ZAKSA mistrzem Polski! Udany rewanż. Jastrzębianom pozostało złapać się za głowy

Jakub Balcerski
Grupa Azoty ZAKSA Kędzierzyn-Koźle siatkarskim mistrzem Polski! Tytuł zapewniła im wygrana w czwartym meczu finałowym w Jastrzębiu-Zdroju. To udany rewanż kędzierzynian na Jastrzębskim Węglu, który wygrał z nimi w zeszłorocznym finale.

To, czego ZAKSA nie potrafiła zrobić u siebie w środę, wykonała w świetnym stylu na terenie rywala w sobotę. Cztery spotkania wielkiej walki zakończyły się pokazem siły lepszej drużyny. ZAKSA dopięła swego i pokonała Jastrzębski Węgiel 3:0 (25:23, 25:17, 25:21).

Zobacz wideo BBTS Bielsko-Biała awansowało do PlusLigi

#WieszOCoChodzi. Huber na finał poszedł nawet o kulach

Przed czwartym meczem tegorocznego finału PlusLigi życzenia obu klubów były nietypowe. ZAKSA chciała zakończyć wszystko w Jastrzębiu, a Jastrzębski pojechać na piąty mecz do Kędzierzyna. Tak to się wszystko poukładało, że obie drużyny pragnęły skończyć rywalizację nie przed własną publicznością.

Marcelo MendezMendez odchodzi z Resovii. Zostanie w Polsce? "Trwają rozmowy"

Na rozgrzewce trener gości Gheorghe Cretu był jednocześnie skupiony i rozluźniony. Szturchał siedzącego obok siebie Aleksandra Śliwkę, zaczepiał Erika Shojiego, ale także wybijał nogami szybki rytm, podekscytowany tym, co zaraz ma się dziać. Na rozgrzewce oba zespoły były bardzo skupione. Na trochę luzu pozwolił sobie tylko wspomniany Shoji - libero ZAKSY poodbijał piłkę z jednym z chłopców podających piłkę. Jastrzębianie raczej z kamiennymi twarzami: skupieni na zadaniu.

Tuż przed oficjalną prezentacją w hali pojawił się Norbert Huber. Nie w koszulce meczowej, a bluzie i czapce, a także z dwoma przyjaciółkami, których wolałby ze sobą nie mieć. Po kontuzji ścięgna Achillesa z trzeciego meczu w Kędzierzynie porusza się jedynie o kulach, a przed nim długa przerwa. Koledzy z ZAKSY o nim jednak nie zapomnieli: na środku boiska stanęli w okolicznościowych koszulkach z nazwiskiem Huber, numerem 99 i znakiem firmowym środkowego: hasztagiem #WieszOCoChodzi.

"Au, au, au!". Goście wyszli nawet z najtrudniejszej sytuacji w secie

Od pierwszych sekund przez głośny doping w hali w Jastrzębiu-Zdroju trudno było zebrać myśli. Ale nie tym na boisku. ZAKSA i Jastrzębski po przegranej ze środy mówiły niemalże jednym głosem: w pomeczowych wypowiedziach zawodnicy podkreślali, że poza wynikiem rywalizacji niewiele się zmieniło. Zwłaszcza w ich podejściu do meczów. To musiała być determinacja od pierwszych piłek.

Na początku to jastrzębianie mieli większą swobodę w grze i prowadzili nawet trzema punktami (9:6). ZAKSA długo miała problem z wejściem na swój optymalny poziom, ale seria świetnych zagrywek Davida Smitha pozwoliła im odzyskać pewność siebie. I potem szło gładko, a kędzierzynianie tylko się napędzali. Prowadzili nawet czterema punktami (15:11), a zawodnicy wydawali się wręcz nakręceni. Gdy Łukasz Kaczmarek dwa razy zablokował rywali w jednej akcji, aż krzyknął do kwadratu rezerwowych "Au, au, au!". Przy prowadzeniu 21:18 w górę wędrowała za to zaciśnięta pięść wspomnianego Smitha.

ZAKSA przycisnęła rywali blokiem i zagrywką, a ci nie potrafili wyraźnie odpowiedzieć. Jednak końcówka okazała się dla kędzierzynian ogromnym wyzwaniem. Jastrzębskiemu udało się nawet wyrównać przy stanie 23:23. Zawodnicy trenera Gheorghe Cretu mieli nietęgie miny, ale nawet z tak trudnej sytuacji udało im się wyjść obronną ręką. Wystarczyły dwie kolejne akcje - punkt w ataku Kaczmarka i błąd Tomasza Fornala - i ZAKSA już prowadziła w Jastrzębiu 1:0 w setach.

ZAKSA nie grała perfekcyjnie, ale konsekwentnie wykorzystywała błędy Jastrzębskiego

Jastrzębianie w pierwszej partii dotrzymywali kroku rywalom i mogli liczyć, że jeśli dalej będą tak grać, to ZAKSĘ dopadną. Jednak chyba nikt nie przewidywał, że to kędzierzynianie za chwilę wyraźnie odskoczą i będzie w zasadzie po walce w drugiej partii. Po wyrównanym początku od stanu 6:6 drużyna Cretu zdobyła aż sześć kolejnych punktów, a po grze obecnych mistrzów Polski nie było widać oznak choćby delikatnej poprawy.

Norbert Huber doznał kontuzji w meczu finałowym PlusLigiDramat Norberta Hubera. Potwierdziły się najgorsze przypuszczenia. "Dłuższa przerwa"

Gdy kędzierzynianie doszli do prowadzenia 19:10, wszystko wydawało się jasne. Drużyna Nicoli Giolito starała się jeszcze walczyć i nadrobić chociaż część strat, ale musieli być świadomi tego, że ZAKSY już raczej nie dogonią. Zwłaszcza przy akcjach, w których piłka przelatywała przez ręce zawodnikom - jak choćby Jakubowi Macyrze. Środkowy ukrył twarz w dłoniach, a trener Giolito go tylko lekko poklepał. Sam miał bardzo skrzywioną minę. Widział, że jego zespół od jakiegoś czasu tylko stał na boisku. Nie miał szans ze świetnie dysponowaną ZAKSĄ.

Skończyło się na wyniku 25:17. Zupełnie pogubione Jastrzębie zeszło z boiska ze spuszczonymi głowami. Nie funkcjonowała gra z podstawowymi zawodnikami, zmiennicy niewiele wnosili. Wielki zawód. Znów niewiele w ataku swoją postawą dawał Tomasz Fornal (tylko trzy skończone ataki z dziewięciu), w którym gospodarze musieli pokładać spore nadzieje. O wiele lepiej prezentował się jego zmiennik - Rafał Szymura (skończył cztery z pięciu piłek). Nie było też u jastrzębian tak dobrego przyjęcia, by często wykorzystywać środek, a skrzydła myliły się za często, żeby regularnie dostarczać punkty.

ZAKSA? Konsekwentnie robiła swoje, wykorzystując problemy rywali. Nie grała perfekcyjnie - zwłaszcza w przypadku Kaczmarka na prawym ataku (29 procent skuteczności) i środkowych, ale wystarczała wirtuozeria kapitana Śliwki i Kamila Semeniuka na lewym skrzydle. A poza boiskiem starała się nie wyciszać: po zakończeniu seta jeszcze przez kilkadziesiąt sekund intensywnie dyskutowali pomiędzy sobą Śliwka i Kaczmarek.

Kaczmarek ugryzł piłkę i Jastrzębski Węgiel zaczął tracić punkty. ZAKS-ie wystarczyła już druga mistrzowska piłka

Jastrzębianie znaleźli się pod ścianą. Marginesu błędu już nie było: albo wygrają trzy sety i przedłużą finałową rywalizację do maksimum, czyli pięciu spotkań, albo żegnają się z obroną tytułu mistrzów Polski. Musieli udowodnić, że w tym sezonie na niego zasługują. Bo w sobotę od początku spotkania nie było problemu z tym, żeby wskazać, kto był silniejszy.

I właśnie w trzecim secie taki kłopot się pojawił. ZAKS-ie coraz bardziej brakowało innych opcji w ataku niż gry lewym skrzydłem, a Jastrzębski dzięki temu potrafił dotrzymywać jej kroku. Spokojnie było jednak tylko do stanu 13:13. To wtedy ZAKSA poprosiła o sprawdzenie, czy nie było dotknięcia siatki jednego z zawodników jastrzębian w bloku. Sędziowie się go jednak nie doszukali, co wzburzyło zawodników z Kędzierzyna. Pokazywali arbitrowi telebim z powtórką sytuacji, wymachiwali rękami i krzyczeli, ale nie wymusili zmiany decyzji.

Wydawało się, że ta sytuacja wybije ZAKSĘ z rytmu, a frustracja przeszkodzi im w skutecznej grze. Kędzierzynian to jednak tylko pobudziło, choć nie potrafili wyraźnie odskoczyć rywalom. Kaczmarek na 20:18 zagrywał asa, żeby potem piłka utknęła mu pomiędzy rękami, dając gospodarzom punkt na 21:20. Atakujący ZAKSY ugryzł piłkę, ale chwilę później to jastrzębianie wyrzucili piłkę w aut. I na dwóch punktach przewagi się nie skończyło, bo Krzysztof Rejno chwilę później dołożył kolejnego asa. A 20:24 zrobiło się po autowym ataku Jana Hadravy. Czas i cztery piłki meczowe, a w zasadzie mistrzowskie. Ale ZAKS-ie wystarczyła już druga, bo Jurij Gladyr zaserwował w aut. 25:21, 3:0 w meczu i 3:1 w całym finale. Kędzierzynianie zostali mistrzem Polski.

Stefano LavariniProblemy Lavariniego w ataku kadry. Może być zmuszony do opcji awaryjnej

Jastrzębianom pozostało złapać się za głowy. A mistrzowie całowali parkiet i ukrywali twarze w dłoniach

Najpierw ręce do góry unieśli David Smith i Erik Shoji. Libero zaczął całować parkiet, Kamil Semeniuk krzyczeć, a Marcin Janusz ukrył twarz w dłoniach. Na boisko wpadł nawet Norbert Huber i jego kule. Jastrzębianom pozostało złapać się za głowy. 

Dla ZAKSY to dziewiąte mistrzostwo Polski w historii klubu i pierwszy od trzech lat. Zemścili się na jastrzębianach za zeszły rok, kiedy pomimo fantastycznego sezonu kędzierzynian, to ich rywal okazał się lepszy po rywalizacji zakończonej w dwóch spotkaniach. 

Przed ZAKSĄ jeszcze jeden cel: wygrana w finale Ligi Mistrzów. Ten zaplanowano na 22 maja w Ljubljanie. Rywalem kędzierzynian będzie tak, jak rok temu włoskie Trentino. I tam już nawet Jastrzębski Węgiel życzy im takiego świętowania i radości, jak po sobotnim meczu finałowym PlusLigi.

Więcej o: