ZAKSA potworem. Nastała jej złota era. To, co robił Semeniuk, wiecznie będzie dręczyło Włochów

Jakub Balcerski
Trentino zdemolowane, trofeum przed roku obronione, złote litery historii polskiej siatkówki napisane. Grupa Azoty ZAKSA Kędzierzyn-Koźle, jak potwór, zdominowała finał w Lublanie. Kędzierzynianie tworzą swoją złotą erę sukcesów.

Zrobili to. Drugi raz z rzędu, choć przecież do zeszłego roku wygranie Ligi Mistrzów w Polsce równało się z cudem. Zagrali jak mistrzowie i nimi zostali. ZAKSA Kędzierzyn-Koźle w pięknym stylu powtórzyła sukces z Werony w Lublanie i jeszcze raz wygrała najważniejsze klubowe rozgrywki w Europie. Znowu pokonała włoskie Trentino i wybiła im z głów powrót do ich złotej ery sprzed dziesięciu lat. Bo teraz nastała złota era ZAKSY.

Zobacz wideo ZAKSA po przerwie odzyskała tytuł mistrza Polski. "Tajemnicą jest to, że ta drużyna ma świetną atmosferę"

Trzy cudowne sety. Do 22, do 20 i ten ostatni, najtrudniejszy, wieńczący dzieło, na przewagi do 30. Po tym, jak uderzona przez Kamila Semeniuka piłka ociera się o blok Trentino i spada na aut, na boisko wpadają rezerwowi, którzy cały mecz obserwowali na stojąco. Marcin Janusz i Aleksander Śliwka w tym czasie już padli na parkiet. Nie dowierzają, reszta jeszcze skacze wysoko w górę, jakby niesamowicie długa końcówka i siedem piłek meczowych nic ich nie kosztowało. Trener Cretu płacze w objęciach reszty sztabu szkoleniowego. A euforia aż unosi się w słoweńskim powietrzu. Trzy wygrane sety i znów polska drużyna jest na szczycie Europy. 

ZAKSA - Itas TrentinoZAKSA, ZAKSA, ZAKSA! Wygrywa LM drugi raz z rzędu! 32:30 w decydującym secie

"Gdzie jest Polska?". Przed meczem był luz, uśmiechy i świadomość gotowości

"Gdzie jest Polska?" - zapytał spiker w Arenie Stozice, gdy grupą dziennikarzy wracaliśmy z rozmowy z Joanną Wołosz po przegranym przez jej Imoco Volley Conegliano finale Ligi Mistrzyń. Stozice to trzykondygnacyjna wysoka świątynia słoweńskiego sportu, ale imponuje zwłaszcza gdy siedzi się w jej niecce, niedaleko boiska. I kiedy podniosły się ręce kibiców w czerwono-niebieskim sektorze wypełnionym przez fanów ZAKSY, polski zespół od razu jakoś mocniej zaczął uderzać piłki podczas rozgrzewki.

Fani kędzierzynian wypełnili swoje miejsce w obiekcie szczelnie, a flagi w barwach klubu i Polski pięknie wkomponowały się w krajobraz największej hali w stolicy Słowenii. Przewagę pod tym względem miało jednak Trentino - ich wspierała nie tylko grupa największych fanów z samego Trydentu, ale też ci fani, którzy zostali po meczu Imoco Volley Conegliano. 

Włoska siła dopingu mogła robić wrażenie, ale na boisko kędzierzynianie wchodzili jednak pewnie. Przed sobą mieli grupę własnych kibiców, a do zagrania jeden z najważniejszych meczów w karierze każdego z zawodników. I mieli świadomość, że są na niego w pełni gotowi. Uśmiechy, luz, ale i koncentracja podczas efektownej prezentacji upiększonej ogniem i pokazem świateł, a potem już tylko płynne wejście w mecz. 

Asystent krzyczy "No k***a!", a Cretu nic. Tylko odesłał go na ławkę rezerwowych

Zawodnicy, dziennikarze i kibice nie dowierzali, widząc, że już na początku pierwszego seta tak świetny zawodnik, jak Kamil Semeniuk aż dwukrotnie popełnił błąd przejścia linii dziewiątego metra. Na szczęście dla Polaków był to jeden z nielicznych błędów kędzierzynian w tej partii. 

Trentino na początku seta było ospałe - widać było po nich długą przerwę w grze przed finałem. Rozpędzało się i próbowało przeszkadzać ZAKS-ie, ale nie było w stanie wytrącić ich z równowagi. Przejęli kontrolę nad meczem i nie zamierzali jej łatwo oddać. Największą broń Włochów, 20-letniego Alessandro Michieletto, stać było tylko na cztery punkty w ataku i jeden w zagrywce. Został umiejętnie wyłączony z gry na początku seta przez Polaków, a potem pokazywał się zbyt rzadko, żeby zrobić różnicę.

Trener ZAKSY, Gheorghe Cretu jakby rozdzielił się przy linii na dwie postacie: dobrego i złego policjanta. Raz uspokajał zespół przy spornych sytuacjach i odciągał od siebie nawet asystenta Michała Chadałę, żeby po chwili samemu szaleć po zdobytym punkcie. Chadała wściekał się na źle wykonaną przez sędziów wideoweryfikację, krzyczał "No k***a!", a Cretu na początku w ogóle nie reagował. Potem tylko podszedł do Chadały i odesłał go karnie na ławkę rezerwowych.

Prawdziwsza była chyba ta druga twarz szkoleniowca ZAKSY. Zwłaszcza gdy przechodzącą piłkę na wagę wygrania pierwszego seta wykorzystał Aleksander Śliwka, a Rumun zacisnął pięści i z podekscytowaniem kiwał głową. "Pierwszy krok zrobiony" - mógł sobie myśleć.

Maestria geniuszu Semeniuka, bohaterstwo Śliwki - ZAKSA grała koncert

Jak lepiej wejść w drugiego seta najważniejszego meczu w sezonie, jak nie asem serwisowym? Taka myśl mogła się za to pojawić u Davida Smitha, który na powrót na boisko zaserwował kędzierzynianom spory zastrzyk pewności siebie skuteczną zagrywką. Gra ZAKSY nie ustawała na intensywności. Ściany Areny Stozice drżały po każdym skutecznym ataku Kamila Semeniuka, który oznaczał odegranie jingla "Here comes the booom!". Nie tracił przy tym jednak także boiskowej inteligencji. A to piękna, delikatna kiwka w środek boiska, a to cwaniackie obicie rąk doświadczonego lidera Trento, Mateja Kazijskiego w taki sposób, że piłka leci na aut i daje punkt Polakom. Był profesorem tworzącym piękne dzieło. Geniuszem w swojej maestrii.

Gdy ZAKSA wyszła na trzypunktowe prowadzenie przy stanie 17:14 coś pękło w Angelo Lorenzettim. Zrozumiał, że traci swój cel z oczu, że mecz wymyka mu się spod kontroli. Czerwony na całej twarzy poprosił o czas, klepał i popędzał swoich zawodników, żeby stanęli wokół niego. I nieważne, czy wytykał im błędy, czy w jakiś sposób motywował: za chwilę wściekał się po raz kolejny, a ZAKSA mogła śmiać mu się w twarz.

Janusz liderem polskiej kadry na miarę Zagumnego. Na szczęście nie został pianistąJanusz liderem polskiej kadry na miarę Zagumnego. Na szczęście nie został pianistą

Końcówka drugiej partii stała się koncertem kędzierzynian. Bawili się grą, a na bohatera wyrastał kapitan Aleksander Śliwka kończący piłkę za piłką. Spiker niemalże co punkt uczył się, jak wymawia się słowo Kędzierzyn. Szło mu coraz lepiej, a ZAKSA sprawiała wrażenie, jakby coraz bardziej powszedniała im przewaga wypracowywana nad Włochami. A oni po ostatniej piłce zwiesili głowy. Nie dowierzali, że na ten finał do tego momentu w zasadzie nie dotarli. Czy ktoś widział Trentino?!

ZAKSA siatkarskim potworem. Semeniuk jest artystą, a nie siatkarzem

Kluczem do bycia blisko Trentino przez pierwsze dwa sety, a w konsekwencji prowadzenia 2:0 okazała się dyspozycja lewego skrzydła - tylko sześć nieskutecznych ataków na 25 dostarczonych tam piłek. Ta nie byłaby jednak możliwa, gdyby nie równa dystrybucja ataków reżysera gry ZAKSY, Marcina Janusza. Rozgrywający próbował wszystkiego - gdy mniej skuteczny był Kaczmarek, to wykorzystywał Śliwkę i przede wszystkim Semeniuka. Nie chciał przy tym zapominać o środkowych - w odpowiednich momentach sięgał przede wszystkim po Davida Smitha. 

Trentino mogło grać ofiarnie, podbijać niemożliwe piłki, ale są takie dni, w których to nie wystarcza. Zwłaszcza, gdy gra się przeciwko zespołowi nie z tego świata. Jak grać przeciwko takim siatkarskiemu potworowi, jakim stał się ZAKSA? I jak inaczej nazwać ZAKSĘ Gheorghe Cretu ze wbijającym potężne uderzenia w ręce Włochów Kaczmarkiem, niemalże nieomylnym Semeniukiem, czy genialnie dowodzącymi Januszem i Śliwką.

Ten pierwszy podchodził do kolegów, żeby zetknąć się klatkami piersiowymi i krzyczał tak głośno, żeby usłyszał go każdy kibic w najwyższym sektorze Areny Stozice. Na Semeniuka już nie było słów. Co za artysta, żaden tam siatkarz. To, co robił, Włochom będzie ich dręczyło w koszmarach już wiecznie. A Śliwka? Nawet w przerwie pomiędzy setami podszedł nawet do rezerwowych i pobudzał ich do pomocy zespołowi. ZAKSA potrzebowała energii zewsząd. 

I Semeniuk po tym wszystkim to jeszcze skończył

Nawet tak pewnie prowadzony mecz, jak ten niedzielny ZAKSY nie byłby jednak pełny bez małego zwrotu akcji. Po akcji przy stanie 9:9 w trzecim secie na boisko padł Erik Shoji. Libero kędzierzynian został szybko opatrzony przez Pawła Brandta i wrócił do gry. Przy każdym zejściu z boiska miał jeszcze schładzaną nogę, ale był zdolny do gry.

Polacy zostali jednak wybici z rytmu. Wiedzieli, że jeśli chcą to zamknąć w trzech setach, muszą wziąć się w garść i szybko odzyskać kontrolę nad meczem. ZAKSA dogoniła Trento, ale Włosi nie chcieli odpuścić, zaakceptować, że znów będą gorsi. A dla kędzierzynian to nie był koniec trudnych chwil. Wyrównana końcówka i na boisku pada Marcin Janusz. Niby to tylko skurcz, ale nie podnosi się dłuższą chwilę, a rezerwowi ZAKSY wolą na tę scenę nie patrzeć. Jednak potem Janusz wstaje i gra dalej. 

A ZAKSA stanęła w sytuacji, w której jeszcze nie była - przed obroną piłki setowej. Kibice gwiżdżeli, Trentino załadowało piłkę w siatkę. I znów kontrola po stronie ZAKSY.

Pierwsza, druga, trzecia, czwarta, a nawet piąta piłka na wagę wygranej. I nic, mecz się nie skończył, nerwy rosły. Przyszła szósta i też nic. Kolejne skurcze łapały za to Marcina Janusza. Ale jest i ten siódmy meczbol, Śliwka na zagrywce. Jedno podkręcenie piłki, trzy odbicia o parkiet i jeszcze jedno podkręcenie przed wyskokiem do serwisu. Piłka zaskakuje Alessandro Michieletto i po nieudanym ataku Trentino jest już po stronie ZAKSY. Janusz wybiera Semeniuka. I po całym tym genialnym meczu, absolutny MVP finału i całych rozgrywek, kończy to dla ZAKSY. Potem jest już tylko wielka radość.

ZAKSA miała mieć zjazd, Trentino miało ich ograć. Teraz toniemy w zachwytach, a oni będą pili szampana

Jak oni to wygrali? Jak wytrzymali mentalnie, jak potrafili zachować się tak profesjonalnie, jak panowali nad emocjami? Są wielcy, niepowtarzalni. Nie do złamania, jak w tym trzecim secie. A przecież przed sezonem nikt na nich nie stawiał, bo miał być zjazd po odejściach z drużyny. Za to przed meczem mówiono, że to Trentino ich ogra. Że Włosi mieli się odegrać za Weronę z zeszłego roku. A teraz to w polskiej szatni będą pili szampana.

Toniemy w zachwytach. Ale powiedzmy sobie szczerze: nawet nie możemy, tylko musimy. Po 47 latach czekania na choćby jedno zwycięstwo w Lidze Mistrzów dostaliśmy podwójne. I zespół wart zestawiania z najlepszymi. Drużynę, która nie musi bać się nikogo. Pełną pięknych historii, cudownej siatkówki i wykorzystywanego potencjału.

Joanna Wołosz, Imoco Volley ConeglianoWołosz patrzyła zrezygnowanym wzrokiem na koleżanki. Smutny "last dance" wielkiego Conegliano

Wszyscy, którzy budowali obecną ZAKSĘ, dziś mają święto. Powiedzieć, że to zwycięstwo smakuje wyjątkowo to nie powiedzieć nic. Przede wszystkim mogą sobie przyznać, że było warto. I to najważniejsze. Przed nami piękna polska noc w Lublanie.

Więcej o: