Nowa twarz polskich siatkarek. Lavarini tylko stał i bił im brawo. Ten medal to dopiero początek

Jakub Balcerski
Tak, to prawda! Polskie siatkarki obroniły dwie piłki meczowe w meczu z mistrzyniami olimpijskimi, wykorzystały jedyną po swojej stronie i po 55 latach oczekiwań zdobyły medal imprezy rangi światowej. Choć szansy na wejście do finału Ligi Narodów nie wykorzystały, to mają wyszarpany brąz, tak ważny dla polskiej siatkówki. Bo cieszy, że ten sukces to tylko początek, zapowiedź tego, jak może wyglądać reszta tego sezonu, a z nią dwa o wiele ważniejsze turnieje.
Polska - USA, Liga Narodów siatkarek, siatkówka
Fot. FIVB, Volleyball World

Po zwycięskim bloku Stefano Lavarini uniósł ręce w górę, rozłożył je i odchylił głowę, a po chwili reszta sztabu już się z nim ściskała. Agnieszka Korneluk złożyła dłonie w geście niedowierzania, a w chwili, gdy dołączyły do niej Joanna Pacak i Julia Nowicka, już płakała ze szczęścia. Aleksandra Szczygłowska padła na boisko wraz z Olivią Różański, obok nich leżała i krzyczała Magdalena Stysiak. A reszta zawodniczek tańczyła i podskakiwała, świętując pokonanie 3:2 (25:15, 16:25, 25:19, 18:25, 17:15) mistrzyń olimpijskich z USA i zdobycie na ich terenie, w hali w Arlington, brązu Ligi Narodów.

Zobacz wideo Hitowa walka Pudziana?! Jest szansa na rewanż ze Szpilką?

Polki mogły sobie wyobrażać tę chwilę, śnić o niej, marzyć, ale nigdy nie wymyśliłyby tak pięknego scenariusza, jak ten mecz, ale i cały sezon Ligi Narodów, który mają za sobą. Że historyczny sukces, pierwszy medal na imprezie rangi światowej od 55 lat, przyjdzie tak szybko po micie założycielskim tej drużyny, jakim jesienią zeszłego roku stały się domowe mistrzostwa świata. Tam Polki płakały po bolesnej porażce w ćwierćfinale, teraz ich szyje ozdobiły medale, które zdobyły ogromnym nakładem ciężkiej pracy. Z oczu znów pociekły łzy, ale to z wielkiej radości.

Polki uwierzyły

To był mecz drugiej szansy na ogromny sukces. Bolałoby, gdyby skończyło się jak w sobotę, w półfinale, gdy Polki trafiły na "Wielki Mur Chiński", którego nie dało się przejść. Chinki grały o klasę lepiej od nich: broniły, blokowały i atakowały na kosmicznym poziomie. A zawodniczki Stefano Lavariniego jakby zmroziło. Nie było w nich takiej siły, która zatrzymałaby przeciwnika i dała im wejście do wielkiego finału Ligi Narodów. Solidność w ataku i próby przykrycia problemów w ataku zderzyły się z brakiem błysku liderek, który wycisnąłby z zespołu coś więcej, nieporadnością, czy prostymi błędami na zagrywce i w bloku.

Polska kadra zarobiła bolesny gong i nie było wątpliwości, że nie miała jak się przed nim obronić. Martwił też fakt, że grała bez pewności siebie i w stylu, którym nie przypominała tego samego zespołu, który jeszcze kilka tygodni wcześniej zapewnił sobie zwycięstwo w fazie zasadniczej Ligi Narodów. Wydawało się, że może Polki jeszcze nie są gotowe na taki sukces i głowa podpowiadała, że przecież już awansem do najlepszej czwórki turnieju wiele dokonały. Ale drużyna wciąż czuła, że ma tu zadanie do wykonania.

Paru niedociągnięć z soboty w niedzielnym meczu o brąz z USA nie udało się jeszcze wyeliminować. Polki nadal miały trudności z funkcjonowaniem w bloku, momentami były ospałe w obronie i nie zawsze udawało im się wyeliminować błędy na zagrywce. Ale w drużynę jakby wstąpił nowy duch i energia. Nareszcie uwierzyły, że, choć to znów był mecz o stawkę, o jaką do tej pory nie przyszło im jeszcze grać, to potrafią wejść na poziom jednej z najlepszych drużyn na świecie. I ją ograć.

Gdy wydawało się, że wszystko za moment wypadnie im z rąk, napisały piękną historię

Potrafiły odrobić kilkupunktową stratę i odwrócić losy seta, a nawet go zdominować tak, jak w pierwszej partii. Już to zapowiadało, że Polki są gotowe walczyć do końca. A potem nadal nie brakowało im motywacji, żeby po wyrównaniu stanu całego meczu przez Amerykanki, wykorzystać swoje szanse i nie tyle wrócić do gry, ile do kontroli nad wynikiem spotkania. I choć wszystko, jak to często bywa w przypadku kluczowych meczów polskiej reprezentacji siatkarek, skończyło się w tie-breaku, to ten rozgrywały ze spokojem, rozwagą i koncentracją na osiągnięciu celu.

Sprytnie przykrywały swoje niedoskonałości - jak problemy z blokiem i doskakiwaniem do piłek w obronie, a eksponowały atuty - przede wszystkim różnorodność ataków, ale w kilku momentach również wywieranie presji mocną zagrywką. Nawet gdy wydawało się, że Amerykanki je dogoniły i za moment kadrze Lavariniego wszystko wypadnie z rąk, to Polki się pozbierały. Napisały piękną historię. Kiedy ostatnio w meczu o wielką stawkę wybroniły dwie piłki meczowe i wykorzystały już pierwszą okazję, żeby zakończyć spotkanie? W przeszłości w takich chwilach drżała ręka, a piłka nie chciała lecieć tam, gdzie się ją kierowało.

Nowa twarz kadry Lavariniego. Jego filozofia to już wizytówka

Polki mają nową twarz. Filozofia Stefano Lavariniego stała się już wizytówką reprezentacji. Nie ma w niej przesadnego respektu do rywalek, jest korzystanie ze swoich szans i podążanie w jednym, dobrze wyznaczonym kierunku. Z trenerem, który wie, czego chce i jak ma to osiągnąć, liderką Magdaleną Stysiak, która była heroską końcówki meczu o brąz i niezwykłą atmosferą grupy, która tylko ją wzmacnia.

Lavarini powtarza, że dla niego najważniejsze są dwa czynniki: praca i wiara. Dobrze widać to na podstawie tego, ile zawodniczek dołożyło się do osiągnięcia tego sukcesu. Choć wyjściową szóstkę Włoch miał raczej stałą, to rezerwowe dokładnie znały swoją rolę, gdy trzeba było dać impuls na zagrywce, dać świeżości w przyjęciu, czy ataku, a nawet po prostu dać odpocząć tym najbardziej wykorzystywanym siatkarkom. Najpierw zapracowały sobie na udział w tym sukcesie, a potem w niego uwierzyły.

Polki przekroczyły barierę, którą już długo pragnęły mieć za sobą. Teraz zapraszają do stołu

To dlatego Lavarini podczas ceremonii wręczenia brązowych medali zorganizowanej krótko po meczu stał obok swoich zawodniczek i każdej z nich bił brawo. Klaskał, bo wiedział, że wszystkie przyczyniły się do zbudowania grupy, w której do tej pory nikt nie upatrywał zwyciężczyń takich meczów, jak ten z USA.

I w tym sukcesie najlepsze jest chyba właśnie to, że to nadal dopiero początek drogi. Pierwszy medal, pierwszy wygrany mecz o taką stawkę i pod taką presją. Polki przekroczyły barierę, którą tak długo pragnęły mieć już za sobą, ale każdy tak wielki krok dla rozwijającego się zespołu będzie tylko zaostrzeniem apetytu. I tak jest również w tym przypadku. A jest, na co ostrzyć sobie zęby. Mistrzostwa Europy, a więc i nawiązanie do legendy "Złotek" z początku XXI wieku. Kwalifikacje olimpijskie, bo na igrzyskach nie było tej kadry od 2008 roku. Naprawdę wykwintne dania. A Stefano Lavarini i polskie siatkarki zapraszają do stołu.

Jakub Balcerski
Więcej o: