To był hymn zwycięstwa polskich siatkarzy. Kibice nie mieli wątpliwości. "To co, tie-break nasz?"

Jakub Balcerski
Twarze w dłoniach, nerwowe oddechy i głośne okrzyki. Wystrzał rąk w powietrze przy bloku Mateusza Bieńka, rozłożone ręce po asie Kamila Semeniuka, pewność, gdzie poleci piłka jeszcze przed atakiem w końcową linię boiska Jakuba Kochanowskiego. - Jedziemy z nimi! - niosło się po trybunach. Jakub Balcerski ze Sport.pl magiczny wieczór polskich siatkarzy spędził z kibicami na trybunach.

Czasem krzyk radości grzęźnie w gardle, a łzy radości same ciekną po policzkach. Takie wzruszenie czuli polscy kibice w czwartek wieczorem, tuż po godzinie 23. Właśnie zakończył się siatkarski thriller w Gliwicach, Biało-Czerwoni pokonali USA 3:2. Pokonani Amerykanie bezradnie patrzyli się na boisko i trybuny, na których trwało święto. Można powiedzieć, że dla siatkarskich kibiców typowe, bo przecież gramy o trzecie z rzędu mistrzostwo świata. Typowe, a jednocześnie wciąż wyjątkowe.

Zobacz wideo POLSKA - USA. Mamy półfinał! Teraz już tylko złoto!

Ulewa, tysiąc nowych kibiców i szef Nikola Grbić

Zanim jednak zaczęło się święto, w Gliwicach było szaro, mokro i nieprzyjemnie. Ściana deszczu z nieba, ludzie uciekający przed ulewą pod dach hali i pustki na pierwszym ćwierćfinale Brazylijczyków z Argentyńczykami. W Arenie Gliwice trudno było wyczuć, że za kilkadziesiąt minut pojawi się tu klimat z siatkarskiego kosmosu.

"Misja USA" rozpoczęła się dokładnie o 20:05, kiedy polscy siatkarze wyszli na rozgrzewkę. Kibice powitali ich brawami, ale sami nie byli jeszcze dobrze rozgrzani. Fani obudzili się 10 minut później, na dźwięk trąbki, na której melodie przyśpiewek grał Tomasz Bednarek. Gdy spiker Marek Magiera zapytał, kto jest na siatkówce pierwszy raz, ręce podniosło około tysiąca osób. Mecze siatkarskiej reprezentacji są jak magnes - wciąż pojawiają się tłumy nowych fanów, którzy chcą doświadczyć tej wspaniałej atmosfery.

"Prawie mdleję". Śliwka wycieńczony i szczery po meczu. "Wy tego nie widzicie"

Najpóźniej, bo 20 minut po swoich zawodnikach, przy boisku pojawił się Nikola Grbić. Kibice się rozkręcali, a serbski trener rozsiadł się na ławce rezerwowych i założył nogę na nogę. Obserwował swoich siatkarzy jak szef. A polscy kibice się rozkręcali. - Jaki typ? - padło pytanie jednego z prowadzących doping do kibicki. - 3:0 - odpowiedziała pewnie, czym wywołała uśmiechy na twarzach innych. Takiego wyniku nie spodziewało się wielu. Kilkadziesiąt minut później, przy stanie 2:0, wydawało się, że tak odważny typ to już pewnik. 

Twarz Sperawa skamieniała. Kibice wstali i była już tylko czysta, spokojna radość

Hymn? Jak zawsze, nastrajający na nadchodzący spektakl. Niby tłumnie wyśpiewany już setki razy, a wciąż wywołujący ciarki. Przywitanie zawodników? Najgłośniejsza owacja przy nazwisku Bartosza Kurka. A potem ekscytacja rosła stopniowo - zaczęło się od błędów szefa "Gangu Łysego", ale potem przyszedł as Jakuba Kochanowskiego i czapa od Mateusza Bieńka, a kibice pokazywali gest jak Kamil Semeniuk: same zaciśnięte pięści. Huk rytmicznych oklasków musiał siedzieć w głowie trenera Amerykanów Johna Sperawa. Jego twarz była skamieniała od pierwszej akcji spotkania. Szybkie 1:0 wywołało natomiast euforię na trybunach.

"Mama, siata!". Młody kibic szybko zrozumiał swój błąd

Magda przyjechała na mecz aż z Gdańska. - Jechałam sama sześć godzin, bo trafił się jeszcze jakiś wypadek. Ale nie mogłam odpuścić takiego meczu na żywo - mówiła. - Zaczęłam jeździć od finału w 2014 roku. Chciałam zobaczyć, jak to jest, kupiłam bilety z wiarą, że dojdą do samego końca rozgrywek. I się nie pomyliłam. Nigdy nie zapomnę widoku tego ruchu, gdy w górę szło trofeum za zdobycie mistrzostwa świata - dodała. - Masz teraz bilet na finał w Spodku? - pytamy. W odpowiedzi najpierw dostajemy wymowne spojrzenie. - A miałabym nie zobaczyć, jak robią to trzeci raz z rzędu?

Polska drużyna cieszy się ze zwycięstwa nad reprezentacją USA, 8 września 2022 r.Uraz w polskiej kadrze tuż przed półfinałem MŚ. Grbić: Jest dla nas bardzo ważny

Dla Grześka to było już dziesiąte spotkanie z kadrą w hali. - Taki mały jubileusz - śmiał się, patrząc na kolejne zdobywane punkty przez Polaków. - Kupił mnie kiedyś Mariusz Wlazły, chodziłem tylko dla niego. Teraz chodzę dla Bartosza Kurka i Wilfredo Leona. Ależ oni mają moc w tych łapach - mówił i pokazywał na Kurka, który akurat skończył jeden z ataków. 

Obok Grześka siedział mały Krzysiek. Mógł mieć z siedem, może osiem lat. - Uparł się, że będzie kibicował USA. - Mama, siata! - krzyczał. - No co ty? - dziwiła się mama, a w tym samym momencie Mateusz Bieniek odrzucił Amerykanów od siatki w stylu, po którym najbardziej żywiołowi kibice na dolnych trybunach mogli tylko kręcić flagami w powietrzu. Na górnych trybunach? Też gwarno. I uśmiechy. Czyli coś, co chyba ani razu w tym meczu nie zagościło na twarzy Johna Sperawa. A mały Krzysiek szybko zrozumiał, że nie warto dalej się bawić w kibicowanie Amerykanom. Pytał mamy o nazwiska Polaków i uczył się kolejnych na bieżąco. 

A siatkarze byli świetnymi nauczycielami. Cała hala rytmicznie poderwała się przy asie Bieńka na 21:21. Po chwili wszystkie głowy w pobliżu pojawiały się bliziutko poręczy oddzielającej dwa rzędy fanów. Bo znów prowadzili Amerykanie. Gdy Polacy wyrównywali na 23:23, trybuny chciał poderwać Kurek. Jego apel zadziałał, po chwili na stojąco kibicowała już cała hala. Burza gwizdów przy zagrywkach rywali, a przy punkcie Aleksandra Śliwki wrzawa i wiara. Skaczący Paweł Zatorski i burza okrzyków na koniec, przy piłce setowej. Jedni gwizdali, inni się odwracali. Z nerwów nie mogli na to patrzeć. Polacy zablokowali Amerykanów po długiej akcji, a my - słysząc, jak ekspresyjnie cieszą się kibice obok - już wiedzieliśmy, że tych okrzyków radości nie będziemy mogli zacytować.

"Ale przygaśli". Kibice pobili rekord, ale Polacy sprawili, że niektórzy z nich wyglądali, jak mumie

12 258 kibiców w Arenie Gliwice to rekord hali. I rekord tych mistrzostw świata. Nie do pobicia, bo turniej zmierza do katowickiego Spodka, a w nim więcej kibiców ze względu na pojemność obiektu już nie zasiądzie. W czwartek Polaków wspierali też goście specjalni - Paweł Fajdek, pięciokrotny mistrz świata w rzucie młotem, który już raz przyniósł szczęście, w fazie grupowej, też z USA. Siedzieli też goście ze świata siatkówki: choćby wicemistrz Polski z Jastrzębskim Węglem, Ukrainiec Jurij Gładyr.

I te ponad 12 tysięcy widzów do stanu 11:8 w trzecim secie było przekonane, że to ten dzień, kiedy Polacy rozjadą Amerykanów. Kiedy mają mecz pod kontrolą i nic ich już nie zaskoczy. Wystarczyło jednak kilka zawahań w kolejnych akcjach, żeby Amerykanie zaczęli bić tak głośno, że było ich słychać. - Ale przygaśli - mówili nieco zawiedzeni fani. 

Niektórym kibicom przy gorszym momencie Polaków na twarzy odmalowały się takie miny, że inni, widząc je na telebimie, aż się z nich śmiali i próbowali naśladować. - Jak mumia! - opisywał jeden z nich, widząc załamaną kibickę. - Z rękawa biorą te obrony - mówili ci, którzy dokładnie patrzyli na to, jak odradzali się Amerykanie. Po zagrywce w aut Kurka, która dała USA pierwszy wygrany set, większość fanów schowała głowy w dłoniach.

Sędzia rozsierdził kibiców i siatkarzy. Grbić nie będzie Heynenem, ale fani za nim stanęli

- To jeszcze z godzinka jak nic - słychać było pesymistyczne głosy już kilka minut później. Polacy stanęli, choć wydawało się, że mogą do meczu szybko wrócić. Włoski sędzia Stefano Cesare odgwizdał im błąd ustawienia, a za dyskusję dał Grbiciowi jego pierwszą żółtą kartkę w roli trenera polskich siatkarzy.

Arbiter rozsierdził tym kibiców i zawodników. Gwizdy na sędziów były wręcz przeraźliwe. Grbić nie jest i raczej nigdy nie będzie Vitalem Heynenem, ulubieńcem kibiców z ostatnich lat - ma zupełnie inny charakter. Ale fani wyraźnie za nim stanęli, a Polacy po tej żółtej kartce na moment zaczęli grać jakby inaczej - intensywniej, świeżo, lepiej. Pojawiło się nawet praktycznie najlepsze uczucie, jakiego można doświadczyć na trybunach: gdy polski atak był po bloku Amerykanów i po hali słychać było, jak do kibiców powoli dochodziło, że punkt będzie przyznany Polakom.

Kadra zaczęła się jednak sypać, zwłaszcza fizycznie. Grbić dokonał zmian, a wprowadzony na boisko Łukasz Kaczmarek po skutecznym ataku próbował podburzać trybuny. Ucieszył się jednak za szybko, a sędziowie podjęli decyzję o powtórzeniu akcji, co kibice przyjęli ze zdziwieniem. Przez kolejne sekundy tłumaczyli sobie wzajemnie, co się stało, ale pomimo złości byli bezradni. 

Polacy tracili kolejne punkty, a na trybunach pojawiła się nawet rozpoczęta melodią graną na trąbce "Pieśń o małym rycerzu". Nawet ona nie pomogła. Wynik, coraz gorszy dla zawodników Grbicia, sprawiał, że pojawiła się cisza. Coraz mniej było oklasków, a coraz więcej niemej świadomości: to będzie nerwówka i tie-break. 

"To co, tie-break nasz?"

I choć z 2:0 zrobiło się 2:2, a gra mogła się podobać coraz mniej, to kibice najwyraźniej zbierali siły na decydującą partię. - To co, tie-break nasz? - brzmi pierwsze zasłyszane zdanie. - Będzie dobrze, no musi być - dodawali kolejni fani. Presję czuć było w powietrzu, ale dla takich chwil żyją kibice.

Twarze w dłoniach, nerwowe oddechy i głośne okrzyki. Wystrzał rąk w powietrze przy bloku Bieńka, rozłożone ręce po asie Semeniuka, pewność, gdzie poleci piłka jeszcze przed atakiem w końcową linię boiska Kochanowskiego. - Jedziemy z nimi! - niosło się po trybunach.

Polscy zawodnicy w pewnym momencie musieli wręcz uspokajać kibiców. Ci gwizdami próbowali powstrzymać zagrywkę Amerykanów, ale Grbić poprosił o czas. A trybuny nie przestawały gwizdać i to tak głośno, że nie było słychać gwizdka sędziego. 

"Maria" hymnem zwycięstwa Polaków. Arena Gliwice wyrwana z ziemi

"Tytytyryrytyty Tyrytytyryrytyty!" - śpiewali głośno polscy kibice, którzy upodobali sobie rytm z "Maria (I Like It Loud)" Scootera. Nawet gdy kadra na chwilę została zatrzymana i wydawało się, że może stracić całą swoją przewagę, po skutecznym challenge'u Grbicia kibice znów zaczęli skandowanie prostej, ale jednocześnie tak wpadającej w ucho przyśpiewki.

Akcja PolakówPolska - USA, 24:24. "Istne szaleństwo". Kochanowski aż ryknął [WIDEO]

A sam challenge też był widowiskowy. Przypominał ten z 2014 roku i meczu Polska - Brazylia. Miał podobną wagę - też znacznie przybliżał do gry o medale mistrzostw świata. W tie-breaku z "Canarinhos" wideoweryfikacja miała decydować o zwycięstwie Polaków albo dalszej mordędze przeciwko świetnemu rywalowi. Stephen Antiga długo patrzył na to, co robią sędziowie przy stoliku i gdy tylko jeden z nich się odwrócił i ruszył w stronę Polaków, francuski trener jako pierwszy w hali zaczął się cieszyć jak szalony. Widać było błysk w jego oczach i radość, którą okazywał w stronę kibiców.

Wtedy, żeby zagrać w fazie finałowej, Polacy musieli jeszcze wygrać dwa sety kolejnego dnia, w meczu z Rosją. Teraz wystarczyło wygrać kilka kolejnych punktów. Polacy zdobyli je w niesamowity sposób, a cała hala zaczęła tańczyć i wyrywać Arenę Gliwice z ziemi. Po piłce meczowej wykorzystanej przez Aleksandra Śliwkę był już tylko jeden wielki wrzask. Kibice zaczęli się obejmować, nie brakowało wzruszeń. A po chwili wszyscy znów skakali w jednym rytmie, do hymnu tego zwycięstwa. Razem z siatkarzami. "Tytytyryrytyty Tyrytytyryrytyty!".

Gliwice zdały egzamin, teraz siatkarze - i kibice! - wracają do katowickiego Spodka, mekki polskiej siatkówki. Z prostym celem - napisać kolejne rozdziały legendy tego miejsca. Napisać je złotymi literami.

Więcej o: