Tym atakiem Stysiak odkupiła wszystkie winy. Polki posłuchały Lavariniego

Jakub Balcerski
- Musimy się uspokoić i zacząć grać - mówił polskim siatkarkom trener Stefano Lavarini w trakcie trzeciego seta meczu z Kanadyjkami. I powtarzał jak mantrę "Już czas!". Ten czas długo nie nadchodził. Polki przegrywały już 1:2, a najbardziej bolały nieudane ataki Magdaleny Stysiak. Jednym - dającym piłkę setową na tie-breaka - odkupiła jednak wszystkie swoje winy. A polska kadra wróciła na boisko i nadal żyje na tych mistrzostwach świata.

Gdy Magdalena Stysiak uderzyła piłkę w ostatniej akcji tie-breaka to arbiter ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich długo zastanawiała się, co pokazać. Kanadyjki patrzyły już tylko z nadzieją, błagając, żeby nie pokazała, że zostały obite w bloku. Ale zostały, bo Polki z kwadratu dla rezerwowych wbiegły na boisko, jeszcze zanim ta podjęła ostateczną decyzję. 

Zobacz wideo Krzysztof Ignaczak zrobił niespodziankę dzieciakom. "Strasznie ujął mnie ten list"

Polskie siatkarki wręcz nakazały, żeby ten mecz okazał się zwycięstwem. Choć miały chyba największe problemy w trakcie tych mistrzostw świata, to wróciły na boisko w niezwykłej dyspozycji i je zwalczyły. Zwycięstwo 3:2 (25:18, 19:25, 16:25, 25:23, 15:5) z Kanadą niczego jeszcze nie zapewnia. Poza tym, że jest jeszcze, o co walczyć i nie ma, czego skreślać.

Polki nie zmieniły jedynego elementu, na który mogły narzekać. Ale za to jak wróciły

Jedyne, na co polskie siatkarki mogły narzekać po znakomitym meczu z Amerykankami, to na wchodzenie w poszczególne sety. Zwłaszcza pierwszego, bo w środę zrobiło się w nim nawet 0:5. Nie podobało się to Stefano Lavariniemu, czy choćby kapitan Polek, Joannie Wołosz. - Nad tymi początkami to musimy jeszcze popracować - mówiła po spotkaniu z USA. 

I w pierwszej partii okazało się, że za wiele to w tej kwestii Polkom nie udało się osiągnąć. Kanadyjki szybko wyszły na prowadzenie i przejęły kontrolę nad pierwszymi piłkami w meczu. To one potrafiły ostro ściąć piłkę po skosie, odpowiednio przepchnąć się na siatce, czy nacisnąć trudną zagrywką. Polki nie były za to najskuteczniejsze w przyjęciu. 

No, może początek znów Polkom nie wyszedł, ale za to, jak odrobiły stratę należały się brawa. Wróciły z sytuacji, w której przegrywały już trzema punktami (3:6). W pewnym momencie zdobyły dziewięć z dziesięciu punktów, zrobiło się aż 16:10. Grały coraz pewniej. I to wcale nie lepszym atakiem i seriami na skrzydłach - na koniec miały taką samą skuteczność, co Kanadyjki, 39 procent. Recepta na wygranie tego seta była prosta: świetna zagrywka, skuteczny blok, unikanie błędów. To właśnie tymi elementami Polki ograły Kanadyjki do 18 w 25 minut.

Stysiak nie przypominała liderki z wygranej z USA. Za dużo nerwów, za mało spokoju

I to te elementy stopniowo znikały w drugim secie. Najpierw Polki przestały zagrażać rywalkom zagrywkami, potem traciły dużo punktów po łatwych błędach, a na koniec zaciął się blok, który najczęściej uaktywniał się, gdy rywalki obijały go swoimi atakami. Tylko jeden wrócił w dalszej części tej partii. Kamila Witkowska, Olivia Różański i Magdalena Stysiak potrafiły wręcz "zamurować" rywalki.

USA - Dominikana, MŚ siatkarek, siatkówkaAmerykanki odrodziły się po klęsce z Polkami

Ze Stysiak pojawił się jednak inny, dużo poważniejszy problem. Już w pierwszym secie skuteczność atakującej kadry nie imponowała, ale w drugim po prostu nie była w stanie przebić się przez zasłony stawiane przez Kanadyjki na siatce. Była obijana, podbijana, szukana mocnymi piłkami po drugiej stronie boiska. I niestety, nie przypominała tej liderki, która prowadziła Polki do wygranej z USA. Trzeba było mieć nadzieję, że to chwilowe. Że wróci do swojej lepszej formy, albo zostanie dobrze wsparta przez koleżanki. Bo z 29-procentową skutecznością w ataku patrzyło się na to przykro, pamiętając, że przecież stać ją na o wiele lepszą grę.

Równie kluczowy element, co ataki Stysiak, czyli przyjęcie Olivii Różański (jego skuteczność spadła z 50 procent przy dwóch piłkach do zaledwie 27 przy jedenastu), którym dawała sporo spokoju polskiej kadrze, też coraz bardziej zanikał. Było za dużo nerwów, a za mało spokoju, żeby móc kontrolować grę. Pomoc przyszła z dość niespodziewanej strony - dobrze na lewym skrzydle spisywały się Zuzanna Górecka i zmienniczka Różański, Weronika Szlagowska. To było jednak za mało, nie wystarczyło, żeby zatrzymać napędzające się Kanadyjki. Zaległości z pierwszego bardzo nieudanego seta, w którym skończyła tylko dwie piłki, nadrabiała liderka rywalek, Kiera Van Ryk. Tym razem zdobyła aż siedem punktów.

"Zgasiliśmy ogień". Lavarini widział bezradność Polek i powtarzał jak mantrę: Już czas!

- Zgasiliśmy ogień, który rozpaliliśmy pierwszym setem. Wiemy, że z Kanadą nie możemy tak robić. Potrzebujemy nieco więcej skupienia, bo pojawiło się wiele błędów, złych wyborów. Musimy grać w inny sposób - mówił Stefano Lavarini dla Volleyball World po drugiej partii.

I na początku trzeciej szło opornie. Rywalki wsadzały Polkom w boisko asy, kiwki, strącały piłkę znad siatki. U Polek coraz bardziej brakowało luzu, radości, którą tak chwaliliśmy w poprzednich spotkaniach. Teraz to Kanadyjki skakały w kwadracie, cieszyły się każdym punktem. Polski zespół szukał punktu zaczepienia, żeby móc odrabiać punkty, ale nie udawało się nawet pomimo błędów rywalek. Lavarini poprosił o czas i najwięcej uwag udzielał zawodniczkom co do przyjęcia i obrony. - Dziewczyny, musimy trochę zejść z emocji, uspokoić się i zacząć grać. Już czas, już czas, już czas! - powtarzał jak mantrę. Włoch też widział i alarmował, że zaraz może nie być już czasu na pobudkę.

Polska - Tajlandia na MŚ w siatkówce. Ergo Arena GdańskZnakomite wieści dla Polek. Sensacyjne pogromczynie Turczynek poza MŚ

Seta na boisku zaczynała Weronika Szlagowska, ale niestety i ona zaczęła się mylić. A gdy wróciła Olivia Różański, to pierwszymi dwoma jej zagraniami był błąd w przyjęciu i błąd w ataku. W taki sposób to nie miało prawa się udać. Zwłaszcza gdy kolejne piłki Polek ze skrzydeł zatrzymywały się na bloku, albo leciały w aut. Jeszcze jedno słabiutkie przyjęcie, Kanadyjki zrzuciły piłkę, a Joanna Wołosz tylko bezradnie rozłożyła ręce. To była już różnica dziesięciu punktów do rywalek. Skończyło się na, ale jeszcze bardziej od dystansu dzielącego Polki od rywalek przerażała bezradność biało-czerwonych. 

Polki posłuchały Lavariniego. Stysiak odkupiła wszystkie winy

Sytuacja robiła się już tak nieciekawa, że trzeba było zacząć kalkulować. Jeśli Polki przegrałyby z Kanadyjkami w czterech setach, to nie były już zależne tylko od siebie. Musiałyby liczyć nie tylko, że w piątek ograją Niemki 3:0, ale też, że w drugim meczu Dominikanki dopiero po tie-breaku pokonają Kanadyjki. Nie można było w tym jednak zapominać o jednym: Polki jeszcze nie przegrały.

Bo zawodniczki Stefano Lavariniego go posłuchały. Wreszcie nadszedł ten wspominany przez niego "czas". Atlas Arena wypełniona przez blisko dziesięć tysięcy widzów, widząc kolejne zdobywane punkty odlatywała, a Polki naprawdę zaczęły grać. Nie perfekcyjnie, nie bez błędów, często ze złymi wyborami. Ale to się nie liczyło. To był set i mecz po prostu do wygrania. Nieważne jak. Kluczowa była walka o to, żeby wciąż być, jak to mówiła Joanna Wołosz po ograniu Amerykanek, wciąż być "nad wodą".

Jak one broniły, jak te Kanadyjki podbijały piłkę za piłką? Nie do wytłumaczenia. A Polki za rzadko wybierały mądrze, obijając piłkę o blok, grając w puste przestrzenie po stronie rywalek, a za często grały, jak z zamkniętymi oczami. Ataki Magdy Stysiak - silne, ale niedokładne, albo trafiane tylko w rywalki - czasem wręcz bolały. Tak jak ten ze stanu 23:22, gdy aż prosiło się o skończenie piłki i napędzenie strachu rywalkom. Może nie strach, ale na pewno nerwy napędziły sobie same Polki. Ale Stysiak, choć miała w piątek dziesiątki nieudanych ataków, to jednym, dającym piłkę setową, odkupiła wszystkie winy. Chwilę później Kanadyjki wpadły w siatkę, a cała hala wystrzeliła w górę z zawodniczkami. I można było odetchnąć.

Polki wróciły na boisko w wielkim stylu. I żyją

Dobrze było widać, ile psychicznie kosztował ten mecz, po reakcjach drugiej części polskiego sztabu - medycznej i analitycznej, oglądającej spotkanie z trybuny prasowej. Od połowy trzeciego seta już tylko na stojąco. A po ostatnim punkcie czwartej partii z rękami na głowie.

Polki jakby złamały Kanadyjki. Ich rywalki wciąż chyba nie mogły uwierzyć, że ten mecz i wygrana wymknęła im się z rąk. Był też jeden gest Lavariniego, który sugerował, że wszystko znów idzie dobrze. Wyciągnięta w lewo ręka z zaciśniętą pięścią. Jego siatkarkom wróciło wszystko, co działało na początku meczu - serwis, unikanie błędów i blok. Zwłaszcza blok, bo rywalkami mogły zapomnieć, że da się przebić piłkę na drugą stronę. 

Cały mecz nie był pokazem siły sportowej. Ale mentalnej? Choć czasem trudno się patrzyło na to, jak, wydawało się, Polki marnują swoją wielką szansę na mistrzostwach świata, to one kazały zrobić krok w tył. Bo jej nie zmarnowały, a wyszły z ogromnych kłopotów. Wyglądało to, jakby ich nie było na boisku, ale potem na nie wróciły w wielkim stylu. I żyją jeszcze na tym turnieju. Oby żyły do samego końca.

Więcej o: