Decyzja last minute może popsuć siatkarskie święto. Nie bez powodu inni tego nie próbują

Agnieszka Niedziałek
Polscy fani kochają siatkówkę, a działacze chcą im zapewnić odpowiedni show. Ale starania o przeniesienie do kraju w trybie last minute finału Ligi Mistrzów po awansie dwóch polskich drużyn nie jest raczej wyborem właściwej drogi. Zapewniłoby to na pewno tłumy kibiców na trybunach, ale też osłabiłoby prestiż samej siatkówki i jej najważniejszych rozgrywek klubowych w Europie - pisze Agnieszka Niedziałek ze Sport.pl.

Zapewne takim postawieniem sprawy narażę się wielu kibicom siatkówki, a ich w kraju dostatek. Nie bez powodu kiedyś pojawiło się określenie "Poland – Volleyland". Polacy kochają siatkówkę i jej sukcesy, a już wiadomo, że 20 maja dopiszemy kolejny. Za sprawą Zaksy Kędzierzyn-Koźle i Jastrzębskiego Węgla wiele osób odlicza dni do pierwszego polskiego finału Ligi Mistrzów. Zwykle ostatnią niewiadomą przed meczem o taką stawkę, jest skład uczestników. Tym razem wyjątkowo nie pada na koniec pytanie "kto?" a "gdzie?". I jeszcze co najmniej do przyszłego tygodnia przyjdzie nam poczekać na odpowiedź.

Zobacz wideo Jastrzębski Węgiel w finale CEV Ligi Mistrzów! Tomasz Fornal: Udowodnimy, że nie mamy kompleksu

Życie pisze różne scenariusze i zmiana gospodarza dużych imprez sportowych nie jest czymś abstrakcyjnym. Tyle że dotychczas w katalogu powodów były np. działania wojenne, obostrzenia związane z pandemią, kłopoty finansowe organizatorów lub – w przypadku niektórych sportów – uniemożliwiające rywalizację warunki pogodowe. Za sprawą pomysłu polskich działaczy siatkarskich do listy dopisany może zostać nowy.

Zaczęło się od żartu. Wielkie święto polskiej siatkówki i wiele pytań

Zaczęło się od żartu Łukasza Jachimiaka ze Sport.pl w rozmowie z prezesem Polskiego Związku Piłki Siatkowej Sebastianem Świderskim na półmetku rywalizacji półfinałowej w LM. Szybko okazało się jednak, że niektórzy poważnie myślą o tym, aby wybrany na gospodarza Turyn zastąpić jednym z polskich miast, o ile ZAKSA i Jastrzębie awansują. To wszystko niespełna osiem tygodni przed terminem tego spotkania.

Tuż po środowym awansie jego klubu do finału o wielkim święcie polskiej siatkówki mówił mi prezes jastrzębian Adam Gorol. Argumentował, że wielu krajowych fanów czekało na ten wyjątkowy moment i trzeba zrobić wszystko, by umożliwić obejrzenie go na żywo kilkunastu tysiącom kibiców. W przypadku przeniesienia tego spotkania rzeczywiście o frekwencję raczej nie trzeba byłoby się martwić. Z kolei w Turynie pojawiły się obawy, że bez włoskiego zespołu trybuny mogącej pomieścić 15 tysięcy osób Pala Alpitour będą dalekie od zapełnienia.

Dla wielu polskich fanów pojawiła się więc niespodziewanie nadzieja, że mogliby obejrzeć z trybun historyczny mecz. Ale nawet jeśli założymy, że problemem nie byłoby zwrócenie Włochom poniesionych już przez nich w związku z majową imprezą wydatków, to co z osobami, które już wykupiły bilety do Turynu i opłaciły na miejscu nocleg? Co z włoskimi fanami siatkówki, którzy niezależnie od składu osobowego finału chcieli na żywo obejrzeć prestiżowe spotkanie?

Świderski od razu zaznaczył, że z konkretami poczekać trzeba choćby na wyłonienie finalistek LM, bo decydujące mecze kobiet i mężczyzn od kilku lat stanowią pakiet. W czwórce u pań zaś są trzy drużyny ze Stambułu i włoska Novara. Jak podeszlibyśmy do tego, gdyby się okazało, że o triumf powalczą dwie tureckie ekipy i one również będą chciały przenieść rywalizację do siebie? A gdzie jak gdzie, ale w Turcji to właśnie kobieca siatkówka wzbudza ogromne emocje i podczas meczów pań na trybunach jest prawdziwe szaleństwo. Tam również na pewno nie zabrakłoby chętnych na bilety. Co wtedy? Włosi wybiorą tego, kto zapłaci więcej? Rewanżowe spotkania półfinału LM siatkarek w przyszłym tygodniu. Awans Novary raczej przesądzi sprawę, ale wygrana drużyn ze Stambułu może wprowadzić poważne zamieszanie.

Poza tym, czy Turyn na pewno musi oznaczać bijące po oczach pustki na trybunach podczas finałów bez zespołów z Italii? Gdy polscy siatkarze zdobywali tam w 2018 r. mistrzostwo świata, pokonując Brazylijczyków, na trybunach zasiadło ponad 12 tysięcy widzów. Kilka godzin wcześniej w meczu o brąz też nie było gospodarzy. Finał LM sprzed roku w Lublanie, w którym ZAKSA pokonała Trentino, oglądało z kolei na żywo 9,5 tysiąca osób.

Finału LM nie da się sprowadzić tylko do pieniędzy. Wąski krąg zamiast sportu globalnego

Z pewnością z ekonomicznego punktu widzenia decyzja o przenosinach by się obroniła. Ale nie da się tej sprawy sprowadzić tylko do tego aspektu. Mowa bądź co bądź o najbardziej prestiżowych klubowych rozgrywkach siatkarskich w Europie, z ustalonym terminem i gospodarzem. A takie pomysły bardziej sugerują przypadkowość niż profesjonalizm.

W LM siatkarzy i będącym jej poprzednikiem Pucharze Europy Mistrzów Klubowych wcześniej sześć razy w finale mierzyły się kluby z tego samego kraju. W latach 60. ubiegłego wieku rzeczywiście grano w Bukareszcie, w którym bazę miały oba zespoły, tyle że wówczas finał miał formułę dwumeczu granego systemem u siebie i na wyjeździe. W 2004 r. zaś dwie rosyjskie drużyny grały w Biełgorodzie, ale w tradycyjny sposób i z wyprzedzeniem zostało ono wybrane jako gospodarz Final Four (kilka lat temu zrezygnowano z turniejowej formuły).

- Jeśli chcemy gonić piłkę nożną, UEFA i FIFA, to jak termin i gospodarz zostały ustalone, to tak też powinno się to odbyć. Gdyby ogłoszono, że finał piłkarskiej LM ma być np. we Włoszech, ale nagle okazuje się, że zagrają w nim dwa zespoły z ligi angielskiej, to przenosimy finał do ich kraju? Nie wyobrażam sobie tego – mówi mi Daniel Pliński, wicemistrz świata z 2006 roku i mistrz Europy 2009.

Na szybko sprawdźmy więc, jak to było z tą piłką nożną. W Lidze Mistrzów (pod tą nazwą rozgrywki funkcjonują w futbolu od 1993 roku) osiem razy w finale mierzyły się kluby z tego samego państwa. Żaden z tych meczów nie odbył się w kraju, z którego pochodzili finaliści. Nie spotkałam się też z przenoszeniem pojedynku podobnej rangi z takiego powodu w innych sportach.

To za sprawą polskich działaczy mecz otwarcia mistrzostw świata siatkarzy w 2014 roku odbył się na Stadionie Narodowym w Warszawie. Zawodnicy narzekali trochę np. na wiatr utrudniający grę, ale nie ma wątpliwości, że to była świetna promocja tej dyscypliny na całym świecie. Nie sądzę, by przenoszenie finału LM na kilka tygodni przed terminem, by rozegrać go w kraju uczestników, dało podobny efekt. Raczej kojarzy mi się z chaosem i brakiem poważnego podejścia. I w takim odczuciu nie jestem odosobniona.

- Trzeba zachować powagę. Fajnie, gdyby to spotkanie było w Polsce, gdyby tak było ustalone trzy miesiące temu. Jeśli siatkówka, CEV i FIVB mają rosnąć w siłę, to takie przenoszenie nie jest dobrym ruchem – zaznacza Pliński.

Przyjmijmy jednak, że jednorazowo taka zmiana dojdzie do skutku. Czy będzie precedensem i w przyszłości czekają nas kolejne przypadki zmiany lokalizacji finału w trybie last minute? Raczej nie wystawia to najlepszej wizytówki ani siatkówce, ani zmaganiom o miano najlepszej klubowej drużyny Europy.

W ubiegłym roku Polska razem ze Słowenią przejęła awaryjnie organizację mistrzostw świata siatkarzy, którą odebrano Rosji w związku z wojną w Ukrainie. Zgodnie z przypuszczeniami na meczach Biało-Czerwonych były tłumy. I tak samo jest z wszystkimi innymi imprezami siatkarskimi organizowanymi w kraju od dobrych kilkunastu lat. A jest ich sporo. Goszczono u nas uczestników mistrzostw świata mężczyzn w 2014 r., w ubiegłym roku organizowano razem z Holandią kobiecy mundial, między 2013 a 2021 rokiem dwukrotnie Polska była współgospodarzem mistrzostw Europy mężczyzn, a raz organizowała je samodzielnie. U kobiet uczestniczki ME samodzielnie goszczono w 2009 roku, a współgoszczono je 10 lat później. Do tego turnieje kwalifikacyjne do igrzysk, liczne turnieje fazy interkontynentalnej i finałowe Ligi Narodów (wcześniej Ligi Światowej).

W rywalizacji klubowej też nie było nudy – turniej Final Four LM u kobiet odbył się w kraju dwukrotnie, a u mężczyzn - w ciągu 14 lat - aż pięciokrotnie. Trudno się dziwić, że siatkówka w wielkim wydaniu wraca regularnie do Polski, skoro daje gwarancję frekwencyjnego sukcesu. Nie zapowiada się też, by pojawiło się niedługo poczucie przesytu u fanów.

Czy jednak, zamiast budować wizerunek sportu globalnego, siatkówka nie jest przez tę częstotliwość sprowadzana do miana dyscypliny, która wzbudza zainteresowanie w wąskim kręgu? A skoro siatkarze reprezentacji Polski mają tak dobre wspomnienia z Turynu z 2018 roku, to pozwólmy stworzyć tam takie same zawodnikom Zaksy lub Jastrzębskiego Węgla.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.