Semeniuk rok od wybuchu wojny: Gdy syn słyszy bicie dzwonów, nadal się boi

- Byłem wtedy w domu. Wszystko toczyło się spokojnie. Około piątej rano dostałem SMS-y od kolegów, od mamy, od ojca, że Rosja napadła na Ukrainę. Mój kilkuletni synek bardzo szybko się nauczył, że jak słychać dzwony, to trzeba biec do schronu - powiedział Jurij Semeniuk, ukraiński środkowy Projektu Warszawa, opisując dzień, w którym wybuchła wojna w Ukrainie.
(BL@KqxxG>X~gaB?
Adam Starszynski / Adam Starszynski / PressFocus

Dokładnie rok temu rozpoczęła się wojna w Ukrainie. Rosjanie rozpoczęli zbrojną inwazję na swojego sąsiada, a pod ich ostrzałem każdego dnia ginęli niewinni cywile. Wielu z nich uciekało, w obawie o swoje życie, choćby do Polski. Minęło 365 dni, a "specjalna operacja" (tak wojnę w Ukrainie określa Władimir Putin - red.) wciąż trwa. W ostatnich dniach w Kijowie pojawił się prezydent USA, Joe Biden. - Ukraina nigdy nie będzie zwycięstwem Rosji - mówił amerykański przywódca podczas przemówienia w Warszawie.

Zobacz wideo

Jurij Semeniuk opowiada o wydarzeniach na początku wojny. "Syn nadal się boi, gdy słyszy dzwony"

Jurij Semeniuk rozmawiał z oficjalną stroną Projektu Warszawa 24 lutego tego roku, czyli rok po wybuchu wojny w Ukrainie. Środkowy, wówczas występujący w Epicentrze-Podolany Gródek sportowiec opisał, jak wyglądał ten dzień z jego perspektywy. - Byłem wtedy w domu. Wszystko toczyło się spokojnie. Około piątej rano dostałem SMS-y od kolegów, od mamy, od ojca, że Rosja napadła na Ukrainę i żebym wracał do domu. W pierwszych dniach wojny nie mogliśmy nadal uwierzyć, że to wszystko wokół dzieje się naprawdę - rozpoczął.

- Wydaje mi się, że Ukraińcy do końca nie wierzyli w to, że stanie się najgorsze i zacznie się wojna. Syreny alarmowe słyszałem cały czas. Bardzo blisko nas był polski kościół i gdy było niebezpiecznie, dzwoniły kościelne dzwony. Mój kilkuletni synek bardzo szybko się nauczył, że jak słychać dzwony, to trzeba biec do schronu. I choć minął już rok i od wielu miesięcy mieszkamy w Warszawie, to gdy jesteśmy na placu zabaw i w niedzielę o godz. 12 słyszy dzwony bijące w pobliskim kościele, nadal się boi - dodał ukraiński siatkarz.

Jurij Semeniuk dodał, że uczestniczył w szkoleniu wojskowym organizowanym przez ukraińską armię i starał się pomagać w tym trudnym czasie. - Gdy agresor napada na twój kraj, to naturalne jest, że myślisz o tym, jak bronić ojczyzny. Od początku starałem się coś robić. Działałem w obronie terytorialnej, chodziliśmy na patrole. Trzeba było działać, robić to, co się najlepiej umie. Trenowałem więc indywidualnie w siłowni, bo hala była zamknięta. Rozumowałem tak: na wojnie żołnierze robią swoją pracę, a ja jestem zawodowym siatkarzem i w ten sposób mogę godnie reprezentować swój kraj - podsumował.

Więcej o: