Trener Amerykanów nigdy nie zapomni, jak zatrzymali go Polacy. "Ciężkie przeżycie"

Jakub Balcerski
- Forma rośnie, ale kluczowe jest, żeby pojawiła się na koniec turnieju - mówi John Speraw w długiej rozmowie ze Sport.pl o dyspozycji amerykańskich siatkarzy. We wtorek o 20:30 zagrają z Polską. Relacja na żywo na Sport.pl i w aplikacji Sport.pl LIVE.

Przed polskimi siatkarzami najtrudniejszy rywal w fazie grupowej domowych mistrzostw świata: USA. Drużyna, którą Polacy pokonali w drodze po drugie złoto tych rozgrywek w 2018 roku w "meczu dekady", ale także zespół, który ograł zawodników trenera Nikoli Grbicia bardzo boleśnie podczas tegorocznych finałów Ligi Narodów. Trener Amerykanów od 2012 roku, John Speraw opowiada nam o swojej trenerskiej drodze i filozofii, a także określa, gdzie na tym etapie mistrzostw jest Polska, a gdzie jego reprezentacja.

Zobacz wideo Kiełbasińska: Trzeba nauczyć się odkładać złe rzeczy na bok

Jakub Balcerski: Co jest bardziej skomplikowane: siatkówka, czy mikrobiologia i genetyka molekularna, które pan studiował?

John Speraw: Siatkówka, ha, ha. Na Uniwersytecie Kalifornijskim miałem ten zaszczyt uczestniczyć w projekcie badania genomiki człowieka, przełomowym dla tej dziedziny. Minęło wiele lat, wszystko się jeszcze unowocześniło, a ja cały czas próbuję za tym nadążyć. Każdego dnia przeglądam serię naukowych artykułów. Proces przyswajania nowości z tego środowiska to coś, co chciałem przenieść do siatkówki. Mam nadzieję, że kiedyś pojawi się taka stała współpraca między obiema stronami.

W pokoju między meczami siedzi pan i czyta o nauce?

Tak, ciągle wyskakuje mi to na telefonie, więc w wolnym czasie sobie do tego siadam. Zawodnicy i trenerzy czasem potrzebują się kompletnie wyłączyć, nie myśleć o siatkówce i to jest mój sposób.

Kamil Semeniuk, Polska - Bułgaria, siatkówkaKamil Semeniuk od bohatera do zera. Oto cena za szczerość

Co pojawiło się u pana wcześniej: zainteresowanie sportem, czy właśnie nauką?

Trudno mi powiedzieć, bo nie zacząłem grać w siatkówkę jako zupełny junior, to przyszło z czasem, więc pewnie już wtedy się uczyłem. Ale czy byłem tak zaangażowany w ten świat? Nie do końca. Dorastałem w Kalifornii, ale w miejscu, gdzie nie było dostępu do plaż, więc trudno było od razu złapać siatkarskiego bakcyla i myśleć o graniu. Miałem szesnaście lat, kiedy trafiłem do swojego pierwszego zespołu. Najważniejsze jest, że gdy byłem na uczelni, to byłem już zatopiony w oba te światy. Byłem zatem idealnie włączony w amerykański system funkcjonowania w sporcie: uczyłem się, ale dało się to bardzo sprawnie łączyć z uprawianiem ulubionego sportu.

Uważa pan ten system za najlepszy system na świecie?

Patrzę na to z dwóch stron. Jeśli ktoś chce zostać siatkarzem, grać zawodowo i to wszystko, co chciałby robić, to pewnie najlepszym wyborem jest wyjazd do Europy, gdzie można się na tym lepiej skupić. Ale czemu nie zajmować się obiema dziedzinami życia - rozwojem osobistym, zyskiwaniem doświadczenia, wiedzy i dorastaniem jako osoba, a jednocześnie myśleć też o sporcie.

W lidze uniwersyteckiej jest trochę inaczej niż w tych najlepszych na świecie: bardzo często młody, zaczynający karierę zawodnik gra z weteranem, gościem dziesięć lat od niego starszym, który już odchodzi. Ale to przechodzi każdy amerykański siatkarz. I takie przygotowanie pomaga mu stawać się lepszym, a jeśli wejdzie na pewien poziom, to przeniesie się gdzie indziej. Jeśli zostanie, to wciąż może być świetny w tym, co robi: zarówno siatkówce, jak i nauce, czy zwykłym życiu. Bo dobrze, żeby zawodnik, który kończy karierę w uniwersyteckich zespołach i idzie dalej, miał także dyplom.

Plan B.

Tak, to pomaga im kontrolować swoje życie. Mogą zostać w tym biznesie, ale nie muszą się bać, że nie poradzą sobie z czymś innym.

Gdy przyjeżdża pan do Polski, to nie myśli pan sobie: żyję w o wiele większym kraju, dlaczego u mnie ten sport nie ma podobnej skali co tu?

Nie. W USA jest po prostu inaczej.

A czuł się pan kiedyś niedoceniony jako trener amerykańskiej kadry? Bo nie ma co ukrywać, że siatkówka uniwersytecka jest w USA o wiele popularniejsza. Choć prowadzenie reprezentacji to spory prestiż, to niezbyt często widzicie na trybunach takie tłumy, jak w starciach pomiędzy drużynami uczelnianymi?

Dorastałem w systemie uniwersyteckim jako siatkarz, a później już jako trener, więc doskonale go znam. Zresztą, w Stanach system tworzenia trenerów działa niesamowicie. Nie ma drugiego takiego na świecie: tak skutecznego, ale i opłacalnego. Nie znam osoby, która mogłaby odmówić ofercie rozwoju i pracy tam. Warunki są lepsze, pieniądze większe, długość kontraktu, czy stabilność pracy zawsze zapewnione. To komfort.

Rozumiem, że na meczach w lidze uniwersyteckiej jest często tyle samo, albo więcej kibiców, niż gdy gramy z Polską na mistrzostwach świata, ale nie mogę nie doceniać swojej pracy. Komfort pracy łączy się z tym prestiżem, o którym wspomniałeś. Muszę być wdzięczny za możliwość reprezentowania mojego kraju i prowadzenia najważniejszego zespołu w męskiej siatkówce w skali kraju. Sezon w USA wygląda zresztą bardzo podobnie, jak w Europie. Ligi uniwersyteckie grają tak, jak profesjonalne kluby choćby w Polsce. Tym samym wystarczy zadać sobie pytanie o to, co wolisz: prowadzić klub, czy reprezentację w Europie? Tu odpowiedź będzie tak samo trudna, a wybór podobny, jaki my mamy w USA.

Jaką ma pan trenerską filozofię?

Kiedy jesteś młodym trenerem, starasz się rozwijać swój warsztat. Opierasz to o rady swoich mentorów i zbieranie doświadczenia. Zawodnicy, którzy kończą u nas karierę, mają tego pod dostatkiem. W końcu niemalże co roku zmieniają trenerów i są pełni wiedzy, uwag i doznań, z których i tak dalej będą korzystać. Dlatego najlepiej byłoby, żeby przeszli płynnie z roli zawodnika do bycia trenerem. Tak było w moim przypadku. I moje umiejętności tworzenia własnego stylu trenerskiego wynikały z łączenia tych, które poznałem od moich mentorów.

Pytałem o to także Nikolę Grbicia, który był świetnym zawodnikiem i mówił, że koncentruje się na przekazaniu swojego doświadczenia z boiska swoim siatkarzom. Zakładam, że w pana przypadku może być nieco inaczej, zwłaszcza biorąc pod uwagę ten obecny w USA system.

Wiele pomysłów przyszło dzięki pracy wspaniałymi ludźmi, na których natrafiałem. Miałem też jednak własną drogę: zacząłem od uniwersytetu, przez klub z hrabstwa Caroline, który miał na wszystko o wiele mniej środków, do tego miejsca, gdzie jestem teraz. Musiałem zatem wszędzie mieć całkiem inny sposób na wygrywanie. Nie mogłem być tylko trenerem uniwersyteckim, bo taki system nie sprawdzi się wszędzie. Nie miałem możliwości, żeby maksymalnie dopracowywać technikę moich zawodników, bo u mnie nie była na tak wysokim poziomie, jak w kilku miejscach w Europie. Musiałem się tego nauczyć od ludzi, którzy tam pracowali. Odnalazłem swój styl właśnie, widząc kluby i zespoły, które robiły wszystko trochę inaczej niż my.

Ma pan swój trenerski wzór? Albo trenera z Europy, od którego czerpał pan najwięcej?

Idola nie miałem, wzoru raczej też nie. Ale tak, jak wspomniałem: musiałem się uczyć, a dostęp do wiedzy trenerów pracujących w Europie nie był idealny. Zadawałem pytania, czasem sprawdzałem niektóre rozwiązania, o których słyszałem. Najwięcej pomógł mi Javier Weber, którego mam tu ze sobą. Piętnaście lat temu ja dopiero zaczynałem, a on już pracował, zaczął mi pomagać, dużo rozmawialiśmy. On zabrał swój zespół do Stanów, a ja swój do Argentyny i tak wymienialiśmy się uwagami. Dobrze się poznaliśmy, pojawiła się szansa na współpracę, a ja byłem bardzo zainteresowany perspektywą trenera, który pracował w zupełnie innym środowisku niż ja. 

To pana mały szpieg także w PlusLidze.

Szpieg to jedno, ale bardziej myślę pod kątem różnorodności. W USA dużo się o tym dyskutuje, a ja podchodzę do tego pojęcia tak, żeby chodziło o różny odbiór, perspektywę na pewne kwestie. Żeby nie postrzegać wszystkiego w taki sam sposób. Trzeba szanować opinie innych, a najlepiej nauczyć się je odpowiednio wykorzystywać. Pokazują ci rzeczy, o których nie masz jeszcze pojęcia. Praca z Javierem to właśnie takie doświadczenie. Szpieg? Można go tak nazwać, ale z drugiej strony chcę się dzięki niemu stać lepszym trenerem.

Jak wpłynęła na pana pandemia?

Wyjątkowo trudny czas. Izolacja, stres, strach, później stopniowy powrót do rzeczywistości. To było wyzwaniem dla zawodników, w zasadzie dla każdego. Dwa lata temu mieliśmy sporo zawodników z kadry rozsianych po Włoszech. Byli w centrum całego zamieszania. Nikt nie wiedział, co będzie się dalej działo, nie mógł być niczego pewny.

Kuba na mistrzostwach świata 2022Czarny koń MŚ drży o awans. To już druga porażka. Niespodziewana

Pytam, bo pan z wirusami ma do czynienia od lat. W 2016 roku przed wyjazdem na igrzyska w Rio zamroził pan próbki spermy w obawie przed wirusem Zika, który przez zakażenie mógł powodować bezpłodność. Cztery lata później strach był przez to jeszcze większy?

Ja rozmawiałem o tym od 25 lat. Na studiach dyskutowaliśmy o sposobach zarządzania pandemią, jak ich unikać. Jakbyśmy się na coś przygotowywali. Przeżyliśmy problemy z HIV, ptasią i świńską grypą, ale koronawirus przywołał najwięcej wspomnień. Wtedy to brzmiało trochę jak science fiction, a stało się rzeczywistością. Coś, o czym się uczyłem i co badałem przez tyle czasu nagle przestało być tylko teorią. Wiedziałem, jaki powinien być plan A, plan B, co po kolei ma się dziać. Normalni ludzie tak tego nie przeżywają. Byłem poza emocjonalnym odbiorem pandemii.

A we wtorek rozegra pan mecz, który cztery lata temu wywołał u pana wiele emocji. Przegrany półfinał MŚ 2018 kiedyś określał pan jako jedno z najważniejszych spotkań w swoim życiu.

Kiedy jesteś trenerem i grasz na najwyższym poziomie, to jesteś świadomy, że przyjdą porażki, które trudno będzie zaakceptować. To ryzyko, na które się godzisz. Ale gdy już się wydarzą, to zawsze pojawiają się emocje.

Pamięta pan to uczucie zaraz po ostatniej piłce?

Tak, to było ciężkie przeżycie. Głównie dlatego, że w 2018 roku widziałem chyba najlepszą amerykańską drużynę w swoim życiu. Myślałem, że jesteśmy lepsi od wszystkich rywali. Półfinały to taka trochę nasza zmora. Jeden z tych naprawdę ważnych przegraliśmy kiedyś z Włochami, niemalże wyłącznie dlatego, że Zajcew serwował najlepiej w karierze. Podczas poprzednich MŚ Brazylia też była niezła, ale mam takie wrażenie i czasem słyszę, że...

Że to był przedwczesny finał?

Tak myślę. Graliśmy naprawdę nieźle, ale mieliśmy problemy z zatrzymaniem Kurka w ataku, Heynen wprowadził na boisko Śliwkę i to była świetna zmiana, która pozwoliła im ustabilizować przyjęcie oraz rozrzucanie poszczególnych piłek. Polacy robili dokładnie te ruchy, które powinni zrobić. Idealnie wykonywali plan. A my? Gdybym mógł się wrócić do tego momentu, nie wszystko wykonałbym tak samo. Mogliśmy zagrać o tytuł. Wiem, że gdybyśmy kilka rzeczy wykonali lepiej, to bylibyśmy w finale zamiast Polski. Z drugiej strony, cieszę się, że umieliśmy się pozbierać i zdobyć brąz.

Medialnie wasz tegoroczny półfinał Ligi Narodów i wyraźną wygraną Amerykanów przedstawiało się jako małą zemstę na Polakach. A pan też tak myślał o tym meczu?

Nie.

W ogóle?

Ta myśl nie przeszła mi przez głowę. Dopiero teraz, jak mi o tym mówisz, uświadamiam sobie, jak to mogło zostać odebrane. A u mnie było w tym momencie kompletne zero, wspomnienia z Turynu nie wróciły. Myślę, że gdybyśmy w tym roku spotkali się w ćwierćfinale i półfinale to pewnie w pytaniach od dziennikarzy ten mecz z 2018 wróci. Ale nie będę tego czuł nawet we wtorek, w tym najbliższym grupowym meczu. Oczywiście, wszystko to pamiętam, odczuwam, ale jeśli nie muszę, to nie zawracam tych myśli do głowy. To przeszłość, wydaje się, jakby to było wieki temu. Mamy inny, nowy zespół, który budowaliśmy przez pandemię. Chcę się skupić na tym, co gramy teraz.

A teraz jesteście na takim poziomie, jak wtedy?

Na pewno jeszcze nie teraz. Forma rośnie, ale kluczowe jest, żeby pojawiła się na koniec turnieju.

Vital Heynen zawsze mówił, że mistrzostwa świata to maraton, który wygrywa się dyspozycją z ostatniego tygodnia rozgrywek. Więc trzeba rozwijać formę i celować na ten moment?

Trochę tak. Oczywiście, jestem zadowolony, że wygraliśmy dwa pierwsze mecze nawet, jeśli nie graliśmy jeszcze zbyt pewnie. Wrócił Matthew Anderson, który był kontuzjowany i choć w drugim meczu zagrał już świetnie, to w trakcie przygotowań i pierwszego spotkania, wyglądało to kiepsko.

Tak w Polsce byłoby pewnie, gdyby Wilfredo Leon wyrobił się z wyzdrowieniem na mistrzostwa.

Dokładnie. Na szczęście Matt wraca do prezentowania się tak, jak go zapamiętaliśmy. Przed mistrzostwami mieliśmy tylko osiem treningów, dużo mniej niż inne zespoły, więc wciąż musimy trochę nadrabiać. Im dłużej będziemy grać, tym bliżej będziemy naszego najwyższego poziomu.

Wiele osób zastanawia się, czy dla Stanów, czy Polski lepiej jest wygrać, czy przegrać wtorkowy mecz w kontekście rozstawienia w 1/8 finału i drabinki do końca turnieju. Nie zapytam, czy będziecie grać na poważnie, ale zastanawia mnie, czy nie męczy pana, że ciągle musimy toczyć taką dyskusję i przez system rozgrywek takie pytania będą się pojawiać.

Format jest dla mnie tak nieprzewidywalny, że trudno mi sobie to nawet zwizualizować, wyobrazić. Nie martwię się tym. Inni mogą, oczywiście. Niech usiądą z kalkulatorami i ryzą papieru, próbując zorientować się we wszystkich wariantach wyników i par na kolejną fazę turnieju. Wyjdziemy i zagramy tak, żeby przeciwstawić się Polsce. Potrzebujemy tego sprawdzianu, chcemy zobaczyć, gdzie jesteśmy. 

Ale format jest szalony. Trzeba było usunąć Rosję, nie powtórzono losowania ani nie zmieniono rozstawienia w grupach, jest tyle zmiennych. Wszystko zmieniło się niesamowicie szybko. Co się teraz stanie? Musimy przez to przejść. 1/8 finału będzie bardzo ciekawym, ale trudnym doświadczeniem. Niektóre pary będą jakby wziętę z ćwierćfinałów, albo nawet półfinałów. Wszyscy będą sfrustrowani. Ostatecznie i tak trzeba wygrywać, żeby awansować dalej. A od ćwierćfinałów nie będzie tu już żadnej słabej drużyny. Nie chcę jednak o tym zbyt wiele myśleć.

Na piłkarskim mundialu w 1986 roku pojawiła się podobna sytuacja z trzema drużynami wychodzącymi z grupy. Terry Butcher opowiadał, że zaczęło się kombinowanie u Anglików przed meczem z Polską. Myśleli, czy wygrać, czy przegrać to ostatnie spotkanie. Prowadził odprawę, tłumaczył zawodnikom, że mają się skupić tylko na nim. Miało ich nic innego nie obchodzić. Przeszedł do analizy, ale skleiły mu się kartki zawieszone na tablicy. I zamiast składu Polaków pokazał swoim piłkarzom rozpisane możliwe warianty rozwoju sytuacji.

Ha, ha. U mnie tak nie będzie. Nawet nie potrafiłbym tego wypisać.

Hit MŚ Polska - USA o 1. miejsce w grupie C. Gdzie i o której oglądać mecz?Hit MŚ Polska - USA o 1. miejsce w grupie C. Gdzie i o której oglądać mecz?

Czuje się pan jak na mistrzostwach świata nawet pomimo tej sytuacji?

Tak. Są inne, ale wciąż ciekawe, ze świetną atmosferą. Wciąż chodzi o utrzymanie odpowiedniej intensywności i upewnienie się, że zespół robi swoje najlepiej, jak tylko może.

Jest coś, co uważa pan za kluczowy element przed meczem z Polską?

Jeśli myślę Polska, to dodaję: głębia składu. Choćby ten wspomniany Śliwka podczas mistrzostw świata z 2018. Teraz też mają świetną ławkę i Nikola może sięgać po tych zawodników. Przeciwko Bułgarii rzuciło mi się w oczy, że świetnie zagrywali. Musimy być gotowi na najwyższy możliwy poziom gry Polaków.

Więcej o: