Forma polskich siatkarzy nie jest ani tak słaba, jak gdy dostali lanie od Amerykanów w półfinale Ligi Narodów, ani tak dobra, jak gdy sami udzielili lekcji Włochom i wywalczyli brąz tych rozgrywek. Kadrze Nikoli Grbicia w tym momencie ma tyle samo dni, gdy straszy rywali i popełnia niewybaczalne błędy. Na miesiąc do mistrzostw świata można mieć wiele obaw, ale one powinny wyrównywać się z tym, co daje nadzieje.
Pozostał dokładnie miesiąc do domowych mistrzostw świata i dwa lata do rozpoczęcia igrzysk olimpijskich w Paryżu. Dwa główne cele polskiej siatkówki na najbliższe lata zbliżają się coraz bardziej, a kadra dwukrotnych mistrzów świata potrzebuje odpowiedzi na pytanie, w jakim jest miejscu.
Bolonia miała dać odpowiedzi. Była niepewność, lanie i potwierdzenie wartości
Trener Nikola Grbić powtarzał, że pierwsze odpowiedzi da mu turniej Final 8 Ligi Narodów w Bolonii. Że to cenny sprawdzian, mecze z najsilniejszymi rywalami i czas na używanie głównie podstawowej szóstki. Za taką uważał Bartosza Kurka, Marcina Janusza, Mateusza Bieńka, Jakuba Kochanowskiego, Aleksandra Śliwkę, Kamila Semeniuka i Pawła Zatorskiego. To nie był już czas na eksperymenty, a test tego, czy po pierwszych tygodniach pracy pewne rozwiązania, a nawet swego rodzaju system, jaki Grbić chce wprowadzić w kadrze, działa.
Pierwszy mecz z Iranem wprowadził niepewność. Z jednej strony Polacy wygrali i podnieśli się w trudnym momencie. Wysoko przegrali czwartego seta, a w tie-breaku nie dali rywalom szans. - Jestem zadowolony, że chłopaki kiedy stracili głowę, wrócili i odzyskali koncentrację. Grali potem bez nerwów, bez błędów. To było najważniejsze, o to chodzi. Jak trafimy w taką formę, to nie ma drużyny, która może się do nas zbliżyć - mówił w rozmowie ze Sport.pl Wilfredo Leon.
- Potem był trudny mecz z USA, w którym gra nie wyglądała tak, jak wszyscy by sobie tego życzyli. Ale takie dni się zdarzają - dodał przyjmujący. Chodzi mu o lanie, bo tak trzeba nazwać sposób, w jaki Amerykanie pokonali Polaków w półfinale Ligi Narodów. Problemy z meczu z Iranem się nawarstwiły: brakowało pracy w obronie, wywierania presji na rywalu silną zagrywką, czy bloków.
W tamtym momencie wiele osób wieszało już psy na drużynie i twierdziło, że wiele kroków podejmowanych przez Nikolę Grbicia nie ma sensu, a obecny skład nie potrafi potwierdzić swojej wartości. Tymczasem zrobił to już w kolejnym meczu, gdy ograł Włochów w trzech setach. Ten zespół zdobył pierwszy medal za kadencji nowego trenera. I choć oczywiście wolałby być najlepszy i pokonać wszystkich, to nie sposób nie docenić tego brązu.
Polacy nie pokazali prawdziwej twarzy ani z USA, ani z Włochami. "Zwycięża zawsze drużyna, która ma lepszą formę dnia"
Która z twarzy, jakie Polacy pokazali we Włoszech to ta prawdziwa? Żadna. Ani ta, którą było widać przy najwyraźniejszej porażce od miesięcy z USA, ani ta z najbardziej podbudowującego zwycięstwa z Włochami. - Nikomu nie gwarantuje się zwycięstw przed meczami. Awans do półfinału to już świetny wynik, a USA to świetna drużyna. Była lepsza w bloku i obronie. Już w pierwszym secie Polacy mieli swoje szanse, ale popełniali zbyt wiele błędów w ataku. W drugim secie długo prowadzili i grali naprawdę dobrze, ale jedna obrona i blok rozgrywającego Christensona na Semeniuku odwrócił losy seta. Po tym Polacy przegrali tę partię i stracili skupienie na kolejne kilka minut. W tym czasie USA wyrobiło sobie przewagę nie do odrobienia - analizuje w rozmowie ze Sport.pl trener Słoweńców, Mark Lebedew.
- Za to przeciwko Włochom widzieliśmy inną, silniejszą Polskę. Taką, jak w całym turnieju: będącą co najmniej wśród czterech najlepszych drużyn w każdym elemencie. Zwycięża zawsze drużyna, która ma lepszą formę dnia. Ta, która akurat gra nieco lepiej - uważa Australijczyk.
To mieli być najważniejsi żołnierze kadry Grbicia. A jest problem
Teoria Lebedewa wydaje się być bliska prawdy. Po półfinałowym meczu Francji z Włochami wydawało się, że Polacy tak ograni przez USA nie będą w stanie przeciwstawić się gospodarzom turnieju finałowego. Tymczasem uciszyli wypełnioną przez włoskich kibiców Unipol Arenę w Bolonii, co musiało im dać sporo satysfakcji. Nie jest jednak tak, że wszystko poszło w niepamięć.
Po meczach z Iranem, USA i Włochami jest kilka znaków zapytania. Najważniejszy to najprawdopodobniej pełna obsada lewego skrzydła. Kamil Semeniuk zwłaszcza grą przeciwko Iranowi w tie-breaku i w całym meczu z Włochami udowodnił, że jest silnym punktem kadry. Ale kto ma go wspierać? Od Aleksandra Śliwki, którego Nikola Grbić uważa za jednego z kluczowych zawodników, zaczynało się wiele problemów po polskiej stronie w każdym z trzech rozegranych spotkań. Zawodnik ZAKSY Kędzierzyn-Koźle już wcześniej nie był najpewniejszym punktem zespołu, ale teraz nie był w stanie trzymać przyjęcia, a i jego gra w ataku, czy obronie mogłaby wyglądać lepiej. Zawodzi też zazwyczaj bardzo solidny Paweł Zatorski. Obaj ze Śliwką w wielu momentach mieli być najważniejszymi żołnierzami Grbicia, a jest z nimi problem. Chwilami zacinał się nawet Bartosz Kurek, który w rozmowie z TVP Sport bardzo krytycznie podszedł do swojej gry, mówiąc, że "należy mu się Oscar, ale za udawanie dobrego zawodnika".
Może nie warto iść aż tak daleko, ale trudno udawać, że wszystko jest idealnie. Można i cieszyć się z medalu wywalczonego w Bolonii, i wskazywać, że jest jeszcze wiele do poprawy. Sam Nikola Grbić mówił po turnieju w Gdańsku, że największym problemem Polaków wydaje się gra w obronie. I wiele w tej kwestii się nie zmieniło. Nie blokują też i nie zagrywają lepiej na dystansie kilku meczów. To do mistrzostw świata musi się zmienić, bo braki w tych elementach oznaczałyby, że nie ma o co oprzeć gry polskiego zespołu. A wtedy tworzy się nijakość.
Zmiennicy? Grbić wiele od nich wymaga i stara się ich sprawdzać. W meczu z Włochami błysnął Tomasz Fornal, szczególnie kapitalnymi obronami. Karol Butryn nadszarpywał zagrywką, Łukasz Kaczmarek nie psuł piłek na podwójnych zmianach, ale też nie prezentował nic nadzwyczajnego, podobnie jak Grzegorz Łomacz. Bardzo duże problemy z pozycją w zespole może mieć Bartosz Bednorz, który zawiódł przede wszystkim w meczu z USA. Nieco świeżości potrafił za to zapewnić Karol Kłos. Niestety, nie wiemy, jak podejść do sprawy Jakuba Popiwczaka, bo jego na boisko Grbić nie wprowadzał.
Grbicia czeka dużo pracy. Musi zauważać problemy
Vital Heynen zwykł mawiać, że cieszy się, gdy jego drużyny rosną w trakcie turniejów. Że boi się, gdy widzi, że są przygotowane na początek turnieju i grają "za dobrze", bo trudno będzie im utrzymać formę do końca. A to wtedy ma nadejść jej szczyt.
Z Nikolą Grbiciem teraz może być tak samo. Pracy będzie miał bardzo dużo, ale dostał pewne odpowiedzi, musi rozważyć wybory przy wątpliwościach i zauważać problemy, a później szukać na nie rozwiązań. Brzmi banalnie, ale będzie bardzo trudne do wykonania. Ale mając potencjał na medal wielkiej imprezy nigdy nie pracuje się wygodnie.
Polacy potrafią doceniać wartość rywali, ale bardzo nie lubią. W całej Lidze Narodów przegrali trzy mecze - każdy z drużyną, która w danym momencie grała lepszą siatkówkę. Oczywiście, przy wielu własnych niedociągnięciach, ale to nie oznacza, że te na tym etapie nie mogły się przytrafiać, a rywale nie mogą być w innym miejscu. Ważne, żeby nie odjechali. I żeby u Polaków kwestie własnych słabości nie zabrały walki za miesiąc w Katowicach i Gliwicach, a później za dwa lata w Paryżu.