Oddał brodę za mistrzostwo Polski ZAKSY. Teraz idzie na całość

Jakub Balcerski
- Cieszy mnie to, że nasza drużyna to nie jest zbiór indywidualności i "Los Galacticos" od samego początku, tylko zespół, który wyciąga to, co najlepsze z poszczególnych postaci - mówi w długiej rozmowie ze Sport.pl o Grupie Azoty ZAKSIE Kędzierzyn-Koźle jej trener przygotowania fizycznego, Piotr Pietrzak. W sobotę drużyna zagra trzeci raz z rzędu w finale Ligi Mistrzów. Początek meczu z Jastrzębskim Węglem o 20:30. Relacja na żywo na Sport.pl i w aplikacji Sport.pl LIVE.

Grupa Azoty ZAKSA Kędzierzyn-Koźle, choć zagra w finale Ligi Mistrzów po raz trzeci z rzędu z innym trenerem u sterów, stanowi dość stały zespół, zwłaszcza jeśli mowa o pozostałych członkach sztabu szkoleniowego. Ci od dłuższego czasu pracują razem i stanowią o sile klubu.

Trener przygotowania fizycznego drużyny z Kędzierzyna-Koźla, Piotr Pietrzak, którego można nazywać mózgiem ZAKSY, opowiada Sport.pl, z przyjściem którego trenera zespół zyskał nowe życie, jaką ma filozofię pracy i w jaki sposób pomagał zawodnikom pozbierać się po finale PlusLigi, w którym zostali zdominowani przez Jastrzębski Węgiel.

Zobacz wideo Polskie drużyny szykują się na finał Ligi Mistrzów. Marcin Janusz: Dostaliśmy mocne lanie w finale PlusLigi, ale nadal jesteśmy mocną drużyną

Jakub Balcerski: To już 12 lat w ZAKSIE.

Piotr Pietrzak: Przeleciało, przeleciało. Nie przykładałem do tego większej uwagi, ale ostatnio, robiąc porządki i przenosząc na inne mieszkanie, zebrałem wszystkie swoje pucharki i medale, które zdobyłem. Rzeczywiście, to kawał czasu, ale na nic nie narzekam.

Pamiętasz pierwsze wrażenia, gdy pojawiłeś się w klubie? To był wielki świat?

- Oj, bardzo. To była wielka niewiadoma. Pojawiłem się na początku jako asystent przy trenerach przygotowania fizycznego z Argentyny, czy Włoch. To było duże przeżycie, ale też fajne wprowadzenie do pracy stricte indywidualnej, gdzie mogłem sam swoją filozofię starać się przemycić i robić niektóre rzeczy po swojemu.

Szkoła argentyńsko-włoska to ta, z której polscy trenerzy przygotowania fizycznego czerpią najwięcej? W końcu dużo ich było w PlusLidze.

- Tak naprawdę z każdej myśli coś można wyciągnąć. I jestem też tego typu człowiekiem, który stara się wyciągać z nich to, co najlepsze. Potem odpada to, z czym się nie zgadzam, z czego nie skorzystam. Klucz to poznawać, nie być zamkniętym, tylko mieć otwarty umysł na nowe rozwiązania.

Siadasz przed kolejnym sezonem, ustalasz plan. Coś musi być ułożone konkretnie według twojego schematu? Masz takie elementy?

- Bardzo bym chciał tak zrobić, ale przez ilość i częstotliwość meczów bardzo często sprowadza się to do dbania o to, żebyśmy byli zdrowi i gotowi do następnego spotkania. Okres przygotowawczy to zawsze moment, kiedy możemy wprowadzić nowe metody treningowe i sprawdzić, czy one działają. To jedyna taka chwila w sezonie, w przypadku grania tak często i z takim natężeniem. W trakcie sezonu bardziej już tylko podtrzymujemy zdrowie i dyspozycję. Tak, żebyśmy mogli przetrwać do końca rozgrywek.

ZAKSA wciąż jest tym samym klubem, co 12 lat temu?

- Na pewno się zmieniała. Dla mnie takim momentem przełomowym było objęcie pełnej odpowiedzialności za przygotowanie fizyczne przy Sebastianie Świderskim, któremu dziękuję za zaufanie. To było wypłynięcie na szerokie wody. A z perspektywy klubu, kolejnym etapem, który można oddzielić to pojawienie się Ferdinando de Giorgiego. Zmienił styl pracy, jej filozofię i samo wykonanie pod względem siatkówki. I każdy kolejny trener to jakby trochę inna historia, inne nastawienie, relacje z ludźmi w klubie i sposób pracy.

Jakim szefem był zatem "Fefe"? Co takiego zmienił?

- Określiłbym go jako bardzo surowego, wymagającego i sprawiedliwego trenera. Przykładał wiele uwagi do detali i do rzeczy, które na pierwszy rzut oka wydawały się nic nie znaczyć, a okazywało się, że odmieniały naszą grę. Zasłynął już ze swojej żelaznej dyscypliny, ustawiania wszystkiego pod konkretną godzinę. Nie było tutaj wymówek, po spóźnieniach zawsze były wyciągane konsekwencje.

To irytowało? Bo taka była reakcja na zasady de Giorgiego, gdy objął reprezentację Polski. W klubie dało się do tego przywyknąć?

- Dało, bo kluczową różnicą jest tu fakt, że każdy po zakończonym treningu może uciec do siebie, swojej rodziny i własnych zajęć. W kadrze tego było za wiele. Przebywamy ze sobą wszyscy razem w trakcie obozów, wyjazdów, po prostu nie ma tego momentu odcięcia. Ta żelazna dyscyplina plus ciężkie, długie treningi - w którymś momencie musiały dać o sobie znać.

Jeśli mowa o zmianach, to w waszym sztabie, poza tym, że ciągle na nowy sezon przychodzi nowy trener, jesteście bardzo stałą grupą. To także pewna siła Grupy Azoty ZAKSY Kędzierzyn-Koźle?

- To duża zasługa prezesów i trenerów. Sebastian Świderski stworzył rdzeń jako trener, a jego filozofia była później powielana w całym klubie, gdy został prezesem. Miał swoich ludzi, z którymi mieli współpracować ściągani do Kędzierzyna specjaliści. To mu się bardzo udało.

Wygląda to, jakby przy każdych rozmowach z kolejnymi trenerami Zaksy padał argument: ten, ten i ten człowiek muszą u ciebie być.

- To bardzo mądre podejście. Na tle innych klubów, gdy dochodzi do wielkich rewolucji, to efekty widać nie w kolejnym sezonie, tylko potrzeba na to czasu. Klub siatkarski to w końcu wielki organizm, w którym każdy trybik powinien współpracować z innym. Jeśli my, jako trenerzy główni, asystenci, trenerzy przygotowania, kierownicy, fizjoterapeuci, marketing, czy zaplecze klubu, wszyscy z nim związani, będziemy dobrze wykonywać swoje zadania i współpracować, to będziemy się też bronili siatkarsko. Taka sama zasada jest na boisku. O to chodzi, żebyśmy byli dobrze pracującą maszynką, gdzie te trybiki są już ze sobą dotarte, wiedzą, jak mają w niej funkcjonować. Każda wymiana trybiku sprawi, że maszyna zacznie zgrzytać i trzeba ją będzie dostosować, albo nawet naprawić.

A ile razy zgrzytało pomiędzy wami w sztabie?

- Nie przypominam sobie konkretnej sytuacji, żeby coś mocno pomiędzy nami nie zagrało. Oczywiście, często mamy wiele różnych opinii na różne tematy. Nigdy nie powoduje to jednak konfliktów. Potrafimy wyciągnąć najlepsze rozwiązanie, bo to nie sztuka tylko się zgadzać i kiwać głową, że jest wszystko okej, robiąc coś, co sprawi, że nie będzie dobrze. Jest wiele opcji, różnych spojrzeń. Decyzje podejmuje trener, ale szkoleniowcy, z którymi pracowaliśmy, to nie tacy autokraci, dopuszczają do siebie pomysły innych. Fajnie nam się to sprawdza.

Chyba nie było w siatkówce drugiego takiego klubu, który sięgnąłby po najważniejsze trofeum w sezonie z trzema różnymi trenerami rok po roku. Dwa razy wygrywaliście już Ligę Mistrzów, teraz jesteście w finale z kolejnym. Jak to jest, że za każdym razem po zmianie to nadal dobrze działa?

- To siła tej grupy. Mówimy o Grupie Azoty ZAKSIE Kędzierzyn-Koźle jako o rodzinie, bo wszyscy łącznie z zawodnikami dobrze się tu czujemy i staramy się robić wszystko, żeby wyciągać w meczach to, co najlepsze. A decyzje trenerów to ich indywidualne wybory. Nikola Grbić odchodził do Włoch po otrzymaniu oferty z Perugii, Gheorghe Cretu nie porozumiał się z klubem i też zaakceptował inną propozycję, a teraz mamy Tuomasa Sammelvuo.

Zaksa stała się taką trampoliną dla trenerów, choć dla zawodników przecież też. Gdy trenerem był Daniel Castellani, grał tu Felipe Fonteles. Nie był wtedy tak popularnym zawodnikiem, jakim się później stał. Potem Sam Deroo, Kevin Tillie, Ben Toniutti - to byli wszyscy siatkarze, którzy prezentowali świetną formę, ale jeszcze nie była to klasa światowa. I oni w ZAKSIE się rozwijali, rośli i na ten poziom wchodzili. Cieszy mnie to, że nasza drużyna to nie jest zbiór indywidualności i "Los Galacticos" od samego początku, tylko zespół, który wyciąga to, co najlepsze z poszczególnych postaci. To się później przekłada na to, jak gramy.

Rozmawiamy w Turynie, przed finałem Ligi Mistrzów, ale pewnie wciąż w każdym z was siedzi to, co wydarzyło się w PlusLidze. Pojawiło się zwątpienie w to, że wszystko idzie w dobrym kierunku, skoro rywal was ogrywa i tak dominuje? Był szok, gdy zdaliście sobie sprawę, że to się skończy w trzech spotkaniach?

- Nie, byliśmy wręcz przekonani, że Jastrzębie będzie się prezentowało dobrze. Zakończyli fazę zasadniczą w lidze wyżej niż my, co świadczyło o tym, że już w tej dłuższej części sezonu byli ciut lepsi. W play-offach potrafiliśmy jednak wygrać z Resovią, która w pierwszej fazie była najlepsza. Tu najważniejszą kwestią był raczej mental. Ilości tych spotkań, emocjonalnego zejścia adrenaliny.

To był taki moment, w którym byliśmy już chyba zadowoleni z tego, że jesteśmy w finale. A Jastrzębie naprawdę pokazało kawał dobrej siatkówki. My mimo tego, że próbowaliśmy, chcieliśmy zareagować, to niestety, oni byli tak rozpędzeni, że było trudne. Wiemy też jednak, co możemy poprawić i na tym się skupialiśmy w ostatnich dniach.

Jak wyglądała ta misja, żeby w dziesięć dni od takiego gongu wejść na szczyt siatkarskiej Europy?

- Chcieliśmy dać naszym zawodnikom troszeczkę odpocząć. Tak, wiemy, że w finale graliśmy tylko trzy mecze, a mogliśmy grać pięć, ale nie możemy zapominać, że znaleźliśmy się tam, walcząc z rywalami jak równy z równym i prezentując siatkówkę na bardzo wysokim poziomie prawie przez cały sezon. W Lidze Mistrzów graliśmy te dodatkowe mecze 1/8 finału z Wartą Zawiercie, potem przeszliśmy Trentino w ćwierćfinale, a to moim zdaniem jedna z najlepszych drużyn na świecie, co udowodnili, zdobywając teraz mistrzostwo Włoch. Następnie pokonaliśmy wielką Perugię, murowanego faworyta do wygrania Ligi Mistrzów, walczyliśmy o to, żeby skończyć ligę w "czwórce" i nadeszły play-offy.

To były mecze angażujące nie tylko pod względem fizycznym, ale przede wszystkim psychicznym. Osoby z zewnątrz widzą obciążenie, które dotyka nas przez dwie godziny grania, ale my pracujemy codziennie i ciągle myślimy o tym, co zrobić, żeby było lepiej. Zawodnicy w głowach mają tysiące myśli i każda taka sytuacja jest trudna. To dlatego po finale skupiliśmy się na tym, żeby te głowy wyczyścić, wyeliminować zauważone błędy i popracować jeszcze trochę fizycznie, bo było widać, że pod koniec sezonu nam tego będzie brakowało. Zaczynały się może nie kłopoty, ale przyszło spore zmęczenie.

Doszliście do tego, słuchając uwag zawodników, rozmawiając z nimi, czy bardziej po analizach i spojrzeniu na plan, szukaniu momentu, kiedy to wszystko się nieco odwróciło na waszą niekorzyść?

- Prowadzimy monitoring zawodników i najciekawsze jest to, że patrząc na wysokości i średnią liczbę skoków, to nie było widać większych problemów. Można było odnieść wrażenie, że fizycznie zupełnie opadamy z sił, a tu okazało się, że w meczach z Jastrzębiem te liczby były najlepsze w całych play-offach.

Czyli parametry się zgadzały.

- Tak, ale siatkówka się nie zgadzała. Dlatego nie chodzi o to, żeby być najsilniejszym, najskoczniejszym i najszybszym, ale żeby wygrać trzy sety szybciej niż to zrobi przeciwnik. To brutalne piękno tego sportu. Jeżeli chcielibyśmy wygrywać samą fizyką, to bylibyśmy na pomostach, dźwigając, ile się da, albo uprawiali crossfit. Tu czynników jest jednak o wiele więcej.

Czym Tuomas Sammelvuo wyróżnia się na tle innych trenerów, z którymi współpracowałeś?

- Nie lubię szukać takich konkretnych różnic, bo każdy trener jest trochę inny, ale mogę go opisać. Jest dobrym człowiekiem, jest zaangażowany w swoją pracę, podchodzi do niej profesjonalnie, ma otwarty umysł. I to są w zasadzie cechy większości trenerów, z którymi pracowałem.

A jak jest z Nikolą Grbiciem? Współpracujesz z nim także w reprezentacji Polski. Poza tym, że te role w klubie i kadrze mocno się różnią same w sobie, to relacja z trenerem też jest wtedy nieco inna?

- Nie zauważyłem tego. Elementy pracy i charyzma, która była w klubie, są przeniesione na pracę w kadrze. Lśnił nią w Kędzierzynie i to nadal jego charakterystyczna cecha w reprezentacji. Po prostu mniej od siebie odpoczywamy, ha, ha.

Portal WP Sportowe Fakty w 2016 roku opublikował o tobie artykuł zatytułowany "Człowiek, który oddał brodę za mistrzostwo Polski". Przybliżysz jak do tego doszło?

- To był mój pierwszy zdobyty tytuł, na Podpromiu w Rzeszowie. Tam grupa, z którą współpracowaliśmy - Kevin Tillie, Ben Toniutti, czy Sam Deroo - już pod koniec rozgrywek wymyślili sobie, że wraz z wygraniem ligi moja broda znika. Przystałem na to. Był w tym cel zabawowy, ale też ściągnięcia choćby nieco presji. Takie rzeczy czasem pomagają, bo potrafią odciągnąć myśli od wyniku, tego, jak zagrać. Miło to wspominam, choć drżałem, gdy pojawiły się wielkie krawieckie nożyce, którymi można byłoby mi odciąć głowę. W szatni wszystko przebiegło jednak sprawnie i bezpiecznie.

Od tego czasu były jeszcze podobne pomysły?

- Nie, teraz już nie. Są różne indywidualne historie, jakie mamy między sobą w drużynie, ale to pozostawmy jako sekret szatni.

A gdyby ktoś znów założył się z tobą jeszcze przed finałem o tę brodę, to byś się zgodził?

- Nie ma problemu, jestem gotowy. Za trzecią wygraną w Lidze Mistrzów teraz mogę się nawet cały wydepilować, ha, ha.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.