Grał w wielkich klubach, ale dopiero z Zaksą osiągnął taki sukces. Wreszcie odpowiedział na jedno pytanie

Agnieszka Niedziałek
Jastrzębski Węgiel siatkarskim mistrzem Polski. Grupa Azoty ZAKSA Kędzierzyn-Koźle rozbita w trzecim meczu finałowym
Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Wyborcza.pl

- Zawsze mnie pytają o najtrudniejszy mecz w życiu. W końcu mogę go wskazać - mówi Bartosz Bednorz po zaciętym i szalonym finale Ligi Mistrzów. Sięgnął po prestiżowe trofeum po pięciu miesiącach gry w Zaksie i o ile dla klubu był to trzeci triumf z rzędu, to dla tego siatkarza to debiutancki finał. - To zwieńczenie wszystkich ciężkich momentów w karierze - zaznacza gracz, który ma świadomość, że sobotni uraz stopy dopiero tak naprawdę poczuje.

Dotychczasowa kariera Bartosza Bednorza robiła wrażenie, ale zawsze na końcu było "ale". Związane było z brakiem wielkiego sukcesu na miarę innych czołowych polskich przyjmujących. Bo o ile 28-latek ma na koncie występy w topowych klubach, to z żadnym z nich nie zdołał wcześniej podbić Ligi Mistrzów, a z reprezentacją też był trochę na bakier. Sobotni triumf w barwach Zaksy Kędzierzyn-Koźle w tych europejskich rozgrywkach sprawia, że przynajmniej częściowo ma już to z głowy. Wraz z kolegami, do których dołączył dopiero w pierwszej połowie stycznia, ma teraz powody do wielkiej satysfakcji.

Zobacz wideo Grupa Azoty ZAKSA Kędzierzyn-Koźle szykuje się na finał Ligi Mistrzów. Śliwka: Jesteśmy dumni, ale nie jest to koniec misji

"Rywale nie odebrali nam umiejętności przez te kilka dni". ZAKSA mogła uniknąć tie-breaka, gdyby wzięła challenge

Z jednej strony oczywistym było, że Bednorz wzmacnia utytułowaną ekipę, z drugiej, jako jedyny w składzie nie miał dotychczas na koncie wygranej w LM i występu w finale tych prestiżowych rozgrywek. Od sobotniego zwycięstwa z Turynu nad Jastrzębskim Węglem 3:2 może to już wykreślić z listy.

- To jest sen, który trwa. Były momenty, w których gdzieś tam głowa troszeczkę odlatywała, ale taki jest sport. Pięknie było to zagrać. Zawsze mnie pytają o najtrudniejszy mecz w życiu. W końcu mogę go wskazać - zaznacza w rozmowie z dziennikarzami 28-latek.

Bo droga do upragnionego najwyższego stopnia podium nie była w sobotę w Turynie łatwa. Wstępem do nie była zakończona 10 dni wcześniej rywalizacja w finale PlusLigi. Rywalizacja składająca się z trzech meczów, w której broniący tytułu kędzierzynianie urwali jastrzębianom łącznie zaledwie jednego seta. 20 maja w Turynie zobaczyliśmy już inną Zaksę.

- Rywale nie odebrali nam umiejętności przez te kilka dni. Znamy swoją wartość. Przyjechaliśmy tu z chłodną głową i pozytywnym nastawieniem. Powtarzaliśmy sobie, że najważniejsza jest tu głowa. Że to tylko jeden mecz, że potrafiliśmy to zrobić już w finale Pucharu Polski i teraz musimy zrobić to samo. Głowa odpoczęła, było opanowanie. Zdecydowały niuanse, detale. To piękne, że mamy na szyjach te złote medale - przyznaje Bednorz.

Zwrotu "to piękne" wzruszony, ale i zmęczony siatkarz używa jeszcze kilkukrotnie w rozmowie z mediami. A jednym z ważnych detali, na który wskazuje, była końcówka czwartego seta. Przy trzeciej piłce meczowej dla Zaksy zaatakował na pojedynczym bloku w aut. Jak jednak mówi dziennikarzom, punkt należał się wówczas ekipie z Kędzierzyna-Koźla.

- Mogliśmy zakończyć to spotkanie troszeczkę wcześniej. Śmialiśmy się, że po tym moim ataku, bo Ben Toniutti powiedział mi, że dotknął piłki w bloku, ale nie wzięliśmy wtedy challenge'u. Mogło być więc 3:1, ale to są niuanse, których nie widać. Straciliśmy tę partię, ale wygraliśmy tie-breaka i to jest najważniejsze. To spotkanie mogło się to podobać. Jestem ogromnie dumny z tego zespołu - dodaje przyjmujący.

O tej dumie także opowiada kilka razy. Zwłaszcza gdy znów nawiązuje do odbudowania się po boleśnie przegranym finale PlusLigi.

- Powrócić po tym ciężkim momencie - to cechuje prawdziwy zespół. Trzeba oczywiście oddać ogromny szacunek dla Jastrzębskiego Węgla, bo w finale ekstraklasy przejechali się po nas. A tutaj walczyliśmy jak równy z równym. W trzecim secie, który był tak wyraźnie rozstrzygnęliśmy na naszą korzyść (25:13 - red.), pokazaliśmy naszą najlepszą siatkówkę i chłodną głowę - wspomina.

Bednorz bał się powtórki z półfinału walki o mistrzostwo Włoch. "Trochę tych krążków jest, trochę ich straciłem"

Emocjonujący pięciosetowy pojedynek był pełen zwrotów akcji. O ile we wspomnianej trzeciej partii górą wyraźnie była Zaksa, to w czwartej odsłonie ostatnie słowo należało do jastrzębian. W tie-breaku również sytuacja się zmieniała. A jaki był przełomowy moment?

- Ciężko mi sobie nawet przypomnieć te wszystkie chwile. Było ich dużo. Były lepsze i gorsze momenty, ale to my się teraz cieszymy ze zwycięstwa. Pokazaliśmy ogromny charakter - podsumowuje Bednorz.

On, jak relacjonuje, wykazał się także odpornością na ból. W pewnym momencie uszkodził nogę, ale zaraz wrócił do gry

- Przy lądowaniu wykręciła mi się stopa. Myślałem, że będzie powtórka z Modeny, gdy skręciłem kostkę w półfinale, ale adrenalina zrobiła swoje i wróciłem. Boli mnie to, ale tak naprawdę to będzie boleć dopiero jutro. Cieszę się ogromnie, że udało się wrócić, utrzymać poziom i przede wszystkim utrzymać wszystkich na duchu, bo takie sytuacje, gdy ktoś wypada, działają na niekorzyść zespołu - wskazuje.

Sam zaczął słabiej i dopiero od drugiego seta się rozkręcił, a potem grał w kratkę. Cieszy go zaś stworzenie wielkiego widowiska dla licznie przybyłych do Turynu polskich fanów oraz dołożenie trzeciej gwiazdki do tych symbolizujących triumfy Zaksy w LM. Dla niego to pierwszy taki wyczyn, choć występował już wcześniej w kilku mocnych klubach - PGE Skrze Bełchatów, Modenie i Zenicie Kazań.

- To jest ogromny sukces. Cieszę się, że w końcu zawiesiłem na szyi ten medal, bo różnie to bywało w mojej karierze. Trochę tych krążków jest, trochę ich straciłem, ale jest ten najważniejszy klubowy i ogromnie się z tego cieszę - dodaje Bednorz.

W przeszłości kilkakrotnie kłopoty zdrowotne komplikowały jego plany. Tym bardziej wyczekiwał tego sukcesu w LM.

- Jest to tak naprawdę zwieńczenie tych wszystkich ciężkich momentów w mojej karierze. Coś pięknego po prostu. To jest medal, na który zasługują tak naprawdę wszyscy w tym kubie. Od ludzi, których nie widać - fizjoterapeutów i osób opowiadających za przygotowanie motoryczne, po wszystkich trenerów, lekarzy. Masę ludzi pracujących w klubie i kibiców. To medal wszystkich, którzy są połączeni z tym klubem - wylicza.

Jednocześnie zaznacza, że wciąż jeszcze do niego nie dociera realność osiągniętego w sobotni wieczór sukcesu.

- Ciężko mi jeszcze w to uwierzyć. Ogrom emocji w środku. Myślę, że dopiero jak jutro wstanę, po tej długiej nocy, to dojdzie do mnie, co się wydarzyło - przyznaje.

Bednorz dołączył do Zaksy pod koniec pierwszej połowy stycznia, tuż po zakończeniu sezonu w lidze chińskiej. Okazał się ogromnym wzmocnieniem dla utytułowanej drużyny z Kędzierzyna-Koźla, której wyraźnie brakowało takiego wsparcia w ofensywie. A 28-latek przez kilka tygodni grał wręcz na kosmicznym poziomie.

- Przyszedłem po to, aby pomóc temu zespołowi wrócić na właściwe miejsce. Cieszę się, że to się udało. Szkoda, że nie udało się w finale mistrzostw Polski, ale myślę, że wygraliśmy najważniejszy medal w tym sezonie. Niektórzy wygrali go po raz trzeci, ogromny szacunek dla nich. Ukłony przed wszystkimi chłopakami, bo muszę to powiedzieć - dołączyłem do zespołu kompletnego, złożonego ze wspaniałych zawodników i tak naprawdę dołożyłem malutką cegiełeczkę do tego, aby teraz ten sukces stał się rzeczywistością - podkreśla Bednorz.

Każdy - kto jednak oglądał zarówno sobotni finał LM, jak i wszystkie spotkania Zaksy z ostatnich miesięcy - przyzna, że wkład 28-latka był znacznie większy. W ćwierćfinale i półfinale ekstraklasy i LM był wiodącą postacią i dość często pojawiało się pytanie, czy bez niego kędzierzynianie w ogóle byliby w obu tych finałach. W decydującej fazie rywalizacji w PlusLidze rywale skutecznie go wyeliminowali, ale w Turynie zobaczyliśmy kilka razy przebłysk tego kadrowicza w zdecydowanie lepszym wydaniu.

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...