Leon jest gotowy na wszystko. "Po co mam zajmować komuś miejsce?"

- Pierwszy powiedziałem trenerowi, że będę próbował, ale jeśli nie będę gotowy, to bez problemu to przyznam. On też może mi powiedzieć: "Wybacz, ale inni są lepsi" i ja to uszanuję - mówi Sport.pl Wilfredo Leon. Reprezentant Polski wraca do zdrowia po operacji kolana szybciej, niż zakładał lekarz. Do mistrzostw świata został miesiąc. - Jeśli nie będę pomagał drużynie, to po co mam zajmować miejsce komuś, kto może dać jej pewność i grać cały czas? Czasem trzeba zaakceptować, że nie jest się na swoim zwyczajowym poziomie - zaznacza siatkarz.

Czy Wilfredo Leon zdąży wrócić po operacji na mistrzostwa świata? - to pytanie zadawano i próbowano na nie odpowiedzieć przez ostatnie dwa miesiące wielokrotnie. Głos zabierał sam zawodnik, trener reprezentacji Polski Nikola Grbić, działacze oraz eksperci - siatkarscy, ale i ci z zakresu medycyny sportowej. Dwóch pierwszych, czego się można było spodziewać, zachowuje dużą ostrożność i unika przesądzania sprawy. Spośród komentatorów większość jest obecnie raczej bliższa stwierdzeniu, że przyjmujący najpewniej najważniejszą imprezę tegorocznego sezonu kadrowego będzie śledził w roli widza. Temat w pewnym momencie nieco przycichł, ale dyskusja ożyła na nowo po tym, jak zaliczany do światowej czołówki 28-latek znalazł się w podanym w piątek szerokim składzie biało-czerwonych na rozpoczynający się za miesiąc czempionat.

Zobacz wideo Grbić nie obiecuje zwycięstwa nawet w meczu towarzyskim. "A co dopiero mówić o Lidze Narodów czy mistrzostwach świata"

Agnieszka Niedziałek: W połowie lipca pana rehabilitacja składała się z zajęć na basenie i w siłowni. Jak jest obecnie?

Wilfredo Leon: Na razie dalej muszę odbudowywać ciało. Po takiej kontuzji jak moja zauważalny jest zanik kilku mięśni, traci się formę. Ale jak na razie cały czas jest progres. Jestem bardzo zadowolony z postępów. Lekarz zaznaczył w dokumentacji medycznej, że powinienem być zdolny do treningów z pełnym obciążeniem w ciągu trzech miesięcy od operacji. Obecnie robię dużo więcej niż to, co zakładałem na tym etapie. Kolano już bardzo dobrze reaguje na ruch, jak na razie praktycznie bez bólu. Czasem trochę zapiecze, ale trzeba pamiętać, że mocno nad nim pracuję. 

Kiedy przystąpił pan do pierwszych ćwiczeń?

- Zacząłem 12 dni po operacji. Wykonuję ruchy we wszystkich kierunkach: w prawo i w lewo oraz do przodu i do tyłu.

Był taki moment, że - nie mogąc się doczekać powrotu do treningów - przycisnął pan trochę za mocno i musiał potem nieco przystopować?

- Wszystkie ćwiczenia, które wykonuję, są kontrolowane. Nie przyśpieszam niczego sam z siebie. Realizując kolejne etapy planu, nie patrzymy na czas, tylko na to, jak się czuję i jak noga pracuje. Ścięgna trzeba poddać trochę bólowi, ale w skali 0-10 maksymalnie mogę dojść do 3. Do tej pory tak działamy - jak zaboli bardziej niż na 3, to jest przerwa i zmieniamy ćwiczenie. Na razie jest fajnie. Zacząłem już odbijać nieco piłkę, później dojdą elementy siatkarskie i zobaczymy, jak będzie.

Mówił pan, że kluczowy w kontekście szans na gotowość do gry w mistrzostwach świata jest powrót do skakania. To odległa wciąż perspektywa?

- Nie. Robię już nabieg jak do wyskoku. Ale większym problemem niż samo skakanie jest lądowanie. Miałem już kilka takich miękkich prób i na razie było w porządku. Nie wiem, czy będę miał szansę na występ w mistrzostwach świata. Wybrałem drogę bez pośpiechu. Zobaczymy też, co zdecyduje trener. Na razie próbuję wrócić do treningu. Robię wszystkie ćwiczenia, które przygotowują mnie do tego.

Kiedy pan ostatnio rozmawiał z Nikolą Grbiciem?

- W czwartek. On określił, czego potrzebuje ode mnie, a ja przekazałem mu, jak wygląda obecnie moja sytuacja i co robię. Ustaliliśmy, że porozmawiamy ponownie po zakończeniu Ligi Narodów. Wówczas ustalimy kwestie dotyczące mojego dołączenia do kadry. Pracuję nad tym powrotem i mam nadzieję, że zdążę na mistrzostwa świata, ale stawiam na spokojną pracę. Cisza jest najlepszą metodą. Nie chcę składać szumnych deklaracji, bo jak się nie uda, to będzie zawód. Boisko zweryfikuje, czy jestem gotowy, czy też nie.

Jestem przygotowany na każdy scenariusz. Oczywiście, będzie mnie bolało, jeśli nie wystąpię w mistrzostwach świata, bo każdy chce grać w takiej imprezie i osiągać świetne rezultaty. Ale jeżeli stwierdzimy, że lepszym rozwiązaniem będzie powrót do klubu, to tam zrobię swoją robotę i będę czekał na kolejny sezon kadrowy.

Grbić mówił już podczas turnieju Ligi Narodów w Gdańsku, że trenuje z drużyną tak, jakby miało pana nie być w składzie. Pan również woli się nastawić sceptycznie, by w razie czego być mile zaskoczonym?

- Pierwszy powiedziałem Nikoli, że będę próbował, ale jeśli nie będę gotowy, to bez problemu to przyznam. On też może mi powiedzieć "Wybacz, ale są inni zawodnicy, którzy są lepsi" i ja to uszanuję. Bo jeśli nie będę pomagał drużynie, nie będę gotowy na 100 procent, to po co mam zajmować miejsce zawodnikowi, który może dać zespołowi pewność i grać cały czas? Czasem trzeba zaakceptować, że nie jest się na swoim zwyczajowym poziomie i tyle.

Długo się pan wahał, czy poddać się tej operacji? Niektórzy lekarze nie są zwolennikami operacji związanej z tendinopatią (schorzeniem ścięgna - przy. red.).

- To nie było tak, że do samego końca się zastanawiałem. Po prostu musiałem czekać na wolny termin, a u najlepszego specjalisty nie ma ich od ręki. Miałem jeden moment, kiedy pomyślałem: "Kurczę. Nie wiem, czy jestem gotowy na taką operację". Ale nigdy nie jest się gotowym na coś takiego. Wiedziałem, że teraz nadszedł moment, w którym musiałem to zrobić.

Lekarz powiedział mi, że nikt nie da mi gwarancji, jak długo będę mógł w tym stanie grać i trenować. Mogło to być 10 minut, miesiąc lub rok. Ale dodał, że bez zabiegu sytuacja może się pogorszyć. Spojrzałem wówczas na niego i powiedziałem: "Pogorszyć?! Mnie już tak boli, że prawie nie mogę się ruszać! Może być jeszcze gorzej?". Konsekwencją mogło być poważne uszkodzenie ścięgna lub więzadła krzyżowego. Każdy z tych urazów oznaczałby wielomiesięczną przerwę. Konsultowałem się też z lekarzami pracującymi z kadrą. Wiedzieli, że nie mogę póki co trenować. Poddałem się operacji, bo inaczej mogło się to skończyć naprawdę źle.

Gino Sirci, prezes Sir Safety Perugii, naciskał, by grał pan w trakcie sezonu klubowego mimo kłopotów zdrowotnych?

- Nie zmuszał mnie. Sam powiedziałem do chłopaków z zespołu: "Jak idziemy razem do końca, to do końca". Ludzie dookoła wiedzą o twoim stanie zdrowia, znają wyniki twoich badań, ale jak masz charakter i powiesz "idziemy dalej", to na ten moment zapominają o twoich dolegliwościach. Taki jestem. Nauczyłem się grać z bólem. Czasem, gdy ktoś ogląda mecz w telewizji i widzi, że zawodnik gra, to myśli, że to dla niego takie łatwe. Zanim nie poinformowałem oficjalnie o tym, że mam kłopoty z kolanem, to wylano na mnie sporo hejtu w internecie. Winiono mnie za wyniki drużyny. Ale skoro trener wybierał mnie do gry, starałem się jak mogłem, żeby dać coś drużynie.

Od początku było wiadomo, że przyczyną bólu jest przeciążenie ścięgien?

- Gdy zgłosiłem pierwsze problemy z kolanem, na początku stwierdzono, że to skutek dawnej kontuzji. Ale nigdy wcześniej nie miałem problemów z lewym kolanem. Pewnego dnia bolało mnie tak bardzo, że nie mogłem już trenować. Zrobiliśmy kolejne badania. Byłem poddawany terapii falą uderzeniową. Osteopata mówił mi, że może pracować nad moim ciałem, ale jeśli będę nadal trenował, to ciało nie zdąży się zregenerować. Ostrzegał, że w trakcie terapii mogą występować bóle głowy i gorączka - miałem oba objawy. Z jednej strony jestem trochę zły, że nie powiedziałem od razu, że wrócę do gry, dopiero gdy uporam się z tą dolegliwością i zamiast tego dalej starałem się trenować. Bo gdybym był zdrowy, to grałbym bez bólu, z czystą głową i koncentracją. Ludzie myślą: "Tu mówi, że go boli, ale gra". My, sportowcy, tak robimy, bo taką mamy naturę, że się nie poddajemy. Ale ból cały czas jest i wpływa na głowę, nie daje spokoju. Można tego po sobie nie pokazywać, jak się ma taki charakter.

Oglądał pan mecze kolegów z reprezentacji Polski w Lidze Narodów?

- Niektóre, m.in. oba z Iranem. Byłem delikatnie poddenerwowany w kilku momentach podczas ćwierćfinału, bo jak się jest zawodnikiem, to mocniej się takie rzeczy odczuwa. Jestem zadowolony, że chłopaki po tym momencie, kiedy stracili głowę, wrócili i odzyskali koncentrację. Grali potem bez nerwów, bez błędów. To było najważniejsze, o to chodzi. Jak trafimy w taką formę, to nie ma drużyny, która może się do nas zbliżyć. Potem był trudny mecz z USA, w którym gra nie wyglądała tak, jak wszyscy by sobie tego życzyli. Ale takie dni się zdarzają. W meczu o brąz gra i rezultat były już dużo bardziej pozytywne i na pewno dały dobrą energię do przygotowań do najważniejszej imprezy tego roku.

Gra biało-czerwonych ostatnio mocno falowała. To powód do niepokoju dla kibiców?

- Nie uważam tak. Po LN czeka nas druga część sezonu. Jak będzie podczas mistrzostw świata? Na odpowiedź trzeba poczekać. Na razie trzeba pracować ze spokojem i dawać z siebie wszystko. Niektórzy twierdzą, że podczas meczów LN brakuje pełnej koncentracji, bo nie jest to najważniejsza impreza w sezonie. Moim zdaniem jest istotna - daje punkty rankingowe, a każdy wygrany mecz dodaje pewności siebie. Ale najwyższa forma jest potrzebna za ponad miesiąc. Ten turniej finałowy był przede wszystkim okazją, by obserwować, jak reaguje drużyna w trudnych momentach. Miejsce na podium jest bardzo dobrym wynikiem.

Któryś z kolegów z kadry zaskoczył pana w ostatnich tygodniach?

- Jestem zadowolony, jak reaguje Bartosz Kurek w roli kapitana. Rozmawiałem z nim około dwóch tygodni temu. Widać, że się stara robić wszystko, co może dla drużyny. Zadzwonił do mnie, by sprawdzić, jak moja sytuacja, i powiedzieć, że są gotowi na mnie, bym wracał. Robi wszystko, żeby scalić drużynę.

Czy gdy obserwował pan reprezentację w LN, zestawił pan własną "14" na mistrzostwa świata?

- Oj, proszę nie zadawać mi takiego pytania. Odpowiedź, jaka by nie była, zawsze będzie wzbudzać kontrowersje. Mam w głowie swoją koncepcję, ale zostawię to dla siebie. Trener na pewno ma swoje przemyślenia co do składu. Chłopaki teraz ciężko trenowali, dlatego ich dyspozycja mogła się wahać. Nie będę ich oceniał.

Grbić nieco zaskoczył, gdy zabrał na turniej finałowy trzech atakujących. Więcej osób spodziewało się chyba, że jeśli postawi na trzech środkowych, to weźmie pięciu przyjmujących.

- Jak się patrzyło na naszych środkowych w Bolonii, to wszyscy dobrze sobie radzili. Ale ograniczenie do trzech liczby graczy na tej pozycji w składzie utrudnia sprawę podczas treningów. Zazwyczaj bierze się czterech przyjmujących. Piątego dołącza się raczej z myślą o zmianie zadaniowej, wejściu na zagrywkę. W Bolonii taka sytuacja była u nas z atakującymi. Czy tak będzie podczas mundialu? Nie wiem. Trener ma jeszcze czas, by poukładać pod tym względem drużynę.

Więcej o: