Do igrzysk w Tokio blisko dwa tygodnie. O przygotowaniach polskich siatkarzy opowiada w obszernej rozmowie Jacek Kasprzyk, prezes Polskiego Związku Piłki Siatkowej.
Jacek Kasprzyk: Ja czuję. I większość oddanych fanów też. Wiemy, kiedy mamy spotkać się w Warszawie, w którym hotelu i kiedy jest ślubowanie, o której mamy wylot do Japonii. Najważniejsze rzeczy są spakowane. Pod tym względem byliśmy gotowi od roku.
- Jesteśmy świadomi, że testy będą praktycznie codziennie. Mamy komfort, że cała nasza ekipa od sztabu po zawodników jest zaszczepiona. W Tokio na pewno będą obostrzenia - zakaz opuszczania wioski i korzystania z innego transportu niż przygotowany przez gospodarzy. My jako prezesi związków jesteśmy traktowani jako osoby postronne i nie mieszkamy w wiosce. Lecę do Japonii jako ostatni, pod koniec lipca. Także ze względu na to, że nie można być na arenach dyscyplin innych, niż te nam przypisane. Mam ten komfort, że będę mógł być i na plaży, i w hali, ale nie było tak od razu. Do niedawna było tak, że miałem wybrać tylko jedną gałąź siatkówki. To byłoby trochę chore, gdybym musiał wybrać tylko mecze chłopaków w hali, albo tylko spotkania naszych par na boiskach do plażówki. Na szczęście udało się to załatwić.
- Oczywiście. Kiedyś były spotkania w wiosce, można było poznać się ze sportowcami z innych dyscyplin i to było najfajniejsze. Może jednak musiała być ta pandemia, żebyśmy wrócili z medalem? Żebyśmy się nie rozkojarzali i byli tylko w swojej grupie?
Choć jesteśmy ze sobą już długo. Trzy tygodnie w Rimini i całe szczęście, że teraz dwa tygodnie chłopaki mają z rodzinami. To taka rekompensata za kolejne miesiące, które będą musieli spędzić znowu razem.
- Obowiązki sponsorskie i sesje zdjęciowe, organizatorzy chcą, by zdjęcia były aktualne. Poza tym nie chcemy, żeby funkcjonowali w środowiskach, w których do końca nie są chronieni. Nie wszyscy są przecież zaszczepieni. Chcemy utrzymywać to bezpieczeństwo przy siatkarzach kadry, kiedy tylko się da.
Proszę nie myśleć, że coś się wydarzyło. Jeśli tylko bym się o czymś dowiedział, to od razu dzwonię, mamy bardzo dobry kontakt z Vitalem, Michałem i całą kadrą. Tylko dmuchamy na zimne.
- Słyszałem tylko, że sprawa jest w komisji FIVB. Z przekazu telewizyjnego wynikało, że był to atak N'Gapetha - choćby szarpanie za siatkę. Nie wiem, gdzie tam dokładnie pokazywany był Michał, może był widoczny jeszcze na innych kamerach. Nie mogę nic w tej kwestii powiedzieć, bo nie byłem na miejscu.
Od lat jest tak, że pod siatką zawodnicy próbują wyprowadzić rywala z równowagi. Myślę, że innych emocji tam nie było. Spotkanie z Francją, które kończyło fazę zasadniczą, było pełne adrenaliny, szczególnie dla Francuzów, którzy przegrywając nie byliby w czwórce. Musieli wygrać. My byliśmy w komfortowej sytuacji, bo i tak mieliśmy awans do Final Four.
Według mnie sprawa nie powinna się źle skończyć. Nie wiem, czy Michał dostał żółtą kartkę, widziałem, że na pewno dostał ją N'Gapeth. Nie wszystkie protokoły meczowe z tych rozgrywek do federacji już spłynęły. Tego się dopiero dowiemy.
- Tak jest od zawsze. Przy reprezentacji jestem od 2006 r. Z ćwierćfinałem były problemy już w 2004 r., gdy kadrę prowadził Stanisław Gościniak, a potem w 2008 r. z Raulem Lozano, w 2012 r. w Londynie z Andreą Anastasim i w końcu w 2016 ze Stephanem Antigą. W Pekinie mieliśmy praktycznie wygrany mecz, zadecydowała jedna piłka, którą powinniśmy skończyć, ale się nie udało. W Londynie sami zrobiliśmy sobie problem po niepotrzebnej porażce z Australią i wpadliśmy na Rosję. Przy zwycięstwie mogło być zupełnie inaczej i awansowalibyśmy do półfinałów, a tam może zdarzyć się wszystko.
Teraz mamy ten komfort, że według mnie jesteśmy drużyną kompletną. W kontekście turnieju Wagnera mam nadzieję, że Jurek się nie obrazi (Kasprzyk patrzy w górę), jeśli porównam te dwie drużyny. W tej z lat 70. też było tak, że dowolny zawodnik mógł wejść na boisko i dać nową jakość, pomóc.
- Może być, choć ja nie wierzę w takie rzeczy. To jest sport, zdarzają się sytuacje, gdy ktoś podaje ci coś na talerzu, a ty i tak tego nie wykorzystujesz. Bo ktoś wymyśli sobie, że zamiast mocnej piłki, będzie próbował kończyć atak inaczej. To są ułamki sekund i czasem decyduje ułożenie ręki.
Rozmawiałem przed laty z jednym z trenerów. Pytał: który trener jest lepszy - ten, który ma wiedzę i warsztat, czy ten, który ma sukcesy? I odpowiadał: Najlepszy jest ten, który ma trochę szczęścia. Czasem w siatkówce wszystko zależy od jednej piłki. Albo się jest w niebie, albo się jest w piekle.
- Oczywiście, nie ukrywam tego. Wybory w związku są we wrześniu. Nie chcemy niczego narzucać.
Kończy się kontrakt z Vitalem, który rok temu przedłużyliśmy. Gdyby igrzyska odbyły się zgodnie z planem, to pewnie skończyłby się kontrakt Heynena. Co będzie po igrzyskach? Powiedzieliśmy sobie, że zajmiemy się tym po Tokio. Jeżeli będzie chciał zostać, będzie to możliwe. Natomiast być może będzie zmiana prezesa i zarządu. Nie chcielibyśmy narzucić "naszego" trenera nowemu zarządowi.
- To nie tak. To sytuacja, w której Vital pracuje jeden rok dłużej, niż zakładaliśmy. Często jest też tak, że wypala się nie tylko trener, ale i drużyna przy trenerze. On może nie mieć czego więcej dać drużynie, a my mamy ogromny potencjał, mamy z czego wybierać. To, poza dwoma-trzema zawodnikami, młoda drużyna.
Ja nigdy się nie wtrącałem żadnemu trenerowi w kwestii tego, jak ma prowadzić zespół, czy kto ma w nim być. To nie moje decyzje. To on żyje z drużyną i wie, kto jest potrzebny. Pamiętamy decyzję Stephane'a Antigi z 2014 r., gdy Bartosz Kurek nie pojechał na mistrzostwa świata. Wtedy Antidze wykopano głęboki grób, a nas wrzucano do niego razem z nim. A co się wydarzyło? Na kolejnych mistrzostwach Kurek został MVP i myślę, że dla wszystkich było to dobre.
Myślę, że to najważniejsze: dać trenerowi podejmować decyzje. Potem będziemy go rozliczali.
To nie tak, że chcę uniknąć odpowiedzialności. Mogę wziąć na siebie winę za hotel, jedzenie, czy inną kwestię organizacyjną, której nie dopilnowałem. Ale jeśli chodzi o trenera, to tego nie widzę. Sam byłem zawodnikiem i nigdy nie wtrącałem się w pracę trenera, grałem to, co kazał. Choć na boisku, gdy byłem sam, mogłem już grać po swojemu... Ale mówiąc poważnie, raczej zawsze słuchałem się trenera.
- Na dziś są dwie: Ryszard Czarnecki i Tomasz Paluch. Ja oczywiście oficjalnie mówię: będę kandydował i chciałbym jeszcze poprowadzić związek w kolejnej kadencji, ale wszystko zależy od delegatów i głosów, które oddadzą.
- Nikt Czarneckiemu nie zabroni kandydować, jeśli nie ma wyroku w sprawie. Zdecydują delegaci. Nie mam zamiaru ani popierać, ani ganić ich za wybór, na kogo zagłosują.
Myślę, że ostatnie cztery lata nie były złe dla polskiej siatkówki. Pasmo sukcesów, do tego fakt, że w tym roku jedziemy na dziewięć imprez mistrzowskich w różnych kategoriach - od młodzików i młodziczek, do seniorów i seniorek. A do tego dochodzi także plaża. Tak dobrze nie było od dawna.
- Oczywiście, że tak myślę, ale niech one będą krótkie i łatwe. Przede wszystkim życzę sobie, żeby ludzie siedzieli na trybunach i żeby w trakcie turnieju nic złego się nie wydarzyło.
A skład Memoriału? Braliśmy tych, którzy chcieli przyjechać. Chcieliśmy rozegrać ten turniej, bo wiemy, że możemy się pozytywnie nakręcić zwycięstwem. Po kapitalnym turnieju w Rimini wygrana pomogłaby nam nakręcić się na kolejne sukcesy.