Kochanowski rozwiewa obawy. Grbić czasem się śmieje. Ale to przemowy czynią Serba wyjątkowym

Nikola Grbić lubi przemawiać, umie to robić i wie, w którym momencie jakiego aspektu dotknąć, żeby jego słowa dobrze trafiły do zawodników. Czy to przed meczem, czy przed treningiem w trudnych okresach na zgrupowaniach. Bardzo tym pomaga - mówi Sport.pl Jakub Kochanowski. Siatkarz zapewnia też, że słynący z powagi trener reprezentacji Polski nie zawsze ma kamienny wyraz twarzy. - Nie jest tak, że nikt nigdy nie widział go uśmiechniętego - dodaje żartobliwie.

Nikola Grbić dopiero kilkanaście dni temu zaczął pracę z reprezentacją Polski siatkarzy, ale nikomu w środowisku siatkarskim przedstawiać go nie trzeba. Najpierw zasłynął jako znakomity rozgrywający, a od ośmiu lat sprawdza się w roli trenera. Dłuższą chwilę zajmuje wymienienie wszystkich dokonań 48-letniego Serba jako zawodnika. Najważniejsze to misrzostwo olimpijskie i wicemistrzostwo świata. Na stanowisku szkoleniowca odniósł jak na razie dwa większe sukcesy - z własną drużyną narodową w 2017 roku wywalczył brązowy medal mistrzostw Europy, a z Grupą Azoty Zaksą rok temu wygrał Ligę Mistrzów. Wówczas w składzie kędzierzynian był m.in. Jakub Kochanowski, który obecnie przebywa z biało-czerwonymi na turnieju Ligi Narodów w Ottawie.

Zobacz wideo Grbić nie obiecuje zwycięstwa nawet w meczu towarzyskim. „A co dopiero mówić o Lidze Narodów czy mistrzostwach świata"

Agnieszka Niedziałek: Reprezentacja Polski ma za sobą dopiero dwa mecze pod wodzą Nikoli Grbicia, ale pan był w grupie, która najdłużej trenowała po okiem Serba i jego sztabu szkoleniowego w ostatnich tygodniach. Jak wrażenia z tego okresu?

Jakub Kochanowski: Niektóre rzeczy się zmieniły, ale większość została taka sama. Do tej drugiej grupy zaliczam atmosferę pracy, profesjonalizm zawodników i pomoc sztabu szkoleniowego. To wszystko było i nadal jest na najwyższym poziomie. Bardzo przyjemnie się trenuje w takich warunkach. Z nowości - wiadomo, brakuje kilku dobrze znanych twarzy, pojawiło się też kilka nowych. Na pewno potrzeba trochę czasu, by się do tego przyzwyczaić. Niektórzy koledzy, których teraz nie ma, byli w reprezentacji odkąd zacząłem przygodę z nią. Prawdziwą weryfikacją będą wyniki sportowe. Mam nadzieję, że drużyna narodowa nie zmieni się teraz w żaden sposób pod kątem poziomu i będziemy w stanie dotrzymać tempa poprzednikom, którzy wysoko zawiesili poprzeczkę.

Kogoś z nieobecnych szczególnie panu brakuje? 

Nie, bo mieliśmy tak zgraną drużynę i tak dobrą atmosferę, że nie było żadnych podgrupek. Wszyscy się bardzo dobrze dogadywaliśmy i trzymaliśmy się razem. To było naprawdę fantastyczne.

Z grona środkowych z przyczyn losowych ubył dodatkowo Norbert Huber. Jakie myśli pojawiają się w głowie, gdy słyszy się, że kolega z kadry przez pechową dość kontuzję wypada z gry najprawdopodobniej na co najmniej pół roku?

Na pewno jest to tragedia. Nikomu nie życzy się urazu, a szczególnie koledze z reprezentacji i ligi. Z Norbertem znamy się bardzo dobrze. To była fatalna informacja. A dla nas też nauczka, żeby jednak trochę zadbać o to zdrowie. Może troszeczkę bardziej posłuchać swojego organizmu i zwrócić trochę większą uwagę na odpoczynek. Uważam też, że kalendarz, jaki mamy, nie jest optymalny pod względem zdrowia. Szczególnie w drużynach, które nie mogą sobie pozwolić na zbyt dużo zmian. Te obciążenia są duże. Olek Śliwka apelował o to, by ktoś się zastanowił i wziął pod uwagę nasze zdrowie - myślę, że każdy siatkarz się pod tym podpisuje. Bo po kilku latach grania w lidze i reprezentacji widzę, że czasu na regenerację jest po prostu trochę za mało.

Czuje pan, że wobec braku kilku doświadczonych kolegów i pojawienia się kilku debiutantów na jego barkach spoczywa teraz trochę większa odpowiedzialność niż wcześniej?

Trudno powiedzieć. Raczej nie. Podchodzę do tego na chłodno. Chcę każdego dnia pracować na treningu i w każdym meczu dawać z siebie wszystko. Myślę, że nadal mamy kilku liderów, którzy są w tej kadrze o wiele dłużej ode mnie i na pewno nie będzie tak, że na młodych zawodników spadnie cała odpowiedzialność. Myślę, że generalnie będzie ona spoczywać na nas wszystkich.

Znał pan wcześniej Grbicia jako trenera w klubie. Jest jakaś różnica między takim wydaniem a tym w wersji reprezentacyjnej?

Ciężko na razie powiedzieć, bo jako trenera klubowego znam go na przełomie całego roku, a jako trenera reprezentacji zaledwie kilkanaście dni. Ale pierwsze wrażenie jest takie, że nic się nie zmieniło. Jest bardzo wymagający, zwraca uwagę na szczegóły, nie odpuszcza, trenujemy dużo i ciężko. Jest więc praktycznie dokładnie taki sam, jakiego go pamiętam z Zaksy.

Któryś z kolegów, który nie miał z nim do czynienia wcześniej, dzwonił do pana przed przyjazdem na zgrupowanie, by podpytać o szkoleniowca?

Gdzieś tam w kuluarach, jeszcze w trakcie sezonu ligowego, rozmawialiśmy trochę o tym. Ale też to nasze środowisko jest tak małe i w różnych klubach jest tak dużo znajomych, że opinie o szkoleniowcach czy zawodnikach w zakresie całej ligi są znane. Nie jest tak, że ktoś musiał pytać, bo nic nie wiedział o trenerze. Rozmawiamy ze sobą w gronie zawodników, jesteśmy bardzo dobrymi znajomymi, kolegami, często przyjaciółmi. Takie rzeczy szybko się rozchodzą.

Stephane AntigaAntiga o skreśleniu Kurka przed MŚ. "W takiej sytuacji lepiej, gdy się kogoś nie zna"

Pamięta pan Grbicia jeszcze jako zawodnika? Oglądał jakiś mecz z jego udziałem?

Nie, znam go tylko jako trenera. Oczywiście słyszałem o nim historie i legendy. Wiem, że był fantastycznym rozgrywającym, jednym z lepszych na świecie. To zresztą widać po tym jak patrzy na siatkówkę, jak ją analizuje i nam tłumaczy.

Co jest w tym charakterystycznego?

Generalnie cały opracowany przez niego system jest bardzo szczegółowy. Jest wręcz oczywisty, gdy się o nim słucha, ale trzeba było to usłyszeć, żeby go poznać. Widać, że trener bardzo dużo widzi i bardzo dużo wie o siatkówce. A system zbudował w taki sposób, żeby jak najbardziej nam pomóc przeciwstawić się rywalowi i myślę, że będzie to dobrze działać.

Mówił pan, że po Serbie widać, że był rozgrywającym. Na tej samej pozycji grał kiedyś jego poprzednik Vital Heynen. Charakterologicznie wydają się zupełnie różni. A pod kątem metody pracy?

Na pewno są to dwie zupełnie różne osobowości. I nie tylko jako ludzie, ale i jako trenerzy. Mają zupełnie inne style pracy. Ale to nie jest problem. Nasza grupa jest nastawiona na ciężką pracę i dostosuje się do każdego stylu pracy i do każdego trenera.

Grbić wyróżnia się czymś jeszcze?

Na pewno bardzo lubi przemawiać. Często zanim wytłumaczy ćwiczenie, które musimy zrobić, wyjaśnia najpierw, dlaczego w ogóle je robimy. Żeby każdy rozumiał, nad czym w tym momencie pracujemy. Nie każdy szkoleniowiec tak robi. Spotkałem się z takimi, którzy po prostu opisywali, jak wykonać ćwiczenie i zawodnicy to robili, nie wiedząc tak naprawdę, nad czym pracują. Nikola bardzo zwraca uwagę na to, żebyśmy byli świadomi w każdym momencie treningu, na czym się skupiamy i co w danym momencie poprawiamy. Uważam, że to bardzo dobra rzecz. 

To chyba też daje poczucie, że nie ma mowy o jakiejkolwiek przypadkowości przy dobieranych ćwiczeniach.

Nawet w jednym procencie jej nie ma. Wszystko jest dokładnie zaplanowane.

Czy zamiłowanie do przemawiania Serba dotyczy także np. motywacji przedmeczowej?

Tak, zdecydowanie. Lubi przemawiać, umie to robić i wie, w którym momencie jakiego aspektu dotknąć, żeby jego słowa dobrze trafiły do zawodników. Naprawdę dobrze to robi i jest to bardzo pomocne w motywowaniu się. Czy to przed meczem, czy przed treningiem w trudnych okresach na zgrupowaniach. Bardzo tym pomaga.

Utkwiła panu w pamięci szczególnie któraś z tych przemów?

Na pewno ciekawym podejściem było to, że przed finałem Ligi Mistrzów bardzo nas uspokajał. Mówił, że to jest tylko mecz siatkówki. Próbował zdjąć z nas presję. Oczywiście, całej się nie da zdjąć przy tak ważnym spotkaniu, ale bardzo zadbał o to, byśmy sami sobie w głowie nie dokładali takiej dodatkowej i niepotrzebnej. Myślę, że to też nam pomogło wejść w ten mecz.

A potrafi żartować? Podczas meczów można odnieść wrażenie, że jest nieustannie skoncentrowany i poważny.

Wiem, jak odbierają go kibice i dziennikarze. Rzeczywiście, podczas spotkań zawsze jest ekstremalnie skupiony i zachowuje kamienny wyraz twarzy. Ale gdy jest do tego odpowiedni moment, to można z nim pożartować i pośmiać się. Nie jest tak, że nikt nigdy nie widział uśmiechniętego Nikoli Grbicia. To jest naprawdę normalny człowiek, taki jak my wszyscy.

Jakiego typu żarty są jego specjalnością? 

Gdy chce rozluźnić atmosferę, to opowiada śmieszne historie i anegdoty z przeszłości.

Działa?

Jak najbardziej.

Za występ w ostatnich mistrzostwach świata zebrał pan sporo pochwał, ale w kolejnych latach miał lepsze i gorsze momenty. Jakie nadzieje wiąże pan z tegoroczną edycją tej imprezy?

Skupiam się na tym, by przez ten okres wakacyjny zbudować jak najlepszą formę. Mam nadzieję, że będę w stanie pomóc drużynie i dołożyć na boisku coś wartościowego swoimi umiejętnościami. No i oczywiście liczę, że zespół osiągnie sukces. Sącze, że na tych dwóch rzeczach skupia się każdy z nas.

Grbić przyznał, że czasem granie na własnym terenie nie jest najlepsze, bo pojawia się wiele dodatkowych rozpraszaczy. Myśli pan, że w trakcie tego czempionatu może to dać znać o sobie?

Nie wydaje mi się. Nasi kibice bardzo nam pomagają. U siebie gramy bardzo dobre spotkania. O wiele przyjemniej występuje się przed własną publicznością, bo gramy przecież nie tylko dla siebie, ale też dla fanów. Uważam, że to może być nasz handicap. Nasza publiczność, która wypełnia hale, zawsze dodaje nam skrzydeł.

Patrzy pan na ten sezon kadrowy nieco jako na szansę na poprawę nastroju po ligowych zmaganiach?

Nie, raczej nie. Myślę, że niemądrym jest łączyć to, co dzieje się w klubie i reprezentacji. To dwie różne drużyny. Trzeba pracować nad formą i w klubie, i w reprezentacji. Ja przynajmniej tych dwóch światów za bardzo nie łączę. Na pewno gdziekolwiek by człowiek nie był, to trzeba dawać z siebie wszystko każdego dnia.

Ale po piątym miejscu w PlusLidze z Asseco Resovią Rzeszów chyba czuje pan niedosyt?

Na pewno jestem rozczarowany wynikiem sportowym, bo apetyt miałem troszeczkę większy. Ale jak to się mówi - czasami wygrywasz, a czasami się uczysz. Tak więc jest to pewna lekcja w moim życiu. A co przyniesie przyszłość - tego nie wiem.

Oglądając tegoroczny finał Ligi Mistrzów było panu trochę żal, że tym razem nie ma go na boisku?

Myślę, że każdy siatkarz, który oglądał ten finał, ma w sobie taki mały procencik zazdrości. Bo wystąpić w takim meczu to jest naprawdę spełnienie marzeń każdego z nas. Miałem to szczęście i wiem, że to jest ogromna sprawa i ogromna przyjemność. Ale nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek oglądając to spotkanie, miał w sobie jakieś negatywne emocje. Wszyscy trzymaliśmy kciuki i cieszyliśmy się razem z Zaksą. Ona nie tylko wygrała ten finał, ale zdominowała przeciwnika. Fantastycznych czasów dożyliśmy, że polska drużyna jest w stanie dwa lata z rzędu pokonać tak pewnie potentatów z Włoch czy Rosji. Drużyny, które są budowane stricte pod te rozgrywki.

Więcej o: