- Po wygraniu przez nas Ligi Narodów każdy myśli: kto zdobędzie srebro w Rzymie? Bo nam już przypisano zwycięstwo. To bardzo niebezpieczne - zaznacza trener polskich siatkarzy Nikola Grbić. Serb przed mistrzostwami Europy przeanalizował potencjalną drogę do finału, ale wcale nie uważa, że jego zespół musi tam dotrzeć. Rywale są groźniejsi, niż niektórzy zakładają, a w meczach z Biało-Czerwonymi są w sytuacji typu win-win.
Dla czołówki mistrzostwa Europy zaczynają się dopiero od fazy pucharowej. Tak jest od dawna, a już szczególnie od 2019 r., kiedy zwiększono liczbę uczestników europejskiego czempionatu z 16 do 24. Także Polacy dopiero zaczynają poważne granie. Zresztą: wielu widzi dla nich już miejsce w finale turnieju.
Oczywiście: polscy siatkarze - brązowi medaliści ostatniej edycji, wicemistrzowie świata i liderzy światowego rankingu - należą do grona faworytów. A szczególnie po lipcowym triumfie w Lidze Narodów, co podkreśla trener Nikola Grbić. Ale Serb tonuje hurraoptymizm i wskazuje, że potencjalni rywale Biało-Czerwonych nie należą do wygodnych. A o poprzednim meczu z jednym z nich mówi dziennikarzom: "Widzieliście, co się działo".
Grbić ostrzega - Polacy mogą wcale nie dotrzeć do Bari. Komfortowa sytuacji rywali
Polacy mają za sobą trzy mecze fazy grupowej - Czechów i Macedończyków pokonali 3:0, a Holendrów - teoretycznie najgroźniejszych rywali na tym etapie - 3:1. We wtorek zmierzą się z Danią, a dzień później z Czarnogórą. Trudno sobie wyobrazić, by mieli w tych meczach problemy. Najprawdopodobniej nie powinni stracić przy tym seta.
Tak komfortowa sytuacja pozwala Grbiciowi na rotację składem i ogrywanie po intensywnych przygotowaniach. Serb miał z kogo wybierać, gdy decydował o kształcie turniejowej "14", ma też z kogo wybierać, ustalając wyjściowy skład. Ten kłopot bogactwa sprawia czasami selekcjonerowi spory ból głowy.
- Czasem łatwiej jest mieć siedmiu zawodników, nie ma wątpliwości co do 14-tki, co do tego, kto ma grać. Wszystko jest znacznie łatwiejsze, ale także znacznie bardziej wyczerpujące dla zawodników, którzy grają cały czas. Niektórzy z nich mają różne kłopoty zdrowotne, ale każdy musi grać, bo jeśli nie będzie, to na 100 procent przegramy. Taka presja nie jest czymś fajnym - zapewnił trener Biało-Czerwonych.
Jak dodał, trzeba przyjąć tę sytuację ze wszystkimi jej odcieniami. - Musimy zaakceptować to, kim jesteśmy. Że mamy długą ławkę z zawodnikami, którzy należą do najlepszych na świecie na swojej pozycji i że będą musieli dostosować się do potrzeb kadry. Nie będą grać cały czas, nie zawsze będą w wyjściowym składzie, ale muszą być gotowi cały czas na wejście - wyliczał szkoleniowiec.
I właśnie tę gotowość Grbic wskazał jako największy atut w trakcie niedawnej Ligi Narodów. Historyczny triumf w tych rozgrywkach niesie też pewien negatywny skutek. - Po nim każdy myśli: kto zdobędzie srebro w Rzymie? Bo nam już przypisano zwycięstwo. To bardzo niebezpieczne - podkreślił trener Polaków i od razu wytłumaczył, dlaczego tak uważa.
- Gdy spojrzało się na drabinkę przed rozpoczęciem turnieju, to widać było, że jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem i zajmiemy pierwsze miejsce w grupie, to w 1/8 finału zmierzymy się z Belgami lub Niemcami, a nasze trzy ostatnie mecze z Niemcami kończyły się wynikiem 3:2. Potem, jeśli awansujemy, to zagramy prawdopodobnie z Serbią, która pokonała nas w LN 3:0. A teraz będzie w jeszcze mocniejszym składzie - z Atanasijeviciem, Podrascaninem i Kovaceviciem. Dalej czekać będzie Słowenia, a widzieliście, co stało się podczas niedawnego Memoriału Huberta Wagnera (Polacy zostali rozbici 0:3 - red.). A w finale wreszcie Włochy lub Francja - analizował.
Szkoleniowiec liderów światowego rankingu zaznaczył wprost - choć wiele osób już wstawiło jego drużynę do strefy medalowej, to jeszcze jej tam nie ma. I może w ogóle jej nie być.
- Możemy odpaść już w 1/8 z finału. I to nie dlatego, że nie doceniam naszego zespołu, ale dlatego, że każdy przeciwko nam daje z siebie wszystko. Rywale będą grali najlepszą siatkówkę, jaką są w stanie, bo aby nas pokonać, muszą tak grać. Jeśli z nami przegrają, to byłyby głosy, że to nic takiego, bo przecież Polacy są świetni itd. Ale jak wygrają z nami, to będą nagle najlepsi na świecie. Nie ma tu opcji ich porażki, są w sytuacji typu win-win. A my musimy grać przeciwko nim, musimy się z tym mierzyć, być przygotowani mentalne i uporać się z sytuacją - zaznaczył Serb.
"Wystarczy czy wymieniać dalej?". Schowanie dumy do kieszeni opłaciło się
A uporać trzeba się choćby z faktem, iż kilkupunktowa przewaga nie zawsze daje komfort. - Czasem prowadzisz kilkoma punktami, a potem rywal na pełnej mocy trafia zagrywkę w linię. W linię! I nie masz wtedy nic do gadania. Jeśli zatracisz skupienie, agresję lub obniżysz poziom, to pozwolisz rywalom wrócić do gry. ME to bardzo trudny turniej i musimy być tego świadomi. Nikogo nie można lekceważyć i trzeba być przygotowanym na bitwę w każdym meczu - podkreślił trener Polaków.
Karol Kłos nie śledzi z wyprzedzeniem potencjalnej drogi Biało-Czerwonych do finału. Na bieżąco analizuje jedynie grę rywala, kiedy już wiadomo, z kim wicemistrzowie świata się zmierzą. Na pytanie, kogo wskazałby wśród najgroźniejszych rywali w walce o tytuł, zwrócił uwagę, że w Europie jest bardzo dużo drużyn, które mogły nie zachwycać w LN, ale w czempionacie Starego Kontynentu na pewno pokażą się z lepszej strony.
- To będzie coś ważnego dla nich. Celowały z formą na ten turniej, są w mocniejszych składach. Inni faworyci? Francuzi, Włosi, Słoweńcy. Wystarczy, czy wymieniać dalej? (uśmiech) Serbowie, Niemcy mogą pograć. Na pewno będzie jedna czy dwie drużyny, na którą przed turniejem nie stawiano, a ona zagra bardzo dobrze - przewiduje 34-letni środkowy.
Potwierdza on wcześniejsze słowa Grbicia na temat potrzeby nieustannej gotowości wśród zawodników. - W naszej reprezentacji, jak chcesz być brany pod uwagę, to musi być zawsze gotowy. To działało i wciąż daje efekt, bo naprawdę mamy kim grać - zaznacza.
Z drużyną podczas ME jest Mateusz Poręba, który jednak nie jest zgłoszony do gry. W związku z tym, że w składzie jest tylko trzech środkowych (dzięki temu było miejsce dla piątego przyjmującego), pomaga on w treningach, mecze ogląda z trybun i jest w gotowości, gdyby potrzebny był transfer medyczny. Podczas turnieju finałowego LN w podobnej roli wystąpił Kłos. W "14" w Gdańsku był Mateusz Bieniek, którego z dalszej części sezonu kadrowego wykluczyła kontuzja stopy.
- Ja byłem cały czas gotowy i pod parą. Co do LN to taka była decyzja trenera i trzeba było ją uszanować, schować dumę do kieszeni i dalej pracować. Jak widać, opłacało się, bo jestem na ME - dodaje Kłos.