Nowakowski nie dał rady obejrzeć kluczowych meczów MŚ. Wróci do kadry? "Mam furtkę"

- Dwóch ostatnich meczów mistrzostw świata nie oglądałem, bardziej śledziłem wyniki na żywo. Czułem, że psychicznie bym nie mógł tego wytrzymać. Właśnie przez uczucie smutku, że mnie tam nie ma - mówi Sport.pl Piotr Nowakowski. Utytułowany siatkarz wiosną ogłosił pożegnanie z reprezentacją Polski, ale zostawił sobie furtkę, której nie zamyka. Dodaje jednak, że z pewnych względów nie jest ona zbyt szeroko otwarta.

Piotr Nowakowski wiedział jeszcze przed rozpoczęciem mistrzostw świata, że oglądanie meczów będzie dla niego trudnym przeżyciem, i tak rzeczywiście było. Choć chyba nie przypuszczał, że pod koniec będzie aż tak ciężko. Nikola Grbić, który zaczął pracę z biało-czerwonymi w tym roku, widział w drużynie miejsce dla 35-latka, ale ten z powodów zdrowotnych i rodzinnych spasował, a wiosną ogłosił zakończenie kariery w kadrze. Okazuje się, że całkowicie nie można wykluczyć, iż zaliczany do światowej czołówki środkowy jeszcze wróci do drużyny narodowej, choć podchodzi do takiej opcji bardzo ostrożnie.

Zobacz wideo Tyle zarabia Grbić w reprezentacji Polski. Jak wygląda jego przyszłość? [Sport.pl LIVE]

Agnieszka Niedziałek: Przed rozpoczęciem mistrzostw świata opowiadałeś dziennikarzom, że podczas oglądania tego turnieju będzie ci towarzyszyć troszkę smutku i zazdrości. Tak było czy może pojawiły się inne emocje?

Piotr Nowakowski: Nie, właśnie te wymienione. Szczerze mówiąc, to dwóch ostatnich meczów nie oglądałem, śledziłem wyniki na żywo. Czułem, że psychicznie bym nie mógł tego wytrzymać. Właśnie przez uczucie smutku, że mnie tam nie ma. Że nie mogę tam być i nie mogę brać w tym udziału.

Żona oglądała te dwa spotkania w drugim pokoju i opowiadała, co się dzieje na boisku?

Finał śledziła w takiej formie jak ja. Też jej było ciężko przez to przejść. Wiadomo, to świeże sprawy. Od mojego ostatniego występu w kadrze mija rok, ale wspomnienia są wciąż żywe. Było nam po prostu ciężko i chcieliśmy sobie darować trochę nerwów i negatywnych emocji. 

Ćwierćfinał z USA i półfinał z Brazylią zakończyły się tie-breakami i do końca nie było wiadomo, jakie będzie rozstrzygnięcie.

Mogło być różnie. W meczu z Amerykanami była ta jedna akcja, kiedy Micah Christenson dotknął siatki w tie-breaku bodajże już i mogło się to potem potoczyć zupełnie odwrotnie. Z zapartym tchem się to oglądało i chłopaki naprawdę walczyli. Przypomniał mi się wtedy ten półfinał z USA w MŚ z 2018 roku, gdzie też w poszczególnych setach się biliśmy i gdzie był tie-break. Miłe wspomnienia wtedy mi towarzyszyły i fajnie, że chłopaki zdołały awansować. Ale jak mówiłem, potem było już tylko śledzenie wyników, bez obrazu. Też przeżywaliśmy wtedy każdy kolejny punkt, ale chcieliśmy sobie darować trochę emocji i było nieco lżej.

Śledząc sam wynik w finale nie sposób jednak było domyślić się, jak dobrze grali wtedy Włosi. Oglądając ten mecz może prędzej można byłoby przypuszczać, jakie będzie końcowe rozstrzygnięcie.

Nie byłoby. Może gdybym zobaczył wcześniej jakikolwiek mecz Włochów przed tym finałem, to tak by było. Bo niektórzy mówili wcześniej nawet, że oni byli w galaktycznej formie, więc może wtedy trochę inaczej bym kalkulował wynik finału. Wydawało mi się, że nasz zespół - że tak powiem może nieco brzydko - przejedzie się po drużynie Italii. Mając jeszcze w pamięci pojedynek o trzecie miejsce w Lidze Narodów w Bolonii, który był nie tak dawno, spodziewałem się łatwego meczu. A wyszło, jak wyszło. W pierwszym secie chłopaki odrobiły dużą stratę i myślałem, że na tej fali polecą dalej, ale okazało się, że jednak Włosi byli w tej formie, o której wspomniałem wcześniej. Końcowy wynik nie był więc zaskoczeniem, bo rywale praktycznie cały czas kontrolowali sytuację.

Gdy już się okazało, że jest srebro i koniec turnieju oraz stresów, to poczułeś ulgę?

Tak. Wiadomo, kibicowałem chłopakom i życzyłem im jak najlepiej, ale myślę, że pewne ciśnienie ze wszystkich zeszło. Wiadomo, pełna hala potęgowała atmosferę i chyba wszystkim ulżyło, że to koniec tych mistrzostw. Aczkolwiek na pewno został niedosyt. Wiadomo, że w drużynie jest kilku doświadczonych graczy, którzy mają już w dorobku tytuł mistrza świata i dla nich może to być "tylko" srebro. Ale jest też kilku świeżaków, dla których jest to na pewno "aż" srebro.

Myślę też, że dla całej polskiej siatkówki jest to "aż" srebro, bo to naprawdę bardzo mocno wypracowany medal. Bili się w tie-breaku z Amerykanami i Brazylijczykami. Obstawiam, że Włosi mieli ciut prostszą drogę - z tych naprawdę topowych drużyn trafili tylko na Francuzów, których pokonali w tie-breaku. Wydaje mi się, że poza tym mieli troszkę łatwiej i nie musieli zostawić na boisku tyle zdrowia co nas zespół. Nie ma co jednak ujmować ich poziomowi. Grali naprawdę bardzo dobrze. Może, gdyby nasi zawodnicy byli trochę świeżsi, to byłoby inaczej, ale to jest tylko gdybanie. Brawo dla Włochów za to, co osiągnęli.

Podczas tego turnieju czułeś się bardziej jak członek polskiej drużyny czy osoba z zewnątrz?

Tak dwojako. Zacząłem się trochę odcinać, ale byłem oznaczany za każdym razem na Instagramie na zdjęciach z akcjami z tych mistrzostw. Siedziałem sobie czy to w Gdańsku, czy w Warszawie, a ktoś mnie oznaczał, że niby grałem, więc czułem się trochę jakbym tam był (śmiech). Było to dziwne, ale chcę się już po trochu odcinać od tego. Bo wiadomo, wspomnienia pozostają, ale trzeba już spojrzeć na to trochę chłodniejszym okiem i przyjąć do wiadomości, że to już było i skupić się na tym, co się robi poza kadrą. Aczkolwiek kontakt z chłopakami oczywiście utrzymywałem.

W trakcie samych mistrzostw też?

Też. Nie chciałem ich zbytnio męczyć, ale od czasu do czasu trochę pogadaliśmy. Dlatego też, tak jak mówiłem, czułem się trochę dwojako.

Czyli do "Gangu Łysego" należysz połowicznie...

Tak, muszę się ogolić do połowy!

Podczas oglądania któregokolwiek z meczów lub śledzenia wyniku rwało cię, by wbiec na parkiet i pomóc?

Nie. Może w meczu z USA. Ale czułem, że chłopaki wygrają ten ćwierćfinał, więc nie czułem potrzeby interwencji.

Było jakieś podobieństwo między przeżywaniem tego turnieju a mistrzostw Europy w 2017 roku, kiedy zrobiłeś sobie roczną przerwę od kadry?

Wtedy byłem w innym świecie, bo zrobiłem sobie przerwę ze względu na narodziny córki. Wiedząc, co się dzieje w kadrze i słysząc, jaka panuje atmosfera, nie tęskniłem w ogóle. Wiadomo, jaka osoba wtedy nad tym wszystkim czuwała.

Chyba teraz ta osoba, czyli prowadzący obecnie Włochów trener Ferdinando De Giorgi, się zmieniła.

Jak widać. Teraz to już chyba całkiem obrosła w piórka (uśmiech). Należy się mu szacunek za niesamowity wynik z tak młodą drużyną. Oprócz trzech tytułów mistrza świata w roli zawodnika teraz jeszcze ma czwarty jako szkoleniowiec, więc coś musi w sobie mieć. Ale nam dał się poznać z takiej średniej strony.

Może nieudana i krótka współpraca z reprezentacją Polski była bolesną nauczką, której potrzebował.

Być może, bo to jednak nie jest metoda. Może kiedyś coś takiego skutkowało, ale teraz nie ma za bardzo na to miejsca. Dlatego - tak jak mówiłem - nie żałowałem swojej nieobecności w tamtym momencie. Miałem wtedy inne priorytety.

Tegoroczna nieobecność w reprezentacji pozwoliła ci zadebiutować za to w roli telewizyjnego eksperta w Polsacie. Jak wrażenia?

To był przypadek. Jurek Mielewski spytał, czy mam czas. Nie miałem, ale Jurek załatwił, że go jednak miałem (uśmiech). To była taka zabawa. Nie podobają mi się moje występy w telewizji, uważam, że ekspert powinien to wszystko jakoś merytorycznie przeanalizować...

Tak doświadczonemu i bardzo utytułowanemu zawodnikowi brakuje wiedzy merytorycznej?

Bardzo. A ja tam byłem, takie jest moje zdanie, żeby powiedzieć coś śmiesznego, opowiedzieć może jakąś historię z kadry. Bo niedawno jeszcze w niej byłem, więc może jeszcze coś świeżego wiem. I taka rola w sumie mi wystarczyła, ale nie mogę przecież w niej cały czas występować. Myślę więc, że to taka jednorazowa przygoda. No, może czasem, jak nie będą mieli kogo zaprosić... Ciężko mi się było wypowiadać np. na temat techniki odbicia.

Ale może to ze względu na to, że mowa była o niedawnych kolegach i brakowało ci dystansu?

Też. Ale przede wszystkim zabrakłoby mi wiedzy. Ja wiem, co mam robić na boisku, ale nie potrafię tej wiedzy przekazać i nie potrafię ocenić na podstawie tego, co wiem, czy ktoś jest dobry, czy nie. Ja robię swoje po prostu. A oceniać mogą eksperci, którzy naprawdę się na tym znają, byli zawodnicy, którzy też już mają jakąś przeszłość trenerską, którzy znają podstawy. Ja ich nie znam, bo nie kształciłem się w tym kierunku. Może zrobię jakieś kursy, to wtedy poznam siatkówkę w teorii. Na razie jestem praktykiem. Oceniać kogoś jest mi ciężko. I to niezależnie od tego, czy to ktoś znajomy, czy obca mi osoba. 

A samo oglądanie meczu w studiu telewizyjnym? Wojciech Drzyzga mówił mi, że rozpraszały go np. rozmowy współtowarzyszy.

To prawda, ciężko jest tam oglądać mecz. Zwłaszcza że były też monitory, na których pokazywane było inne spotkanie tych mistrzostw, poza tym leciał program Ninja Warrior Polska, bo Jurek musiał śledzić (śmiech). Trudno się było skupić. Poza tym wiadomo, miałem telefon w ręce, bo ktoś pisał i komentował mój występ w telewizji. Wolę spokojnie obejrzeć mecz na kanapie. Na żywo też nie lubię, bo nie mam z tego frajdy. Męczę się wręcz. Wolę albo grać, albo oglądać z kanapy. 

Obserwując obecnych kadrowiczów i rozmawiając z nimi trochę, miałeś wrażenie, że atmosfera była podobna do tej z 2018 roku?

Oj tak, bardzo podobna. Jeśli nawet nie lepsza. Bartek Kurek zrobił bardzo dobrą robotę jako kapitan i wydaje mi się, że ta atmosfera - jeśli nie była lepsza - to na bank taka sama. Po mistrzostwach się z nim spotkałem i mówił, że chłopaki super się zachowywali i nie musiał za dużo ingerować w to wszystko, bo sami się nakręcali. Ci, którzy byli - gdy jeszcze grałem - tymi młodszymi, teraz już powoli przechodzą w etap bycia starszymi. Odnajdywali się jako ci bardziej doświadczeni i potrafili tę atmosferę podtrzymywać. A młodzi jak to młodzi, dawali coś od siebie, czasem głupiego, czasem śmiesznego, ale wszystko się im to fajnie zazębiało i atmosfera była naprawdę super. Stąd ta zazdrość, że mnie tam nie było. Ale Bartek wspominał, że jakbym był, to byłoby jeszcze lepiej, więc trochę mi to oddał i spoko (uśmiech).

W którymkolwiek momencie tych mistrzostw lub po ich zakończeniu pomyślałeś, że teraz nie byłeś w stanie grać na odpowiednim poziomie, ale kiedyś jeszcze może by się udało wrócić do niego?

Tak, cały czas mam takie myśli, że teraz na pewno nie jest ten moment, ale może kiedyś... Do pełni tego, co prezentowałem, nigdy raczej nie wrócę, ale może przy powrocie w jakiejś tam większej części miałbym szanse powalczyć o cokolwiek. Ale nie wiem.

Cały czas mówię w kwestii "raczej". Trudno to definitywnie stwierdzić. Ale powinno się to zrobić raz, a porządnie, by więcej takich pytań nie dostawać. Ale mówiąc poważnie, są takie myśli i nie da się chyba od nich uciec. 

Wielu sportowców ze światowego topu wracało i to nieraz z powodzeniem.

Niby tak. Ale też jest już te 35 lat na karku i byłoby to zdecydowanie trudniejsze. Mie ma co całkiem zamykać sobie drzwi. Chyba tego nie zrobiłem po tych rozmowach, jakie miałem z trenerem Nikolą Grbiciem. 

Kibice i dziennikarze nie znali ich szczegółów i stąd chyba wrażenie, że to było już ostateczne pożegnanie z reprezentacją.

Może zabrakło nam właśnie jeszcze tego pożegnania. Tych "emerytów", którzy w tym roku zakończyli karierę reprezentacyjną. Może gdyby był taki event w hali w stylu "Dziękujemy im wszystkim", to wtedy byłoby już potem głupio wracać...

A tak masz furtkę.

Dokładnie. Mam furtkę i nie zamykam jej.

Ale obserwując, jak dotychczasowi młokosi na środku stają się doświadczonymi kadrowiczami, a pojawiają się też świeżaki, nie masz obaw, że nawet jeśli wrócisz na odpowiedni poziom, to może się to okazać za mało, bo szansę będą otrzymywać gracze nowe pokolenia?

Dlatego ta furtka jest niby otwarta, ale ja już tak na nią nie patrzę. Bo nie potrzebuję tego i też zaraz pewnie będę poniżej poziomu, który będzie gwarantował grę w kadrze. Nie będzie mnie również za bardzo bawiło, jak będę niby w niej, ale jako czwarty środkowy. Tak naprawdę będę wówczas patrzył z boku. Fajnie, bo przeżywałbym te emocje, trenował z chłopakami i był z nimi, ale nie będę grał. A tak jak mówiłem wcześniej, nie lubię oglądać meczów z boku. Byłoby to więc dla mnie trochę męczące. 

Będący podczas ostatnich MŚ w takiej sytuacji Karol Kłos niedawno opowiadał, jak trudno psychicznie mu z tym było.

Nie jest to lekka sprawa. Jest się częścią drużyny, daje się z siebie, ile się da. Ale gdzieś tam z tyłu głowy jest myśl "fajnie, ale też bym pograł. I chciałbym być jednym z tych pierwszoplanowych aktorów, którzy walczą na parkiecie". Niestety, na każdego przychodzi moment i trzeba znaleźć sobie miejsce w szeregu. I mimo największych chęci i ambicji czasem trzeba po prostu to przyjąć z honorem i powiedzieć, że młodzi, lepsi niech walczą i grają.

Więcej o: