, i to jeszcze po takim sukcesie? Ale to nie Zaksa miała w tej kwestii najważniejszy głos. Rumun na długo przed zwycięstwem w Lidze Mistrzów dogadał się w sprawie odejścia do rosyjskiego Biełogorje Biełgorodu. Potem Rosjanie zaatakowali jednak Ukrainę i sytuacja się zmieniła: Cretu nie chciał już się przenosić do Biełgorodu i odmówił Rosjanom. Ale nie miał już możliwości powrotu do rozmów z Zaksą, z którą w tamtym momencie zaczął osiągać sukcesy.
Klub, wiedząc, że nie zatrzyma Cretu, zdecydował się porozumieć z Tuomasem Sammelvuo. Fiński trener rok później sięgnął z Zaksą po kolejną Ligę Mistrzów, a Cretu nadal pozostaje bez pracy w klubie. Zaksa i tak oferowała mu - przy negocjacjach o przedłużeniu kontraktu, zanim wybrał ofertę z Rosji - ogromne pieniądze. Podobno chodziło o nawet 30-procentową podwyżkę, którą przedstawił mu Sebastian Świderski, ale Rumun był uparty.
I po sytuacji z Biełogorje został bez drużyny. Negocjował nawet z Sir Safety Perugią, ale miał być dla Włochów za drogi. W Rosji podobno miał zarabiać dwa razy tyle, co w Zaksie.
- Nie lubię o tym rozmawiać - przyznał Cretu, gdy kilka miesięcy temu spytaliśmy go, jakie miał oferty po odejściu z Zaksy. - Niczego nie żałuję. Kiedy coś robię, podejmuję własne decyzje i biorę za nie odpowiedzialność. Moja przyszłość w Zaksie skończyła się w styczniu zeszłego roku. Każdy zachował się profesjonalnie i do końca wykonywał swoją pracę tak, jak powinien. I po ostatniej piłce finału w Lublanie poczułem wielkie emocje, to jak byłem związany z klubem. Nie zatrzymano mnie tu, nie znaleziono odpowiedniego rozwiązania. Rosjanie się ze mną skontaktowali, znali mnie z przeszłości i zaakceptowałem wówczas nowe wyzwanie. Każdy, także Zaksa, to wtedy zaakceptował. Jasne, stworzyły się relacje z zawodnikami i osobami z klubu, ale zapadły decyzje i wszyscy je uszanowali - tłumaczył szkoleniowiec.
Choć wśród niektórych polskich działaczy niesmak po tej sytuacji pozostał. - W moim sercu jest ból, że przychodzi człowiek do pracy z najlepszą polską drużyną, że podawana jest mu ręka, a on już w połowie sezonu, po czterech miesiącach, myśli o większej kasie w Rosji i nie patrzy na to, że tu ktoś mu pomógł. Niedocenianie polskiej ligi i polskiej siatkówki boli. Kasa to nie wszystko - mówił o tej sytuacji były prezes Polskiego Związku Piłki Siatkowej Paweł Papke.
Cretu ujawnił nieco kulisów tego, co działo się po opuszczeniu Kędzierzyna. - Wiele osób wie, że miałem opcję przejścia do wielkich rywali Zaksy w PlusLidze. Ale odmówiłem, bo miałbym kłopot ze spojrzeniem w oczy zawodnikom w szatni, motywowaniem ich, gdy w tym samym czasie miałbym podpisany kontrakt w kolejnym wielkim polskim klubie. Sporo Polsce poświęciłem. Nikt nie odda mi czasu, który mogłem spędzić z rodziną. Nie tylko przez sześć lat w Polsce, przez 25 lat kariery w ogóle - wskazał Cretu.
Ale w życiu Cretu wszystko dzieje się szybko. Może nie znalazł nowego klubu, ale gdy niedługo przed domowymi mistrzostwami świata Słoweńcy zwolnili Marka Lebedewa, zgodził się poprowadzić ich kadrę. Choć nie miał dużo czasu na przygotowania i poznanie zespołu, doprowadził go do półfinału i zajął czwarte miejsce.
Towarzyszył temu niedosyt. - Śmieszy mnie, gdy słyszę, że mogliśmy wypaść lepiej. A mówią mi to często. Oczywiście, że mogliśmy wygrać wszystkie mecze, ale mam wrażenie, że poprawniej byłoby powiedzieć, że Słowenii nie spodziewano się wtedy w półfinale w Katowicach. Niektórzy nawet nie chcieli nas tam widzieć. Nie kręćmy już w tej sprawie. Mój zespół miał wtedy trudne lato. Zmiana trenera, pojawianie się zawodników w różnych momentach sezonu, kontuzje. To wszystko wybijało z rytmu, a Słowenia to nie Brazylia, czy Polska, tu nie ma ogromu siatkarzy w kolejce - tłumaczył nam Cretu.
Po mistrzostwach świata znów zrobiło się o nim głośno. Bo słoweński związek nie mógł się z nim dogadać i w pewnym momencie poinformował, że nie przedłuży z Cretu umowy. Potem udało się wrócić do rozmów i podpisać nowy kontrakt, ale wyglądało dość chaotycznie. - Nie było w tym chaosu - zaprzeczył trener. - Może tak to wyglądało z zewnątrz, ale kiedy tworzysz projekt, to starasz się dopilnować detali. Najpierw nie porozumieliśmy się w kilku elementach, ale potem rozmawialiśmy jeszcze raz i dzięki cierpliwości znaleźliśmy odpowiednie rozwiązanie tej sytuacji - mówił.
Rumunowi na razie nie wychodzą kluczowe momenty pracy w Słowenii: zabrakło mu jakości zespołu do realnej walki o medal mistrzostw świata rok temu, a kilka miesięcy później bardzo szybko odpadł w finałach Ligi Narodów - po porażce w ćwierćfinale z Japonią. To tłumaczył jednak problemami zespołu: choćby kontuzją kostki jednej z największych sił Słoweńców w ataku, młodego Roka Mozicia.
Teraz, gdy awansował do kolejnego półfinału mistrzostw Europy ,można jednak przypomnieć jego słowa sprzed sezonu, gdy był pewny, że robi wszystko, żeby Słowenia była gotowa na wielkie zwycięstwa. - Pracowaliśmy ciężko, żeby osiągnąć cele na ten sezon. O sile Słoweńców stanowi to samo pokolenie od 17 lat: grające w juniorskich kadrach, klubach i do teraz w reprezentacji. Do tego jest grupa młodszych zawodników, która to dopełnia. Wszyscy marzą o wygraniu wielkiej imprezy, czy awansie na igrzyska. Dla nas ważny jest jednak każdy mecz, tak podeszliśmy do tego sezonu. Znamy swoją jakość, stąpamy twardo po ziemi i podchodzimy do wszystkiego mądrze - uważał Cretu.
W Słowenii jest chwalony. - Wiem, że Cretu usprawnił w zespole pracę nad psychiką zawodników. Na boisku podoba mi się to, co robią w obronie. Grają cierpliwie i to tym często zaskakują rywali najbardziej, tak zdobywają najcenniejsze punkty. Może i w kluczowych momentach ostatnio zespół nie był najsilniejszy. W tym roku przegraliśmy w ćwierćfinale Ligi Narodów, bardzo szybko odpadliśmy z turnieju finałowego, a rok temu zostaliśmy czwartą drużyną świata, ale w półfinale i meczu o brąz nie mieliśmy podejścia do naszych rywali. Teraz jest inaczej i wszyscy w Słowenii mamy przeczucie, że zespół jest o wiele silniejszy - mówi Sport.pl Bostjan Rebersak, dziennikarz radia Val 202.
Mecz z Polakami będzie dla Gheorghe Cretu wyjątkowy. Nie tylko ze względu na Zaksę i historię ostatnich miesięcy spędzonych w Polsce. Przede wszystkim biorąc pod uwagę znajome twarze, zawodników, których doskonale zna, a niektórych wyciągał nawet z głębokich dołków. Teraz, żeby pomóc Słoweńcom spełnić ich marzenie o wygraniu wielkiego turnieju i samemu osiągnąć kolejny szczyt trenerskiej kariery, będzie musiał to odłożyć na bok. Albo jak najlepiej wykorzystać. Pófinał w czwartek o g. 18. Relacja na żywo na Sport.pl.