Polacy uciszyli Amina i szalejących Irańczyków. "Włoski Teheran"

Gra polskich siatkarzy w ćwierćfinale turnieju finałowego Ligi Narodów przypominała mocno falujące morze. Z kryzysowego momentu w pojedynku z Irańczykami obudzili się w ostatnim momencie, bo przed tie-breakiem. Wygrywając go, uciszyli świetnie radzącego sobie wcześniej wśród rywali Amina Esmaeilnezhada i licznych kibiców drużyny z Bliskiego Wschodu, którzy szaleli na trybunach hali w Bolonii.

Irańczyków bez wątpienia można zaliczyć w przypadku polskich siatkarzy do grona niewygodnych rywali. Czwartkowy ćwierćfinał turnieju finałowego Ligi Narodów był tego kolejnym potwierdzeniem. I choć bez wątpienia należy docenić dobrą grę przeciwników, którzy słyną z waleczności i nieustępliwości, to przyznać też trzeba, że nieraz biało-czerwoni sami sobie mocno utrudniali zadanie.

Zobacz wideo Grbić nie obiecuje zwycięstwa nawet w meczu towarzyskim. „A co dopiero mówić o Lidze Narodów czy mistrzostwach świata"

Błędów mniej niż w Gdańsku, ale wciąż dużo. Słabszy dzień liderów

Biorąc pod uwagę dwa ostatnie pojedynki z Persami, można było w ciemno postawić na to, że i tym razem czeka nas długie i zacięte spotkanie. Zarówno na początku lipca w turnieju fazy interkontynentalnej LN w Gdańsku, jak i w fazie grupowej ubiegłorocznych igrzysk w Tokio doszło między tymi ekipami do pięciosetowych starć. Tyle że obie wygrali przeciwnicy. Obserwując niemoc Polaków w czwartej partii pojedynku w Bolonii, wydawało się, że tym razem będzie tak samo. Zamiast tego jednak zastosowanie znalazło powiedzenie "do trzech razy sztuka".

W Gdańsku siatkarzy Nikoli Grbicia pogrążyły własne błędy - popełnili ich wówczas aż 41. Tym razem więcej zanotowali przeciwnicy, którzy podarowali biało-czerwonym 39 punktów. Ci ostatni jednak też nie mogą być zbytnio zadowoleni z siebie, bo sprezentowali rywalom 29 "oczek", czyli ponad seta.

To z pewnością nie był najlepszy dzień kilku zawodników z ekipy mistrzów świata. W tym gronie znaleźli się m.in. atakujący i kapitan Bartosz Kurek oraz rozgrywający Marcin Janusz. Ten drugi - decyzją Grbicia - ma prowadzić grę drużyny. O ile dotychczas pokazywał, że - mimo dość małego doświadczenia reprezentacyjnego - bardzo dobrze odnajduje się na tym najwyższym poziomie w zmaganiach kadrowych, to tym razem zdarzało mu się więcej błędów.

Kurek z kolei w inauguracyjnej partii włączył się w licytację na błędy z Persami, a potem grał zrywami. Dorzucił m.in. swoje trzy grosze do dużej liczby zepsutych zagrywek w zaciętej końcówce drugiej partii. Trzeba jednak też przyznać, że nieraz po jego atakach brakowało asekuracji ze strony kolegów. Ogółem nieskuteczna gra w obronie była jedną z ich największych bolączek Polaków tego dnia.

Środkowi pomogli przetrwać kryzysy, zbiorowe przebudzenie. Grbić ma nad czym myśleć

Przez pierwsze trzy sety czołową rolę po ich stronie odgrywali środkowi. Najpierw ważne punkty zdobywał Jakub Kochanowski, potem włączył się mocniej Mateusz Bieniek, a w trzecim secie kluczem do wyjścia z początkowego letargu okazał się Karol Kłos. Prawie 33-letni zawodnik zaliczył wejście smoka, zastępując na boisku Kochanowskiego i kilkoma udanymi akcjami dając sygnał do tego, by - po szybkim roztrwonieniu wypracowanej na początku seta przewagi 5:2 - znów odskoczyć rywalom.

Pójścia za ciosem jednak nie było. Czwarty set okazał się bowiem pokazem bezradności mistrzów świata. Grbić wymienił większość zawodników z podstawowego składu, ale żaden z rezerwowych nie potrafił zrobić różnicy. A Irańczycy złapali wiatr w żagle i rozkręcali się. Po chwilowym przygaśnięciu w trzeciej partii znów świetnie radził sobie Amin Esmaeilnezhad. 25-letni atakujący pokazał, że nie przez przypadek zajmuje czołowe miejsce wśród punktujących tegorocznej LN. Po dwóch setach miał już na koncie 16 "oczek", a na koniec zebrał ich w sumie 23. 

Sporo szkód poczynił w szeregach biało-czerwonych także ich dobry znajomy z PlusLigi - Milad Ebadipour. Przyjmujący, który ostatnie pięć lat spędził w PGE Skrze Bełchatów, zdobył 17 punktów i był skuteczny w każdym elemencie. Można powiedzieć, że jest on jednym z dwóch "polskich szpiegów" w ekipie z Iranu. Drugim jest trener przygotowania fizycznego Wojciech Janas, który dołączył do sztabu szkoleniowego tej drużyny w tym roku. On akurat też może być z siebie zadowolony - Persowie w czwartek prezentowali się bardzo dobrze pod tym względem. 

Pierwszoplanową postacią przy zbiorowym przebudzeniu, które nastąpiło w polskiej drużynie na początku tie-breaka, został Kamil Semeniuk. Przyjmujący udanymi blokami skutecznie kilka razy zniechęcił do dalszej gry Amina. Sam zaś kończył ważne piłki, a swoje dołożył Aleksander Śliwka i Karol Butryn, który wszedł znów zadaniowo na zagrywkę. 

Biało-czerwoni uciszyli więc na koniec trybuny, które w większości zajęte były przez kibiców reprezentacji Iranu. Słyną oni z żywiołowego dopingu, ale dotychczas zwykle dawali próbkę swoich możliwości w aż tak dużej liczbie raczej tylko w ojczyźnie. W czwartkowy wieczór Bolonia stała się włoskim Teheranem - tłumy tych fanów entuzjastycznie reagowały na poczynania swoich siatkarzy i dopiero w samej końcówce meczu stracili powody do radości.

Z ulgą odetchnąć mogą kibice biało-czerwonych, sami zawodnicy oraz Grbić. Turniej finałowy LN to pierwszy poważny sprawdzian Serba w roli trenera mistrzów świata i szansa, by coś wygrać z objętym w styczniu przez niego zespołem. Na pewno zadowolony ze stylu gry być nie może i ma teraz nad czym myśleć. Pozostaje mu satysfakcja z wyniku i faktu, że jego drużyna odrodziła się w najważniejszym momencie. O zapewnienie sobie miejsca na podium w Bolonii zagra ona w sobotnim półfinale z Amerykanami.

Więcej o: