Nowy lider polskiej kadry na miarę Zagumnego. Na szczęście nie został pianistą

Na szczęście nie porzucił sportu dla architektury i na szczęście nie został pianistą. Marcin Janusz gra za to wspaniale w siatkówkę oraz jest mózgiem ZAKSY Kędzierzyn-Koźle, która jest o krok od triumfu w Lidze Mistrzów i zdobycia potrójnej korony w tym sezonie. A za chwilę utalentowany rozgrywający ma przejąć stery w reprezentacji Polski, w której może zostać liderem na miarę Pawła Zagumnego.

Marcin Janusz nie jest typem showmana – spokojny, nie wzbudza kontrowersji. Wiele lat temu podczas konsultacji w Spale uznano wręcz, że jest zbyt spokojny. Przez kilka lat zazwyczaj był w cieniu kolegów, ale krok po kroku dzięki dobrej grze potwierdzał swoją wartość w drużynie. Miał miano zawodnika o dużym potencjale, ale przed prawdziwym egzaminem z siatkarskiej dojrzałości stanął dopiero za sprawą przenosin do Grupy Azoty ZAKSY Kędzierzyn-Koźle. Zdał go celująco, a latem czeka go kolejny, w powszechnej opinii bowiem 27-latek będzie teraz pierwszym rozgrywającym reprezentacji Polski.

Zobacz wideo ZAKSA po przerwie odzyskała tytuł mistrza Polski. "Tajemnicą jest to, że ta drużyna ma świetną atmosferę"

Zmora podwójnego odbicia. Na dywaniku u dyrektorki

Zamiłowanie do siatkówki przejął od ojca, który grał amatorsko. Janusz junior jeździł z nim na turnieje i czekał z niecierpliwością, aż będzie mógł zacząć trenować. Gdy trafił do klubu SKPS Dunajec, pierwotnie widział się w roli przyjmującego lub środkowego.

– Chyba każdy jako młody chłopak chce atakować i zdobywać punkty, być w centrum uwagi. Górowałem nad kolegami wzrostem i myślałem, że pod tym względem jest takie "wow". Pewnie do pewnego momentu radziłbym sobie na przyjęciu, ale niewielki procent zawodników z trochę gorszymi warunkami fizycznymi jest się w stanie przebić na najwyższy poziom. Do tego oni brak centymetrów nadrabiają wyskokiem, a ja go nigdy zbyt potężnego nie miałem. Bardzo się więc cieszę, że trafiłem na rozegranie, bo na innej pozycji nie doszedłbym do punktu, w którym jestem teraz – opowiada Sport.pl mierzący 1,91 m siatkarz.

Na rozegranie namówił go trener z SKPS Dunajec Łukasz Mężyk. I choć nie był tym zachwycony, to nie oponował.

– Miał dobre odbicie palcami. Początkowo te piłki były lekko rzucone i często gwizdano mu podwójne odbicie. Wiedziałem jednak, że jest pracowity i to się wyeliminuje, a dokładność mu zostanie. Widać też było, że ma dobry przegląd sytuacji na boisku i jest bardzo inteligentnym chłopakiem, więc stwierdziłem, że ta pozycja będzie dla niego idealna – wyjaśnia szkoleniowiec.

Pamięta on moment zwątpienia Janusza podczas ćwierćfinałów mistrzostw Polski młodzików. Wtedy właśnie bardzo często gwizdano mu podwójne odbicie piłki.

– Był rozżalony i mówił, że chyba sobie nie poradzi na tym rozegraniu. Powiedziałem mu, by jak najwięcej odbijał piłkę o ścianę. Niedługo później pani dyrektor ze szkoły wezwała mnie na dywanik, bo okazało się, że Marcin był jej sąsiadem i cały czas się tłukł tą piłką. Żartowała, że nie tylko nie może przez to odpocząć, ale też żal jej nowej elewacji. Ale przyniosło to efekt – podczas półfinałów Marcinowi ani razu nie odgwizdano już takiego błędu, a w finałach został MVP meczu. I to wszystko w niecały miesiąc – wspomina Mężyk.

Rozgrywający ZAKSY przyznaje, że był trochę zafiksowany na punkcie tego ćwiczenia. Przez dłuższy czas wykonywał je codziennie, a przestał dopiero, gdy zaczął grać na poważniej.

Pianino dobre na stresy. Małe, chwilowe kryzysy

Nie oponował też, gdy rodzice postanowili zapisać go jako dziecko na naukę gry na pianinie. Wciąż od czasu do czasu zasiada do niego, co go odstresowuje, choć ostatnio rzadziej ma ku temu okazje.

– Z boku może to wyglądać na skomplikowane, ale gdyby ktoś poćwiczył przez rok, to bez problemu doszedłby do mojego poziomu. Mimo że to relaksujące, to gdy często trenujemy i gramy – a w tym sezonie robimy to praktycznie bez przerwy – to nie mam na to za dużo czasu i siły. Wiele się mówiło o tym, że gra na instrumentach wpływa pozytywnie pod względem manualnym. Na pewno więc to nie przeszkadza mi w grze w siatkówkę, a może nawet pomaga – analizuje zawodnik, który ze względu na fryzurę wiele lat temu dostał od kolegów ksywkę Elvis.

Rodzinne strony opuścił, gdy przeniósł się do PGE Skry Bełchatów. W sezonie 2011/12 był zgłoszony do szerokiego składu seniorskiej drużyny, ale występował w Młodej Lidze. Kolejne trzy lata spędził na wypożyczeniu w Częstochowie i Kielcach, gdzie był już częścią zespołów rywalizujących w ekstraklasie. W tym czasie też musiał dokonać wyboru między siatkówką i studiami.

– Przez chwilę starałem się to godzić, ale jak zacząłem występować w PlusLidze, to zdałem sobie sprawę, że muszę postawić na jedno. Już w młodym wieku dostałem szansę gry w ekstraklasie, więc wybór był prosty – przyznaje niedoszły architekt.

Na okres pobytu w Częstochowie przypadają też jego wątpliwości dotyczące obranej drogi. Pojawiły się w związku z kontuzją łąkotki.

– Wykluczyła mnie z gry prawie na rok. Poważnego zwątpienia jednak nie było, ale myśli, by to wszystko rzucić, pojawiają się. Bo coś nie idzie, bo tego jest dużo – życie pod ciągłą presją, która obecnie jest zdecydowanie większa. Ale to są takie małe, chwilowe kryzysy. Tak naprawdę to świetny sposób na życie, z którego ciężko byłoby zrezygnować – zapewnia.

"Michałowi Winiarskiemu będę wdzięczny do końca kariery"

Po powrocie do Bełchatowa przez trzy lata był drugim rozgrywającym. Uważa, że to była dobra ścieżka kariery, ale nie jest w stanie ocenić, czy najlepsza.

– Nie wiem, co by się stało, gdybym wcześniej miał okazję zostać pierwszym rozgrywającym w może trochę mniejszym klubie niż Skra. Ale wtedy nie dostałem takiej oferty z drużyny z PlusLigi, a w Bełchatowie miałem szansę trenować i grać z topowymi zawodnikami. Nauczyłem się ważnych rzeczy dotyczących życia codziennego, jak się zachowywać na treningu, jak radzić sobie z presją. Na pewno dużo mi to dało. Ktoś powie, że trzy lata na ławce to za długo, ale nie wiadomo, jakby się to potoczyło przy innym scenariuszu. Jestem zadowolony z miejsca, w którym jestem – zaznacza Janusz.

Za przełomowy moment w swojej karierze uważa transfer do Trefla Gdańsk w 2018 roku, gdzie został zawodnikiem pierwszej "szóstki". Początki nie były łatwe, ale zapewnia, że wyciągnął wnioski z tego okresu. Docenia też wsparcie ze strony doświadczonego kolegi po fachu Michała Kozłowskiego i trenera Andrei Anastasiego. Z tym pierwszym spotkał się potem znów w ZAKSIE. W kolejnym sezonie szkoleniowcem w klubie z Pomorza został Michał Winiarski i – jak opisuje prezes Trefla Dariusz Gadomski – wziął Janusza mocniej w obroty, a forma zawodnika eksplodowała.

– Michał był bardzo technicznym zawodnikiem i przykładał do tego dużą wagę jako trener. Miał dla siatkarzy na każdej pozycji specjalne ćwiczenia. Bardzo mocno pracował z Marcinem – wspomina działacz.

Rozgrywający również potwierdza zasługi Winiarskiego dla jego rozwoju. – Miał ogromny wpływ na to, jak później grałem. Będę mu wdzięczny do końca kariery za to, co dla mnie zrobił – deklaruje.

Przed kolejnym ważnym wyborem stanął po dwóch latach gry w Gdańsku. Dostał wiele ofert z innych klubów i rozważał przenosiny do Warszawy, gdzie ponownie trafiłby pod skrzydła Anastasiego. Gadomski, Winiarski i manager Jakub Michalak przekonali go jednak, by został jeszcze na rok w Treflu.

– Mówiliśmy mu, że dobrze, by nabrał jeszcze takiej całkowitej pewności. Doszlifował i dopracował wszystko. Uważam, że dzięki temu dźwignął potem w ZAKSIE całą tę presję - ocenia szef gdańskiego klubu.

Oferta nie do odrzucenia. "Nie zastanawiałem się, co zrobiłby Ben"

Kędzierzynianie pozyskali Janusza rok temu. Kilka miesięcy wcześniej zaczęli szukać następcy dla będącego jedną z największych gwiazd PlusLigi Francuza Benjamina Toniuttiego.

– Na oferty z takich klubów się czeka i raczej się nie odmawia. Jak usłyszałem, że trener Nikola Grbic jest zainteresowany tym, bym przyszedł zastąpić Bena, to długo się nie zastanawiałem. To było kilka dni – wspomina pochodzący z Nowego Sącza siatkarz.

Trefl Gdańsk - Verva Warszawa 3:1Marcin Janusz zastąpi genialnego rozgrywającego w najlepszej drużynie Europy

Towarzyszyła mu wówczas mała niepewność, czy sobie poradzi z takim wyzwaniem i odpowiedzialnością. – Bo to zupełnie inne granie, a przede wszystkim zupełnie inne oczekiwania niż te, z którymi mierzyłem się wcześniej. Ale po to się trenuje i uprawia sport, żeby mieć takie szanse i próbować je wykorzystywać. Gdyby się okazało, że muszę jeszcze popracować albo że to poziom, którego nigdy nie będę w stanie osiągnąć, to musiałbym się z tym po prostu pogodzić. Ale na pewno nigdy bym sobie nie wybaczył, że nie spróbowałem – relacjonuje.

Ostatecznie z Grbicem, swoim dawnym idolem, w klubie się nie spotkał, bo ten latem przeszedł do Sir Safety Perugii. Współpracę z Rumunem Gheorghe Cretu, który został zatrudniony w miejsce Serba, rozgrywający jednak bardzo sobie chwali. Przyznaje jednocześnie, że początki w ekipie z Kędzierzyna-Koźla nie były łatwe.

– Czasu na wspólne treningi przed rozpoczęciem ligi mieliśmy mało, ruszyliśmy trochę z marszu. Nie było pewności, automatyzmu i tego wszystkiego, co mamy teraz. Obecnie rozumiemy się na boisku praktycznie bez słów. Na początku było nieco niepewności i wkradała się przez to lekka nerwowość. Tak jak teraz jestem pewny, że w danym meczu poniżej określonego poziomu nie zejdziemy, to wtedy sami nie znaliśmy swojego potencjału. Nie wiedzieliśmy, jak odpowiadać na pytanie o to, na co nas stać. Z jednej strony walka o złoto, bo to ZAKSA, ale byliśmy kompletnie nową drużyną. (…) Z kolejnymi meczami rośliśmy jako zespół i dobrze to wszystko funkcjonowało – opowiada Janusz.

Od początku też musiał się mierzyć z oczekiwaniami dotyczącymi zastąpienia Toniuttiego. Eksperci wielokrotnie podkreślali, że postawiono przed nim bardzo trudne zadanie.

– Próbowałem o tym nie myśleć, ale z drugiej strony zdawałem sobie sprawę, że od tego nie ucieknę i będę to słyszał na każdym kroku. Wiedziałem, za kogo przychodzę i starałem się z tym zmierzyć. W trakcie meczu nie zastanawiałem się jednak, co w danej sytuacji zrobiłby Ben. Mimo że jestem znacznie mniej doświadczony i nie osiągnąłem tyle co on, to mam swoją filozofię gry. Mam ogromny szacunek do tego, co zrobił, ale nie można kopiować innego rozgrywającego tylko trzeba skupiać się na sobie – podkreśla 27-latek.

Dodatkowej tremy w Lublanie nie będzie

Francuz był jedną z kluczowych postaci w ZAKSIE, gdy ta rok temu triumfowała w Lidze Mistrzów. Teraz w niedzielnym finale tych prestiżowych rozgrywek w Lublanie zespół poprowadzi Janusz, który nigdy wcześniej nie grał o tak dużą stawkę.

– Myślę, że dodatkowa trema, która by mnie usztywniła, nie pojawi się. Graliśmy w tym sezonie już kilka meczów pod ogromną presją. W półfinale walki o mistrzostwo Polski byliśmy pod ścianą. (…) Byliśmy też blisko odpadnięcia z Ligi Mistrzów po fazie grupowej. Takich momentów było dużo, a to jest kolejny. Choć oczywiście nie można powiedzieć, że podejdziemy do tego meczu jak do każdego innego. Na pewno jest to wyjątkowe spotkanie i trzeba się na nim skupić. Ale kluczem jest, by nie rozmyślać o jego znaczeniu, tylko skoncentrować się na siatkarskich elementach, co robimy od początku sezonu – podsumowuje.

Wraz z kolegami ma szansę na dokonanie tego, co nie udało się klubowi z Opolszczyzny w poprzednim sezonie, czyli zdobycie potrójnej korony. Wywalczyli już Puchar Polski (Janusz został MVP finału) i mistrzostwo kraju.

– Były okresy, kiedy graliśmy co trzy dni, szybko mijał miesiąc, drugi i nagle jest koniec sezonu. Po wywalczeniu mistrzostwa ciężko mi było uwierzyć, że to osiągnęliśmy. Nie chcę, żeby to brzmiało tak, że nikt na nas nie stawiał i byliśmy sami przeciwko wszystkim, ale naprawdę sami nie byliśmy tego pewni – podkreśla Janusz.

Po finale Ligi Mistrzów nuda też mu nie grozi – czeka go ślub oraz sezon reprezentacyjny. W kadrze zadebiutował cztery lata temu u Vitala Heynena i jak na razie nie odegrał w niej znaczącej roli. W ubiegłym roku wydawało się, że może mocniej zaznaczyć swoją obecność, ale na przeszkodzie stanęła kontuzja odcinka szyjnego kręgosłupa, która wykluczyła go z udziału w Lidze Narodów.

Teraz nadrobi zaległości z klubu, bo Polaków prowadzić będzie Grbic. Janusz z utytułowanym Serbem na razie rozmawiał tylko o swojej sytuacji zdrowotnej. Wiele osób ze środowiska siatkarskiego jest jednak przekonanych, że to właśnie on będzie pierwszym wyborem na rozegraniu szkoleniowca drużyny narodowej. Sam zawodnik bardzo ostrożnie podchodzi do tego tematu.

– Jestem jednym z czterech powołanych zawodników na tej pozycji i pojadę walczyć o swoje miejsce. Myślę, że ten sezon pokazał, że jestem w stanie grać na najwyższym poziomie, nie spalam się w ważnych meczach, a umiejętności też chyba mam. Ale trzej inni rozgrywający również je mają i grają na najwyższym poziomie w PlusLidze – zastrzega.

Rozgrywający, a nie wystawiacz

Koledzy Janusza z klubu wypowiadali się na temat Grbica w samych superlatywach. Rozgrywający drużyny z Kędzierzyna-Koźla również zbiera wiele pochwał. Od osób, które z nim współpracowały na różnym etapie jego kariery, za każdym razem słyszymy, że to utalentowany, pracowity, poukładany, spokojny, otwarty i skromny chłopak. Gadomski mówi wprost: – Idealny zawodnik do prowadzenia dla każdego trenera. Dziś chyba nikt nie ma wątpliwości, że to był najlepszy transfer ZAKSY przed tym sezonem.

Z uwagą w ostatnich miesiącach Janusza obserwował też m.in. Stanisław Gościniak. Mistrz świata z 1974 roku nie zna osobiście 27-latka, ale podziela opinię o jego talencie.

– Nie upraszcza nadmiernie gry. Ma boiskową inteligencję i spryt, a to wszystko na pewno poparte jest pracą na treningach. Widać było, jak stopniowo nabierał doświadczenia. Potrafi sobie radzić bez idealnego przyjęcia i zaskakiwać z trudnych piłek, rozrzucając blok. Niezależnie od tego, kto jest kapitanem zespołu, rozgrywający musi być liderem. We wszystkich czołowych zespołach widać, kto kieruje grą. Janusz ma takie predyspozycje. Ma warunki, by być rozgrywającym, a nie tylko wystawiaczem. Z tym ostatnim w składzie kędzierzynianom o mistrzostwo kraju byłoby znacznie trudniej – ocenia.

Rozgrywający z legendarnej drużyny Huberta Wagnera zwraca też uwagę, że Janusz nieraz zdobywa punkty blokiem. Pod tym względem przypomina mu Pawła Zagumnego. Gracz ZAKSY bywa określany następcą tego klasowego zawodnika. Wiele osób wiąże z nim duże nadzieje i opisuje go jako pierwszego rozgrywającego o takim potencjale od czasu mistrza świata z 2014 roku i wicemistrza globu 2006. Sam zainteresowany jednak wzbrania się przed tym.

– To określenie na wyrost. Miałem na razie krótkie epizody w kadrze i niczego wielkiego jeszcze w niej nie zagrałem, żeby można było mnie porównywać do niego. A określenie "pierwszy taki rozgrywający od czasu Pawła Zagumnego" jest trochę nie fair wobec Fabiana Drzyzgi. On naprawdę dużo dał reprezentacji. Odnosiła wielkie sukcesy, kiedy grał w jej podstawowym składzie. Mamy bardzo dobry kontakt. Ciepło mnie przyjął, gdy pojawiłem się w kadrze i pomagał mi. Do tego jest bardzo dobrym rozgrywającym. Jaką dostanę szansę i co osiągnę w tej kadrze – zobaczymy. To będzie zupełnie nowa drużyna. Wolę składać mniej deklaracji, a więcej zrobić. Pojadę walczyć, by przebijać się w tej hierarchii rozgrywających i zobaczymy – podkreśla Janusz.

Finał Ligi Mistrzów ZAKSY z Itasem Trentino w Lublanie rozpocznie się w niedzielę o godz. 21. Relacja między innymi na Sport.pl.

Więcej o: