Reprezentacja Polski zaczyna domowe MŚ... na wyjeździe. Rywale zapłacili aż 22 mln euro

Jakub Balcerski
Polskie siatkarki są współgospodarzem rozpoczynających się w piątek mistrzostw świata siatkarek, ale mecz otwarcia z Chorwacją rozegrają w Arnhem. Holendrzy za mistrzostwa zapłacili 22 mln euro, o wiele więcej niż Polacy. I to oni dyktują warunki.

Być współgospodarzem mistrzostw, a pierwszy mecz grać na wyjeździe? Brzmi to absurdalnie, ale to nie żart. W piątek 23 września, o godz. 18, polskie siatkarki w pierwszym meczu siatkarskiego mundialu zmierzą się z Chorwacją w Arnhem. A konkretnie na stadionie GelreDome, którego na co dzień używa piłkarski klub Vitesse. Specjalnie na mistrzostwa zbudowano tam trzy boiska do siatkówki – dwa meczowe i jedno treningowe. W pierwszych czterech dniach imprezy zagra na nim każdy z 24 zespołów, które biorą udział w turnieju.

Potem grupa B z Polkami przeniesie się do Trójmiasta, gdzie rozegrane zostaną pozostałe cztery kolejki. Kilka dni później grupa C też przemieści się do Polski – do Łodzi – ale już tylko na trzy rundy spotkań. Grupy A i D pozostaną w Arnhem do końca fazy grupowej.

Zobacz wideo Tyle zarabia Grbić w reprezentacji Polski. Jak wygląda jego przyszłość? [Sport.pl LIVE]

Polska zacznie domowe MŚ "meczem wyjazdowym". Tak zarządzili Holendrzy

Skąd pomysł na takie przeprowadzki? Holendrzy wymyślili sobie, że każda z 24 reprezentacji biorących udział w mistrzostwach zostanie zakwaterowana w innej małej miejscowości na terenie Geldrii, największej prowincji ich kraju. Polki są w gminie Overbetuwe, która liczy 46 tys. mieszkańców. To ma stworzyć wyjątkową atmosferę mistrzostw, a mieścinom pozwoli się wypromować – trochę w myśl zasady, że jak mamy mistrzostwa w Holandii, to i pokażemy Holandię uczestnikom, i pokażemy uczestników Holendrom. Kolejne gminy sporo za to zapłaciły i choć na plakacie promującym mistrzostwa oba kraje mogą być równe i nazywane współgospodarzami turnieju, to w rzeczywistości Holandię lepiej nazwać głównym gospodarzem, a Polskę jedynie współgospodarzem.

Według portalu sportnext.nl Holendrzy zapłacili za organizację mistrzostw 22 mln euro, czyli ponad 104 mln złotych. Wsparcie zaoferował holenderski rząd, współpracą pomiędzy organizatorami a krajowymi władzami zarządzał członek parlamentu Rudmer Heerema nazywany wręcz mecenasem mistrzostw. Aż 4,3 mln euro do budżetu dołożyła sama prowincja Geldria, w której położone są Arnhem i Apeldoorn, w którym odbędą się dwa ćwierćfinały, jeden półfinał i spotkania o medale. Do tego trzeba jeszcze dodać środki holenderskiego związku i agencji TIG Sports.

- To potężne pieniądze, o wiele większe od tego, ile zapłaciliśmy za swoją część imprezy - słyszymy w Polskim Związku Piłki Siatkowej. O konkretnych sumach działacze rozmawiać nie chcą, ale już te słowa potwierdzają, że tegorocznymi mistrzostwami tak naprawdę zarządzają Holendrzy. To oni decydowali, gdzie i kiedy odbędą się poszczególne spotkania, to oni postawili duże i bardzo konkretne wymagania: u siebie chcą efektownie zacząć i skończyć mistrzostwa.

To dlatego właśnie tam odbędą się cała początkowa i finałowa faza turnieju. Po meczach fazy grupowej w Arnhem rywalizacja przeniesie się do Rotterdamu, a zakończy w Apeldoorn. Polska – poza wspomnianym dokończeniem rozgrywek grup B i C w Trójmieście oraz Łodzi – zorganizuje w tym drugim mieście wszystkie mecze grupy F w drugiej fazie turnieju, a potem będzie gościć dwa ćwierćfinały oraz jeden półfinał w Gliwicach.

Kibice pytają "Po co?", a PZPS-owi bardziej zależało na półfinale

Dla Holendrów ten plan wydaje się idealnym rozwiązaniem. Ale są też poszkodowani. Dla drużyn "polskiej" grupy B - poza zawodniczkami trenera Stefano Lavariniego także Chorwatek, Turczynek, Koreanek, Domnikanek i Tajek - taki plan pierwszych spotkań jest wyjątkowo niekorzystny. W Arnhem rozegrają jedno spotkanie i już chwilę później opuszczą Holandię. Z informacji Sport.pl wynika, że Polki wylecą do kraju dzień po meczu z Chorwacją, w sobotę 24 września. W Holandii będą zatem tylko cztery dni, bo przyleciały do Arnhem we wtorek. I nietrudno się dziwić zdezorientowanym kibicom, którzy słysząc o takim scenariuszu otwarcia turnieju, najczęściej zadają pytanie: "Po co?".

Z rozmów z działaczami PZPS wynika jednak, że sama kwestia rozgrywania pierwszych meczów w Holandii Polakom nie doskwiera – ludzie z federacji twierdzą, że nie chcieli przeszkadzać współorganizatorom w pomyśle na promocję imprezy. Zresztą PZPS-owi i tak najbardziej zależało na zyskach z dalszych faz rozgrywek. Wyjazd do Holandii na początku imprezy oczywiście nie jest komfortowy dla samych zawodniczek i polskich kibiców. Jednak z finansowego i wizerunkowego punktu widzenia tracimy kilka spotkań fazy grupowej, a w tym przede wszystkim tylko jeden mecz biało-czerwonych.

Z tego, co usłyszeliśmy w związku, dla Polski kluczowe było podzielenie się z Holendrami meczami fazy pucharowej. To się udało i nawet jeśli w ćwierćfinałach lub półfinale w Arenie Gliwice zabrakłoby reprezentantek Polski, to prestiż organizacji spotkań fazy pucharowej będzie ważniejszy od jednego meczu na początku rozgrywek. A przynajmniej tak założył PZPS.

Trzeba jednak podkreślić, że Polska w mistrzostwach siatkarek odgrywa jednak jeszcze mniejszą rolę niż Słowenia w przypadku zakończonych mistrzostw świata siatkarzy. Holandia zorganizuje 60 ze 100 spotkań, Polska pozostałe 40. W przypadku turnieju mężczyzn Słowenia organizowała aż 30 z 52 meczów. I choć Polska od półfinałów miała już wszystko u siebie, to Słoweńcy potrafili wyraźnie zaznaczyć swój wkład w turniej. W przypadku MŚ siatkarek to Holandia podyktowała warunki, a Polska je zaakceptowała. A raczej została po prostu przelicytowana.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.