MŚ bez duetu Drzyzgów. "Fabian przeżył to zdecydowanie mocniej. Jest mi przykro"

- Marzyłem, by synowi dana była walka o trzeci tytuł w rzędu, a mi dana była możliwość skomentowania tego. Fabian na pewno przeżył to zdecydowanie mocniej niż ja - mówi Sport.pl Wojciech Drzyzga. I dodaje, że życie nie składa się tylko z naszych życzeń. Ekspert omawia też dotychczasową postawę polskich siatkarzy w mistrzostwach świata.

Ostatnimi laty kibice reprezentacji Polski siatkarzy byli przyzwyczajeni do obecności rodzinnego duetu Drzyzgów. Fabian jako rozgrywający prowadził grę drużyny, a tuż obok jego ojciec Wojciech komentował mecze dla telewidzów. Podczas obecnych mistrzostw świata żaden z nich nie pełni dotychczasowej roli. Pierwszy nie został powołany przez trenera Nikolę Grbicia, a drugi - decyzją - zwierzchników - tym razem jest gościem w studiu. Były siatkarz na razie pracuje ze studia w Warszawie, ale ma pojawić się też w hali, gdy rywalizacja wejdzie w decydujący etap. I obiecuje, że zabierze ze sobą słynny talizman.

Zobacz wideo Kontrowersyjny format MŚ siatkarzy. Polacy uprzywilejowani. "Bolączka siatkówki od lat"

Agnieszka Niedziałek: Gdy wpisuje się pana nazwisko do wyszukiwarki internetowej, to na czele wśród wyszukiwanych fraz jest obecnie "Wojciech Drzyzga nie komentuje". Widać wiele osób zastanawia się, dlaczego nie relacjonuje pan z hali meczów Polaków w bieżących mistrzostwach świata.

Wojciech Drzyzga: Chciałbym podziękować kibicom za zainteresowanie i opinię dotyczącą tego, co robię, robiłem i mam nadzieję dalej robić. To, że aktualnie nie komentuję meczów Polaków było decyzją szefa stacji. Będę w studio w Gliwicach od meczu z USA. Oczywiście, bardzo liczyłem, że będę mógł po raz piąty skomentować MŚ, ale życie nie składa się tylko z naszych życzeń.

Zabierze pan do Gliwic słynną szczęśliwą koszulę?

Nie wiem, czy ma jeszcze moc, jeśli nie założę jej w roli komentatora. Co prawda talizmanów za bardzo nie lubię, ale ta koszula może coś w sobie ma. Wiele razy zadziała, kilkakrotnie nie. Ani więc jej nie gloryfikuję, ani nie demonizuję. Ale jeśli trochę osób uważa, że się powinna pojawić, to na pewno się znajdzie w mojej walizce. Jest koszulą chronioną i używaną tylko na specjalne okazje. Ostatnio podczas igrzysk w Tokio jej się nie powiodło. Podczas mistrzostw Europy częściowo, ale nie dała rady zdobyć złota. 

To, że nie komentuje Pan meczów Polaków, mniej boli z uwagi na nieobecność syna w składzie reprezentacji?

Jego nieobecność już trochę przetrawiłem, w jakiś sposób się do niej przyzwyczaiłem. Na pewno marzyłem, by dana mu była walka o trzeci tytuł w rzędu, a mi dana była możliwość skomentowania tego. Wiele przeżyłem dobrego w siatkówce, wiele też przeżyłem w niej rozgoryczeń. To nie jest żadne wielkie rozgoryczenie. To jest po prostu część życia. Fabian na pewno przeżył to zdecydowanie mocniej niż ja. A ja muszę też sobie z tym jakoś radzić. Ale uczuć nie można schować do kieszeni. Jest mi przykro, ale nie mogę ani nie myślę, żeby to wyrazić w negatywnym komentarzu skierowanym do aktualnych kadrowiczów czy trenera i pokazywać swoją złość. Bo to by było małe i mało profesjonalne.

Jak pan ocenia postawę biało-czerwonych w fazie grupowej?

Zespół jest dobrze przygotowany do mistrzostw. Ocenę opieram na podstawie zestawienia z dotychczasowymi przeciwnikami. Najbardziej wymagającym była drużyna USA i przynajmniej w porównaniu do niej można powiedzieć, że zespół jest w dobrej dyspozycji fizycznej. To się przekłada na całkiem niezłe parametry i wskaźniki w grze ofensywnej. Mamy falowanie na przyjęciu, co było mankamentem, na który narzekał też Nikola Grbić. Mówił, że za dużo wpada nam piłek bezpośrednich, nie ma utrzymywanej jakości przyjęcia, jest bardzo mało obron. To były zasadnicze uwagi trenera, a ja się z nimi zgadzam. Teraz widzę poprawę wydajności, sprawności i gotowości fizycznej i to się przełożyło na polepszenie jakości gry.

Mecze z rywalami z nie najwyższej półki pokazały, że mamy gotowych do gry rezerwowych. Jest świadomość, że mamy szeroki skład. To bardzo pozytywne, bo nie wszystkie reprezentacje mogą się tym pochwalić. Zanotowaliśmy wygraną w prestiżowym meczu z USA. Na pewno nas to powinno wzmocnić, a trochę osłabić może morale Amerykanów. Choć wiemy, że nie zagrali w pełnym składzie. Ale i tak mam wrażenie, że ten mecz im nie wyszedł.

Pojawiały się głosy, że nieobecność Micah Christensona w tym pojedynku była zabiegiem taktycznym w kontekście opcji ponownego spotkania tych drużyn w ćwierćfinale.

Wydaje mi się, że Amerykanie nie mają w stylu zaciemniania obrazu sytuacji i chowania zawodnika. Tę drużynę charakteryzuje też takie typowo amerykańskie przekonanie o własnej wartości. Sądzę więc, że jego nieobecność rzeczywiście miała podłoże medyczne i była uzasadniona. Zobaczymy, co będzie z 1/8 finału. Jeśli nie zagra, to by to tylko potwierdzało tę tezę. A jak wystąpi, to prawdopodobnie nie był to jakiś bardzo niebezpieczny uraz. Ale to na pewno stanowi dla ekipy USA spory problem, bo jest to mocna jedynka na rozegraniu.

Jak określić różnicę w jakości gry tego zespołu w wariancie z i bez tego siatkarza?

Ona jest niewyliczalna, ale jest to zawodnik kompletny. Dobrze gra na rozegraniu, a dodatkowo dostarcza drużynie punktów i w polu zagrywki, bardzo dobrze blokuje, potrafi agresywnie kiwnąć i dobrze broni. To taki "rozgrywający plus". A dodatkowo poziom jego zgrania z kolegami też jest ważny.

Marcin Janusz też jest "rozgrywającym plus"?

Ma swoje zalety. Jest zawodnikiem bardzo mocno przez Nikolę Grbicia kontrolowanym. To nie jest jakiś wielki zarzut. Taki jest system gry, który ten szkoleniowiec lubi. Marcin nie ma być wielkim kreatorem grania i tworzenia jakiś dodatkowych niepotrzebnych sytuacji. Wręcz odwrotnie. Gdy w danej sytuacji są trzy wybory, to on ominie te dwa bardziej ryzykowne i wybierze ten mniej ryzykowny, ale będzie dokładny, precyzyjny. To jest idea i hasło przewodnie filozofii gry Grbicia. Tak samo było, gdy był zawodnikiem. Natomiast Marcinowi nie brakuje niczego. Ma czyste odbicie palcami do obu skrzydeł, walczy w obronie i potrafi wyciągnąć trudną piłkę, dysponuje różnorodną techniczną zagrywkę, na bloku nie stanowi dziury.

Widoczny jest u niego brak doświadczenia reprezentacyjnego?

Na pewno brakuje mu go, bo to jest fakt i z tym nie możemy dyskutować. Z Zaksą Kędzierzyn-Koźle zdobył tytuł mistrza Europy i może się czuć bardzo dobrze dzięki temu, że ma obok siebie w kadrze kilku klubowych kolegów. Reprezentacja to piętro wyżej niż siatkówka klubowa, ale też nie jest to znowu aż taka duża różnica. On ma 28 lat. Nie mówimy tu o 19-latku, który został rzucony na głęboką wodę i dopiero uczymy go pływać, zastanawiając się, jak sobie poradzi. On pływać umie doskonale i ta woda nie jest dla niego wcale za głęboka. Tu nie mam obaw. Ale nie możemy też po każdym zagraniu się zastanawiać, czy na nie miało wpływ jego ogranie, mentalność czy poziom zdenerwowania. Na rozgrywającym zawsze jest presja. Nie może się pomylić, bo jego błąd od razu widać. On musi z tym umieć żyć. Nawet jak się pomyli, to nie ma prawa tego pokazać.

Swoje błędy chyba dość mocno przeżywa Aleksander Śliwka...

Moim zdaniem przeżywa wszystko, co jest normalne na boisku. Natomiast wszyscy dookoła bardzo przeżywają to, co on robi, bo w zanadrzu jest Tomek Fornal. I tu się wytworzył pewien rodzaj presji i na trenerze, i na obu zawodnikach, a właściwie na Śliwce. Bo każde wejście Tomka podnosi nam poziom gry. Na pewno daje on bardzo dobre zmiany, potrafi grać i na zmianie zadaniowej, i na dłuższym wymiarze. To bardzo dobry zawodnik, ale Olek też nim jest. Dla nas liczy się efekt końcowy.

- Nie naciskajmy za mocno na ten temat. To jest robota trenera - mieć do dyspozycji dobrych zawodników i decydować, który z nich ile będzie grał. Jeśli mecz kończy się zwycięstwem, to nie ma co za bardzo się przejmować. Olek ma teraz raz lepsze, a raz gorsze chwile. Ma bardzo trudną pozycję. Może za dużo oczekujemy od niego? Jeśli jego gra w ataku nie jest bardzo mocna, to potrafi też dużo zrobić w takiej szarej strefie, której może nie widzimy. On ma troszkę pracę sapera, bo nie może się pomylić na przyjęciu. Ma też dużo zadań, których zazwyczaj nie dostrzegamy. Po dotychczasowych meczach w wykonaniu Śliwki można powiedzieć, że na pewno ma jeszcze rezerwy, a trener jest od tego, żeby ewentualnie reagować.

Grbić darzy Śliwkę dużym zaufaniem, więc pewnie odebranie mu miejsca w wyjściowym składzie mogłoby mocno wpłynąć na poczucie własnej wartości tego zawodnika.

Moim zdaniem Serb przyszedł z takim trochę fałszywym przesłaniem, że wszyscy zawodnicy teraz mają u niego czystą kartę. To była taka trochę ściema. Było wiadomo, że stawia na zawodników, którym ufa, z którymi pracował, których zna doskonale od strony sportowej i mentalnej. Przeżył z Olkiem dużo dobrych chwil. Wie, że być może taki ruch - zdjęcie go w ważnym meczu po wcześniejszych postawieniu na niego - podłamałoby jego morale i byłoby przekazem "Przestaję ci ufać, bo nie grasz dobrze". Przy zmianie w meczu mamy przekaz "Ty masz swoje problemy, a ja muszę pomóc drużynie". W siatkówce to nic innego. Trener Grbić zna Olka lepiej niż my wszyscy. To samo wcześniej robił Vital Heynen. On też chronił swoich liderów, co niektórym się podobało, a niektórym nie. Ale teraz nie jesteśmy skazani na Olka Śliwkę. Możemy grać w innym zestawieniu, ale to już jest wybór trenera.

Jaka jest różnica w presji, z którą się mierzy podstawowy przyjmujący i zmiennik?

To jest bardzo trudny temat, bo wszyscy nasi reprezentanci są szóstkowymi zawodnikami w swoich klubach. Bycie rezerwowym jest dla nich pewnym rodzajem nowości. Tomek Fornal mówił o tym, że czuje się dobrze w tej roli, wychodzi mu, ale wciąż się jej uczy. Pewnie, że nie jest łatwo zagrać, kiedy dostajesz jedną rotację pod siatką. Jak na dwa, trzy kontakty z piłką, które masz, zdarzy ci się błąd, to od razu go widać. Jak grasz dwa sety i masz 50 kontaktów z piłką, to twoje cztery, pięć błędów niewiele znaczą. Jak wchodzisz zadaniowo tylko na zagrywkę, to wiadomo, jaka jest presja. Tomek wcześniej wchodził głównie na zagrywkę lub blok, a ostatnio dostaje więcej czasu. Im dłużej jest na boisku, to na pewno schodzi z niego pewna nerwowość, której on akurat wyjątkowo nie pokazuje. Wchodzi i od razu jest gotowy do gry. Różnie mogą reagować zawodnicy. Tak samo dotyczy to Grześka Łomacza czy Łukasza Kaczmarka. Oni nie powinni się pomylić, bo takie jest ich zadanie - wejść i poprawić na ile mogą grę. To trudne zadanie.

Jak pan odebrał wypowiedź Kamila Semeniuka dotyczącą presji na zagrywce, gdy kibice skandowaniem zachęcają do kolejnych asów? 

Nie znam go prywatnie, ale sprawia wrażenie bardzo skromnego. Człowieka i zawodnika, który nie szuka zbytnio poklasku i światła kamer. Tu określił swoje uczucia. To wyróżniające wskazanie palcem, a z drugiej strony nie pozostawiające przestrzeni do błędu jak widać sprawiło, że czuje się niepotrzebnie przez kibiców dociążony. (...) Jego kariera ma trochę dziwny przebieg. Jest graczem w średnim wieku, a rozwinął się znacząco w ostatnich dwóch latach. Gra w reprezentacji - przy naszych kibicach, w pełnej hali - może być czasem bardzo ciężka. Kamil zdaje sobie sprawę w 100 procentach, że nie jest tylko odkryciem i wybuchem talentu, którzy zobaczyliśmy przed igrzyskami oraz zawodnikiem, który może wejść i pomóc, bo przecież umie. Teraz jest i musi. Takie są oczekiwania, a to zmienia perspektywę. Na pewno ma tego świadomość.

Czy zauważa pan różnice w dyspozycji poszczególnych polskich siatkarzy, czy wszyscy są na podobnym etapie?

Skłoniłbym się chyba do tej drugiej opcji. Obserwując sytuację z boku. Myślę, że fizycznie nasi zawodnicy są na dobrym etapie. (...) Gramy w takim, a nie innym stylu, który polega na szukaniu perfekcji, a nie jakichś utrudnień. Nie gramy ogromnej liczby kombinacji, nie gramy takiej francuskiej, trudnej siatkówki. Raczej gramy troszeczkę inaczej niż wcześniej i próbujemy to wykorzystać maksymalnie. W tym momencie ta droga wydaje się dobra. Czy wystarczy na najlepsze zespoły w tym turnieju? Nie wiem. Jest bardzo wiele czynników, które mają wpływ na wynik meczu. A nieraz jest to też łut szczęścia, bo czasem jedna piłka potrafi odwrócić losy spotkania. Od strony fizycznej podstawa wydaje się bardzo ważna, bo wpływa na podejście mentalne.

Zakładając, że nie dojdzie do sensacji w 1/8 finału, to Polacy potem po raz drugi w tym turnieju zmierzą się z USA. Czy to może być podobny mecz do tego grupowego?

Z Amerykanami na 10 meczów możemy mieć bilans 5:5. Nikomu nie daję żadnej większej przewagi. Możemy po ostatniej wygranej czuć się ciut lepiej, gramy też na własnym boisku. Ale trzeba pamiętać o zmianie hali. Ta w Gliwicach jest chyba najmniej ograną przez naszą reprezentację i kadrowiczów, bo nie jest na stałe obiektem ligowym. Będzie więc teraz dla obu ekip dość nowa. Zarówno my, jak i drużyna USA zagrają tam wcześniej raz, w 1/8 finału. Myślę, że pod pewnym względem ten mecz może być podobny do półfinału z 2018 roku, ale też trochę inny. Bo tam się wszystkiego nie traciło. Tu jest zero-jedynkowo – przegrany odpada. To sytuacja porównywalna pod względem klimatu i atmosfery do ćwierćfinału igrzysk.

Wierzy pan, że 11 września będziemy mogli krzyknąć - tak jak Pan i Tomasz Swędrowski podczas dwóch poprzednich edycji - "Jesteśmy mistrzami świata"?

Krok po kroku. Na razie nie wyprzedzajmy tematu. Koszula będzie i ja ze swojej strony zrobię wszystko, co mogę. Jak będzie tytuł, to na pewno sobie krzyknę - czy poza wizją, czy na niej. Wtedy będziemy sobie wszyscy razem krzyczeć.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.