Poręba składa hołd zmarłej na raka mamie. Poruszające pożegnanie

- Podczas ostatniego pożegnania z mamą włożyłem do jej trumny statuetkę MVP otrzymaną w meczu PlusLigi. Mam nadzieję, że teraz też będzie ze mnie dumna - mówi Sport.pl wzruszony Mateusz Poręba. 23-letni siatkarz reprezentacji Polski, który dostał od trenera Nikoli Grbicia wielką szansę, dopiero zbiera doświadczenie w rywalizacji siatkarskiej na najwyższym poziomie, ale już zadziwia życiową dojrzałością.

Obecność Mateusza Poręby to największa niespodzianka w składzie reprezentacji Polski na mistrzostwa świata. Rozgrywa on debiutancki sezon w kadrze, ale znalazł uznanie w oczach trenera Nikoli Grbicia. Serb chwalił go już na początku pierwszego zgrupowania, a potem powołał na docelową imprezę tego roku. 23-letni środkowy w mundialu na razie zagrał w jednym meczu - grupowym z Meksykiem. Zarówno w nim, jak i we wcześniejszych spotkaniach w biało-czerwonych barwach potwierdził, że warto na niego stawiać. O ile pod względem ogrania siatkarskiego i dokonań znacząco ustępuje pozostałych kadrowiczom. Życiowo jest jednak znacznie bardziej doświadczony. Numer "72", który ma na meczowej koszulce, to hołd złożony zmarłej na raka mamie. Rok później zaś jego tata przeszedł ciężki zawał.

Zobacz wideo Polacy w ćwierćfinale MŚ. Muszą wyrzucić z turnieju faworytów. "Mecz do zapamiętania na lata"

Agnieszka Niedziałek: Mimo młodego wieku życie pana nie oszczędzało. Czy przez te trudne doświadczenia jest pan mocniejszy psychicznie jako siatkarz?

Mateusz Poręba: Na pewno miały one wpływ na moją psychikę. Będę przez to dużo bardziej wytrzymały. Słyszymy często o przypadkach, kiedy ludzie nie potrafią sobie poradzić z niezbyt dużymi problemami. Za sprawą moich przejść porażka czy gorszy dzień bardziej mnie motywują niż osłabiają. Nie mam wtedy ochoty zamknąć się w pokoju, nie wychodzić i nie rozmawiać z nikim, tylko właśnie wychodzę silniejszy następnego dnia i staram się brnąć cały czas do przodu. Wiadomo, takich rzeczy się nie cofnie. To nauczka dla nas, by się badać i sprawdzać, by nie było takich przykrości. Może gdyby w przypadku mamy zadziałało się dużo wcześniej, to wyglądałoby to inaczej. Ale to tylko gdybanie. Cieszę się, że tato wziął sobie to do serca. Bardzo tęskni za mamą. Codziennie jest na cmentarzu i dba, by zawsze się świeciły znicze. Jej śmierć była dla niego dużym ciosem. Powtarzałem mu wówczas, że ma jeszcze nas. Czasem bywa tak, że trzeba być podporą dla rodziców.

Mówił pan, że po debiucie w mistrzostwach świata miał w sobie tyle emocji, iż mógłby przebiec jeszcze od razu maraton. Przed tamtym meczem z Meksykiem i teraz, przed ćwierćfinałem z USA, ma pan podobne wrażenia?

To bardziej efekt "po". Przed pojedynkiem skupiam się zawsze na tym, by odpocząć i być gotowym w stu procentach. Po nim emocje kumulują się już całkowicie.

Podobno w dzieciństwie próbował pan wielu sportów zanim ostatecznie postawił na siatkówkę.

Byłem bardzo aktywny i ciężko było mi usiedzieć w miejscu. Za każdym razem, gdy pojawiało się trochę wolnego czasu, to graliśmy we wszystkie możliwe gry podwórkowe. Bardzo miło wspominam ten okres. Nie widziałem wtedy komputera na oczy. Dopiero teraz zamówiłem sobie pierwszego laptopa. Potrzebuję go, by móc oglądać mecze czy wideo z treningów. Ale nie chodzi tylko o siatkówkę. Będzie to też pomocne pod kątem mojej pasji, którą jest motoryzacja. Chodzi o gry, które polegają na rozkładaniu i składaniu samochodów oraz motocykli. Czasem człowiek potrzebuje tego, by zresetować głowę, a dodatkowo mogę poszerzyć wiedzę.

To prawda, że zamiłowaniem do motoryzacji zaraził pana tata?

Tak. Jeździł na motocyklach razem z kolegami oraz z mamą i zwiedzali kraj. Mieliśmy też dużo wspólnych wycieczek, wychowałem się na tym. Tata dużo doradza mi w tym temacie i bardzo nas to łączy. Bardzo bym chciał po zakończeniu gry w siatkówkę mieć swój salon z motocyklami i udzielać się mocno przy imprezach motoryzacyjnych jako sponsor oraz zawodnik. Wiadomo, teraz nie mogę tego robić ze względu na potencjalne niebezpieczeństwo i ryzyko urazu. Nie odcinam się jednak całkowicie. Jak mam możliwość pojeździć jako pasażer w rajdówce, to zawsze jestem chętny i nie odmawiam sobie tego. Dzięki temu mogę poczuć delikatnie smak tego, jak to naprawdę wygląda.

Warunki fizyczne nie utrudniają panu tego?

Na sportowe samochody mówię resoraki, bo jak wsiadam do środka, to czuję się tak, jakby mnie ktoś w klatce zamknął (uśmiech). Ale nie mam z tym problemu. Przy motocyklach wojskowych wyglądam, jakbym był olbrzymem. Ale tu nie chodzi o to, jak to wygląda, tylko ma to być przyjemność i możliwość realizacji.

Ma pan jeszcze inne pasje?

Podróże. Ta pasja łączy się z siatkówką i motoryzacją. Bardzo lubię survivalowe spędzanie czasu pod namiotem. Z tatą jeździliśmy na Słowację, spaliśmy pod namiotem w ruinach zamku w środku lasu. Z rodzicami i rodzeństwem robiliśmy też wyprawy w teren. Mieliśmy robione własnoręcznie łuki i proce. Podoba mi się taki pomysł, by rozpalić samodzielnie ognisko bez dodatkowej pomocy czy zrobić samemu szałas. Fajna sprawa.

Trenował pan wcześniej koszykówkę, judo i piłkę ręczną. Trudno było postawić wszystko na jedną, siatkarską kartę?

Nie był to dla mnie duży problem. Wyjazd do Rzeszowa to było tzw. odcięcie pępowiny i zderzenie się z samodzielnym życiem w internacie, bez dużych pieniędzy. Mając 100 zł na tydzień, czekało się na ten weekend, żeby wyskoczyć na pizzę z kolegą. Raz jeden stawiał, a raz drugi. To było wyczekiwanie takiego ważnego momentu. Dlatego potrafię teraz docenić małe rzeczy. To jest bardzo ważne, bo nieraz człowiek, gdy zarabia już troszeczkę większe pieniądze, to przestaje to robić. A one też sprawiają dużą przyjemność.

Czytałam, że do siatkówki trafił pan dzięki odwiedzeniu siostry w lokalu z kebabem. Zdarza się panu jeść od czasu do czasu tego typu jedzenie?

Staram się być coraz bardziej profesjonalnym zawodnikiem, także w aspekcie odżywiania. Ale też daję sobie czasem trochę swobody. Moją słabością jest pizza. Mógłbym ją jeść codziennie. Dobry burger to druga rzecz, obok której nie przeszedłbym obojętnie (uśmiech).

Czy był jakiś moment dużego zwątpienia, gdy chciał pan zrezygnować z siatkówki?

Miałem przez chwilę problem, gdy do klubu w Olsztynie w ostatniej chwili dołączył pewien zawodnik. Nie czułem się gorszy od niego, a dostawałem bardzo mało szans od trenera, więc jeszcze bardziej się pogrążałem. Wpadłem w dołek, ale cieszę się, że potrafiłem sobie z tym poradzić i nie poddałem się. Na treningach jeszcze bardziej walczyłem, by udowodnić trenerowi, że to ja jestem tym zawodnikiem, którego chce mieć na boisku i który będzie dawać pewność drużynie. Potem przez naszego obecnego szkoleniowca - Javiera Webera - tamten trener przekazał mi, że zrobiłem duży postęp. I że wcześniej nie było tej pewności, ale teraz jestem jednym z zawodników, który jest podstawą tej drużyny.

Po ostatnim udanym sezonie pojawiły się oferty z innych, wyżej notowanych klubów?

Dostałem kilka propozycji, ale nie chciałem sobie psuć dobrego kontaktu z klubem w Olszynie. Bo bardzo dobrze się dogaduję z prezesem Tomaszem Jankowskim. Mam też bardzo dobry sztab szkoleniowy, który zawsze mi pomaga. Nie chciałem tego psuć. Cieszę się, że trafiam na dobrych ludzi. Kiedyś w życiu oni mi pomogli, teraz ja zrobiłem postęp i staram się im pomóc. Mam nadzieję, że to się będzie zazębiało.

Miał pan kiedyś siatkarskich idoli?

Było kilku takich zawodników. Na pewno Bartek Kurek. Zawsze mi imponował ze względu na niełatwą drogę, jaką przeszedł jako siatkarz. Z graczy na mojej pozycji to na pewno Piotr Nowakowski. Kilku innych zawodników też mnie inspiruje - sportowo i życiowo. 

Jak wyglądało wejście do reprezentacji, w której spotkał pan Kurka oraz grupę innych doświadczonych i utytułowanych graczy?

Na początku był duży stres, jak się trzeba było odezwać. To normalna sprawa. Jak w Spale z pierwszą kadrą był Paweł Woicki, a wiedziałem, że będę z nim grał w klubie, to podszedłem i powiedziałem "Dzień dobry". On zaczął się śmiać i powiedział: "Jakie dzień dobry? Będziemy razem grać!". Cieszę się, że mogłem zaczynać treningi na zgrupowaniu z chłopakami, z którymi gdzieś już się wcześniej widziałem i grałem, a dopiero potem zaczęli dołączać ci podstawowi gracze reprezentacji. Wtedy w jakiś sposób już byłem zaadaptowany i przygotowany na wspólne treningi.

Zdarza się panu nosić sprzęt jak przystało na najmłodszego w drużynie?

Tak. W klubie będę teraz piąty rok i po raz pierwszy nie będę najmłodszy. Ale to nie znaczy, że od razu będę się od takich rzeczy migał. Jak będzie potrzeba, to zawsze pomogę z tym. Dla mnie to nie jest ujma. Prędzej nawet radość, że mogę pomóc.

A odważył się pan zrobić komuś na zgrupowaniu kadry kawał?

Myślę, że to jeszcze nie jest ten etap (śmiech). Ale już zaczynam się delikatnie otwierać i potrafię się pośmiać z chłopakami. Jest świetna atmosfera i każdy rozumie, że to są żarty. Czasami zdarzy mi się coś palnąć, ale najważniejsze, żeby mieć do siebie dystans.

A teraz, podczas mistrzostw świata, zdarzało się panu wstać rano i nie wierzyć, że jest na tak dużej imprezie z reprezentacją?

Myślę, że już powoli się oswoiłem z tym. Choć jak ktoś by mnie zobaczył na treningu, to mógłby w to nie uwierzyć, bo jestem bardzo nabuzowany. Chodzę i skaczę ciągle. Chłopaki się śmieją ze mnie, bo po każdym ataku biegam. Gdyby policzyć, ile kilometrów przebiegłem w ten sposób, to praktycznie jakbym zrobił drugi trening. A ta energia bierze się właśnie stąd, że jestem tutaj.

Nabrał pan pewności siebie jako siatkarz i człowiek dzięki temu?

Czuję się lepszym zawodnikiem po tym sezonie kadrowym. Dlatego ta sportowa pewność siebie będzie, ale nie chciałbym zmienić się jako osoba i wywyższać się. Chcę być normalnym chłopakiem, który zawsze pomoże, jest uczynny, ma pokorę i nie zrobi nikomu krzywdy. Takim chłopakiem chciałbym być do końca przygody z siatkówką.

Wygląda na to, że uderzenie wody sodowej do głowy chyba panu nie grozi.

Raczej nie ma takiego ryzyka, ale różnie z tym bywa. Mam osoby, które w razie potrzeby szybko ściągną mnie na ziemię (śmiech). Zostałem też wychowany bardzo solidnie, więc myślę, że mi to nie grozi. Tata też mi zawsze powtarzał, że wchodzę w ten okres, iż może się coś takiego pojawić, ale muszę trzymać fason. Przekaz był jasny.

Bliscy pojawiają się na meczach MŚ?

Mam cały czas ich wsparcie. Tylko na jednym meczu nie mógł być nikt z nich. Zwykle są w różnych konfiguracjach, bo wiadomo, mają pracę i inne sprawy. Mam nadzieję, że na finale będą wszyscy i będziemy mogli razem potem świętować. Jak przychodzą na trybuny, to zawsze wysyłam im sygnał, że ich widzę. Ktoś, patrząc z boku, nawet tego nie dostrzeże. Tato wtedy salutuje albo jakoś inaczej daje mi znać. Zależy mi na tym, by byli na trybunach i by o tym wiedzieć, a potem już mogę zatopić się w ten świat meczowy.

Grając i trenując z Jakubem Kochanowskim, Karolem Kłosem i Mateuszem Bieńkiem czuje się pan jednym z nich czy ma poczucie, że dopiero musi do nich dołączyć?

Czujemy się dobrze razem, a każdy może się nauczyć czegoś od reszty. Cały czas rozmawiamy i doradzamy sobie. Bardzo bym chciał wdrożyć zagrywkę podobną do tej Mateusza. Podkradnę mu kilka pomysłów (śmiech). Każdy z nas ma coś, co jest bardzo dużym atutem. Gdyby to połączyć w całość, to by była bomba. Mój największy atut? Blok.

Gdy znalazł się pan poza składem na turniej finałowy Ligi Narodów, to pojawił się strach, że to już koniec sezonu reprezentacyjnego?

Trener dał mi wtedy jasny sygnał, że po Bolonii znów się spotykamy. Z tyłu głowy liczyłem na to, że nawet jeśli nie znajdę się wśród powołanych na MŚ, to dołączę do drużyny na treningach, by było czterech środkowych. Jak dostałem informację, że nie pojadę na turniej finałowy LN, to pojawiły się delikatne łzy w oczach. Nie chciałem, by to się skończyło. Jak już dostałem taką szansę w tym sezonie, to chciałem być z chłopakami do samego końca. Gdy zaś dostałem powołanie na MŚ, to byłem bardzo szczęśliwy. Starałem się jednak nie odpłynąć w euforii, tylko skupić na solidnej pracy na treningach. Ale wiadomo, jest to szczęście, nie ma co ukrywać. Takie szczęście, jakiego doświadczyłem w tym roku i to, czego tu doświadczam, to jest petarda.

Pana numer na koszulce (72 - nawiązanie do roku urodzenia mamy - 1972) chyba jest odpowiedzią na pytanie, komu pan dedykuje swój występ w tych mistrzostwach.

Nie robię tego wszystkiego tylko dla siebie, ale też dla rodziny i dla mamy. To był mój pomysł, by dzień po jej pogrzebie zagrać w meczu. Potrzebowałem skupić się na czymś. Do drużyny dołączyłem w nocy. Trener Marcin Mierzejewski, który w tamtym okresie pomagał mi całym sercem, czekał na mnie. Nie pamiętam szczegółów tego spotkania, ale podobno dobrze wtedy zagrałem. Podczas ostatniego pożegnania z mamą włożyłem do jej trumny statuetkę MVP otrzymaną w spotkaniu PlusLigi. Mam nadzieję, że teraz też będzie ze mnie dumna.

Więcej o: