Przez niewydolny system klimatyzacji PalaFlorio hala, w której polscy siatkarze, zagrają o awans do ćwierćfinału mistrzostw Europy, zyskała miano sauny. Jeszcze niedawno z tego powodu władze miasta dostały ultimatum i ratowały się planem B. Niektórzy z kadrowiczów porównują obiekt w Bari do tego z Sosnowca. A trener Nikola Grbić, wspominając wcześniejszy występ w tym włoskim rzuca: - Nie dało się oddychać.
Czy w Bari można się poczuć jak w Sosnowcu? Zdaniem Grzegorza Łomacza i Aleksandra Śliwki - trochę tak. Polscy zawodnicy wskazują element konstrukcji łączący hale w tych miastach. Ale w rozmowie z różnymi uczestnikami mistrzostw Europy, którzy przenieśli się tam na początek fazy pucharowej, w pierwszej kolejności pojawia się wątek niewystarczającego systemu chłodzenia. I choć w przeszłości w hali tej nieraz odbywały się mecze siatkarskie, to właśnie z powodu problemu z wentylacją włoska federacja (FIPAV) i Europejska Konfederacja Piłki Siatkowej (CEV) mocno pogroziły palcem władzom położonego nad Morzem Adriatyckim Bari.
Hala, w której grają Polacy, była nawet planem filmowym. PalaFlorio i siatkarskie powiązania
PalaFlorio to 32-letni obiekt wielofunkcyjny, w który odbywały się już koncerty i musicale, wystawy kotów rasowych, kręcono nawet film, ale przede wszystkim gościło całkiem sporo imprez sportowych. Prezentowali się tu m.in. koszykarze, piłkarze ręczni, gimnastycy i przedstawiciele sztuk walki. Sporo było też siatkówki, a ona zajmuje tu miejsce szczególne - halę nazwano na cześć związanego z Bari Pietro Floriano Florio, dawnego prezesa FIPAV. Na inaugurację rozegrano zaś spotkanie siatkarzy Włoch i Polski. W 2018 roku z kolei odbył się tu finał rywalizacji o krajowy puchar.
- Wydawać się mogło, że włoska federacja mogła przydzielić dwa tak ważne etapy ME (1/8 finału i ćwierćfinał - red.) większym miastom i arenom - napisano kilka miesięcy temu we włoskich mediach.
Ale od razu też wskazano, dlaczego kierującemu FIPAV Giuseppe Manfrediemu mogło zależeć na wyborze mogącego pomieścić według oficjalnych danych 6000 osób (podczas ME maksymalne wypełnienie jest mniejsze) PalaFlorio. Sam pochodzi z oddalonego o 60 km Alberobello.
Pod względem frekwencji i atmosfery w pierwszej odsłonie rywalizacji w tej hali podczas toczących się obecnie ME trudno się do czegokolwiek przyczepić. Na trybunach podczas meczu gospodarzy z Macedończykami zasiadł komplet widzów, który wcześniej stał cierpliwie w długich kolejkach, by wejść na teren obiektu. Po punktach zdobywanych przez Italię robiła się nieraz ogłuszająca wrzawa. Zdecydowana większość została także na drugim z sobotnich meczu Niemców z Holendrami, a było to o tyle zaskakujące, że równolegle toczyło się spotkanie piłkarskich eliminacji ME z udziałem Włochów.
Hala wyłączona z użytku na sześć lat. "Wielkiego zaskoczenie nie ma"
PalaFlorio jednak idealne nie jest. Mówimy o obiekcie, który został otwarty w 1991 roku, a w latach 2003-09 był wyłączony z użytku z powodu konieczności wykonania prac remontowych, których celem było dostosowanie go do przepisów obowiązujących areny sportowe. Ponowne otwarcie nastąpiło w połowie 2010 roku. A mający za sobą występy tam zawodnicy i trenerzy wciąż wskazują na słabości, z których największą jest zdecydowanie niewydolny system klimatyzacji. Wspominali o tym w sobotę mający za sobą pierwszy trening tam polscy siatkarze, ale też m.in. Belgowie.
- Gorąco jak w saunie. Mam nadzieję, że na mecz wentylacja będzie lepiej ustawiona i nie będziemy musieli grać w takich warunkach. Na pewno jest wiele lepszych obiektów do grania w siatkówkę niż ten w Bari, ale co my możemy zrobić. Musimy tam grać i będziemy tam grać, każdy ma takie same warunki. Pamiętam salę treningową w Bolonii na finałach Ligi Narodów i było chyba jeszcze gorzej niż tu - ocenia rozgrywający Grzegorz Łomacz.
Specyficzną halą nazwał PalaFlorio Aleksander Śliwka. - Zdajemy sobie sprawę, grając po raz kolejny we Włoszech - nie tylko mecze kadrowe, ale też w Lidze Mistrzów, że infrastruktura sportowa w tym kraju nie jest najnowocześniejsza. Hale mają swoje lata i spodziewaliśmy się tego, że to nie będą nowe obiekty. Wielkiego zaskoczenie nie ma - zaznacza przyjmujący.
O trudnych warunkach do gry w tej hali wspomina też trener Nikola Grbić. Rywalizował w niej jeszcze pracując z reprezentacją Serbii, gdy ta walczyła w Bari w kwalifikacjach olimpijskich.
- Było tak gorąco, że nie dało się oddychać. Nie mają systemu chłodzenia, a nawet jeśli jest, to nie jest odpowiedni przy tak dużej liczbie ludzi - mówi szkoleniowiec Polaków.
Ultimatum i przejście do planu B. Prawie jak w Sosnowcu
To właśnie z powodu problemów z wentylacją trzy miesiące temu media informowały, że FIPAV postawił władzom miasta pewnego rodzaju ultimatum. Federacja domagała się wskazania terminu, w którym będzie mogła razem z CEV przeprowadzić kontrole systemu klimatyzacji. Przedstawiciel władz miasta Pietro Petruzzelli mówił wtedy, że plan A, który zakładał całkowitą wymianę, zająłby za długo i dlatego postawiono na plan B, który polegał na wzmocnieniu obecnego.
Podczas sobotniego meczu Włochów z Macedończykami gorąco było nieco bardziej odczuwalne niż w trakcie późniejszego spotkania Holendrów i Niemców. Być może system klimatyzacji potrzebował trochę czasu zanim zaczął pracować na pełnych obrotach. Być może pewien wpływ miała też znacznie większa aktywność widowni podczas pierwszego meczu, gdy tłum często podrywał się z miejsc, dużo krzyczał, tańczył i klaskał.
A trybuny w PalaFlorio są bardzo charakterystyczne - w głównej części składają się nie z pojedynczych krzesełek, a z długich ław. Podobnie jest w wybudowanej w podobnym okresie (1992 r.) hali PalaRossini w Ankonie. Tym, co wyróżnia obiekt w Bari jest także sufit.
- Może nie jest najwyższy jak w innych halach, ale podobny do sali w Sosnowcu, też dość specyficznej - wskazuje Łomacz, wywołując tym porównaniem uśmiech u słuchających go dziennikarzy.
Z kolegą z kadry zgadza się pod tym względem Śliwka, ale zwraca uwagę też na jedną różnicę. - Chodzi o oświetlenie. W Sosnowcu światła są umieszczone na środku sufitu, wprost nad boiskiem. To stanowiło największe utrudnienie na przykład podczas wykonywania zagrywki. Bo oślepiało. Tutaj światła są z boku, jak na każdej innej hali - opisuje.
I dodaje, że choć wiele osób narzeka na obiekt w Bari, to nie jest to kluczowa sprawa. - My wiedzieliśmy, że potrzebujemy wygodnego łóżka w hotelu, mamy dobre jedzenie, a reszta to mniej istotne kwestie, z którymi można żyć - zapewnia przyjmujący.
Jeśli Polacy w niedzielny wieczór pokonają Belgów, to przedłużą o kilka dni pobyt w Bari i rozegrają w hali-saunie także ćwierćfinał. Awans do fazy medalowej ME wiąże się z przenosinami do Rzymu.