Będący bezsprzecznie największą gwiazdą reprezentacji Holandii Nimir Abdel-Aziz wraz z kolegami sprawili polskim siatkarzom na początku meczu mistrzostw Europy zimny prysznic. Ten wystarczył, bo Biało-Czerwoni po przegraniu pierwszego seta przebudzili się (3:1), a grający przez lata jak maszyna atakujący "Pomarańczowych" stopniowo gasł. Drużyna Nikoli Grbicia przypomniała piątkowym rywalom, że to nie lata dziewięćdziesiąte.
Holendrów przedstawiano jako najgroźniejszych rywali Polaków w grupie C mistrzostw Europy i bardzo możliwe, że wygrany przez nich w piątek set będzie jedynym straconym przez Biało-Czerwonych w pierwszym etapie turnieju. Zaczęli niemrawo i sporo było gestów frustracji, ale w trzech kolejnych partiach rezerwowi mogli już wdawać się w luźne rozmowy, bez większych obaw o wynik.
Polacy mieli deja vu z Ligi Narodów
Czwartek, mecz otwarcia Holendrów z ekipą Czarnogóry. Wygrany 3:0, ale gra zwycięzców nie porywała. Nieraz wydawało się, że grają właściwie na pół gwizdka przez większość czasu i dopiero w drugiej części seta dawali z siebie trochę więcej, by odskoczyć rywalom. Dzień później w meczu, który był prawdopodobnie kluczowy dla losów awansu do 1/8 finału z pierwszego miejsca w grupie, nie było już miejsca na oszczędzanie się. I początkowo przyniosło im to efekt, bo Polacy z kolei prezentowali marazm.