Jastrzębianie po finale LM zbici, zmasakrowani i zdruzgotani. "Zostajemy z niczym"

Agnieszka Niedziałek
- Jak człowiek tyle zainwestuje emocjonalnie, fizycznie, zostawi tyle serca, potu - niektórzy może też krwi - to chciałby po prostu dostać coś w zamian. A my teraz zostajemy z niczym - tak Jakub Popiwczak podsumowuje finał Ligi Mistrzów. Do opisania odczuć siatkarzy Jastrzębskiego Węgla świeżo po przegranej 2:3 z Zaksą Kędzierzyn-Koźle używa zaś słów "zbici, zmasakrowani i zdruzgotani".

Po historycznym dla Jastrzębskiego Węgla awansie do finału Ligi Mistrzów niemal wszyscy zawodnicy rzucili się sobie w objęcia i skakali radośnie w kręgu, a Jakub Popiwczak w tym czasie leżał na parkiecie hali mistrzów Polski z zasłoniętą twarzą. Wtedy płakał ze szczęścia. W sobotę późnym wieczorem w Turynie ocierał łzy smutku po porażce w decydującym meczu tych prestiżowych rozgrywek, a pocieszał go kolega z boiska Jurij Gładyr. Siatkarze trenera Marcelo Mendeza w tym sezonie wszystkie ważne mecze przegrywali tylko z Zaksą Kędzierzyn-Koźle w finałach, choć trzeba byłoby ich spytać, czy jest to dla nich pocieszenie.

Zobacz wideo Fornal o finale LM: Fajnie będzie pokazać, że polska siatkówka stoi na wysokim poziomie

"Może za 4 godziny, za tydzień, za miesiąc". Po laniu w 3. secie jastrzębian nie trzeba było motywować

Jastrzębianie po raz pierwszy w historii klubu dotarli do finału LM, ale tuż po zakończeniu finału nie potrafili się tym cieszyć. Na dalszy plan zeszło też wywalczone w bardzo efektownym stylu mistrzostwo Polski czy Superpuchar Polski. Wtedy liczyła się tylko porażka w napakowanym emocjami i zwrotami akcji pojedynku z Zaksą, która po raz trzeci z rzędu okazała się najlepszym klubem w Europie. Kiedy zawodnicy z Jastrzębia-Zdroju zaczną doceniać osiągnięty w tym sezonie wynik w rywalizacji międzynarodowej?

- Może za 4 godziny, za tydzień, za miesiąc, ale w tym momencie jesteśmy zbici. Bo przyjechaliśmy tutaj wygrać. Zostajemy tylko z tym. Może za jakiś czas to docenimy, ale w tej chwili żałujemy. (...) Na razie jesteśmy zmasakrowani i zdruzgotani, bo jak człowiek tyle zainwestuje emocjonalnie, fizycznie, zostawi tyle serca, potu, niektórzy może też krwi, to chciałby po prostu dostać coś w zamian. A my teraz zostajemy z niczym - puentuje Popiwczak.

W trzecim secie on i jego koledzy z drużyny zostali znokautowani przez rywali - przegrali 14:25. Mimo to po chwili się pozbierali i doprowadzili do tie-breaka, wygrywając czwartą odsłonę na przewagi.

- Pokazaliśmy ogromne serce do walki. (...) Po trzeciej partii nie musieliśmy sobie nic konkretnego mówić. Zdarza się czasem przegrać seta w taki sposób, ale to był ostatni mecz w sezonie, ostatni mecz w tej grupie, bo niektórzy odejdą. Nie trzeba było nas specjalnie motywować. Zdarzało nam się w tym sezonie przegrywać sety przed wyjściem na boisko. Siedziało coś czasami z tyłu głowy, np. w finale Pucharu Polski. A teraz każdy wiedział, że to taki "last dance", że trzeba zrobić wszystko, zostawić wszystko, co mamy, bo kolejnego trofeum, o które można byłoby walczyć  w tym sezonie, nie ma. Jestem przekonany, że każdy członek naszej drużyny dał maksa, nie mógł dać więcej - podkreśla reprezentacyjny libero.

Trudno pokazać drugi raz siatkówkę kompletną i liczyć na bezradność Zaksy. "Czuliśmy, że finał LM to jest coś wyjątkowego"

Jego zespół w tym sezonie zdobył Superpuchar Polski i mistrzostwo kraju, a przegrał finał LM i PP. W każdym przypadku po drugiej stronie siatki była Zaksa. Rywalizację o triumf w PlusLidze zakończyli 10 maja. Ekipa Mendeza zdobyła tytuł, tracąc w trzech meczach zaledwie seta. Popiwczak przyznaje, że spodziewali się, iż pojedynek w Turynie będzie wyglądał inaczej.

- Bo w finale PlusLigi wszystko nam wychodziło, graliśmy świetnie, to była taka siatkówka kompletna. Ciężko to powtórzyć. Ciężko też, żeby Zaksa była drugi raz tak w pewien sposób bezradna. Wiedzieliśmy, że będzie ciężko. My ten finał zostawiliśmy już za sobą. Wygraliśmy MP i pocieszyliśmy się, ale wiedzieliśmy, że w Turynie będzie niesamowita walka i nikt nie będzie chciał oddać tego trofeum za darmo. Zobaczyliśmy kawał widowiska, kawał meczu - zaznacza 27-latek.

Jastrzębianie tuż po zdobyciu mistrzostwa kraju mówili wprost, że wyciągnęli wnioski po bolesnej porażce w finale PP. Wydaje się zaś, że kędzierzynianie tak samo podeszli do zaskakująco gładko przegranego finału PlusLigi.

- Na pewno tak, ale z drugiej strony to świetni zawodnicy, świetny zespół. W finale PlusLigi zostali rozbici przez nas, nie ma co ukrywać. Teraz przyjechali z całkowicie innym nastawieniem, z inną siatkówką. Graliśmy jak równy z równym, a na koniec wygrał zespól odrobinę lepszy - ocenia libero.

Ze składu Jastrzębskiego Węgla tylko Benjamin Toniutti wystąpił wcześniej w finale LM. Francuski rozgrywający wygrał te prestiżowe rozgrywki dwa lata temu w barwach Zaksy. Reszta siatkarzy Mendeza w sobotni wieczór zaliczyła debiut, którym była wcześniej podekscytowana.

- Rozmawialiśmy o tym nawet między sobą, że czuliśmy, że finał LM to jest coś wyjątkowego. Że jest wielu świetnych zawodników na świecie, którzy nie mieli nawet okazji zagrać w nim. Przed takim meczem na pewno z tyłu głowy pojawia się myśl: "Kurde, gram w tak naprawdę najważniejszym meczu klubowej siatkówki na świecie". Ale jak się jest na boisku, to jest już skupienie na pierwszej akcji i potem każdej kolejnej. Liczyliśmy, że to będzie nasza szansa, nasz dzień. Niestety, nie udało się - przyznaje smutny libero mistrzów kraju.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.