Polska potrzebowała takiego meczu. Mimo że oczy bolały od patrzenia

Słowenia nie jedzie na igrzyska i - trochę żartując - można stwierdzić, że to najlepsza wiadomość po kolejnym meczu z nią polskich siatkarzy. W niedzielę w Rimini przegraliśmy z wicemistrzami Europy 1:3 (22:25, 25:23, 19:25, 23:25) i przekonaliśmy się, że mamy nad czym pracować na dwa miesiące przed olimpijskim turniejem w Tokio.

Po zwycięstwach nad Italią 3:0 i Serbią 3:1 polscy siatkarze byli wyraźni gorsi od Słoweńców. Teraz czekają nas trzy dni przerwy. A później - 3, 4 i 5 czerwca - zagramy z Australią, USA i Rosją.

Zobacz wideo Polscy siatkarze pokazali, jak wyglądają warunki w pokojach hotelowych w czasie Ligi Narodów

sLOVEnia

Takim właśnie ładnym, prostym i skutecznym hasłem Słowenia promuje się na świecie. Tak zapisaną nazwą swojego kraju zachwala jego walory turystyczne. Kraj o wielkości województwa łódzkiego i z liczbą ludności jak w Warszawie jest faktycznie piękny. I usportowiony. A my, ludzie siatkówki, Słowenię powinniśmy kochać za to, że jest. Bo jeśli reprezentacji Polski trzeba trudnych meczów przed igrzyskami w Tokio - a trzeba na pewno - to właśnie Słowenia jak mało kto potrafi nam trudności sprawić.

Wicemistrzowie Europy na kameralny, 12-zespołowy, turniej olimpijski nie awansowali. Kwalifikacje przegrali z Polską. Ale wtedy solidnie nas nastraszyli w dwóch pierwszych setach. Dopiero kapitalne zagrywki Wilfredo Leona w drugim pozwoliły nam przejąć kontrolę i wygrać.

Teraz w Rimini Leon odpoczywał. W sobotę pobił rekord świata, serwując w meczu z Serbią 13 asów! W niedzielę ta jego umiejętność bardzo ułatwiłaby nam sprawę. Ale to dobrze, że nasz największy bombardier pomóc nam nie mógł. Musieliśmy poszukać innego wyjścia z kłopotów. Pierwszego seta przegraliśmy 22:25 właśnie przez różnicę jakości w zagrywce. My w tej partii dokładnie odebraliśmy tylko co dziesiąty serwis rywali! Oni mieli 35 proc. perfekcyjnego przyjęcia. W pozytywnym różnica też była widoczna - 43 do 60 procent. Dlatego my tylko goniliśmy wynik - od 6:11, przez 10:14 i 12:18 do 19:23 - ale dogonić nie umieliśmy.

Zły Bieniek to najlepszy Bieniek!

W drugim secie nasz niezmieniony skład - atakujący Łukasz Kaczmarek, rozgrywający Grzegorz Łomasz, przyjmujący Michał Kubiak i Aleksander Śliwka, środkowi Mateusz Bieniek i Karol Kłos oraz libero Damian Wojtaszek - od razu wyszedł na prowadzenie i trzymał je, grając wyraźnie twardszą siatkówkę niż w pierwszej partii. Ale Słoweńcy nie odpuścili, nawet gdy było 20:16 dla nas. Kilka minut później po kontrze Cebulja zrobiło się 22:23. To było pierwsze prowadzenie Słoweńców w secie!

Wtedy zdenerwował się Bieniek. Naprawdę się zdenerwował. Huknął ze środka, poprawił asem, dorzucił jeszcze jedną świetną zagrywkę i dzięki temu skontrowaliśmy. Koniec. Z 22:23 zrobiło się 25:23.

Bieniek w pierwszym secie skończył 2 z 5 ataków (dorzucił 2 bloki), ale już wtedy nie wstrzymywał ręki, nie bawił się miękkie granie, jakie pokazywali w ataku Kubiak i Śliwka (kiwki. Dużo kiwek. Bardzo dużo kiwek. Całe ich zatrzęsienie!). W drugiej partii to Bieniek najmocniej odpowiadał Słoweńcom na ich twardą siatkówkę. Skończył w nim 5 z 8 ataków. I posłał aż 6 mocnych zagrywek, w tym tego jednego, kluczowego asa.

Na razie wyścig żółwi. Ale pośpiech niewskazany

Z rywalizacji odpadł dwukrotny mistrz świata Dawid Konarski. Poza zasięgiem jest Bartosz Kurek. Liga Narodów w Rimini to czas bezpośredniej rywalizacji Macieja Muzaja i Łukasza Kaczmarka o rolę drugiego atakującego naszej kadry w Tokio.

Muzaj u Vitala Heynena jest bardziej ograny. W 2019 roku pomógł zdobyć brąz mistrzostw Europy. Za to Kaczmarek ma za sobą lepszy sezon. Był jedną z gwiazd Zaksy Kędzierzyn-Koźle, która wygrała Ligę Mistrzów.

Na razie u żadnej z tej dwójki - u Kurka zresztą też - wielkiej formy nie widać. Ale to normalne. Wszyscy są w treningu, wszyscy budują dyspozycję na przełom lipca i sierpnia.

Teraz, w Rimini, Muzaj nie błyszczał w meczu z Włochami, a Kaczmarek grał znacznie słabiej niż potrafi ze Słowenią. Muzaj wchodził na zmiany. I nie pomagał.

Trzeciego seta przegraliśmy 19:25, a nasi atakujący do spółki skończyli 2 z 9 piłek (2/6 Kaczmarek i 0/3 Muzaj). W sumie po trzech setach Kaczmarek miał zapis 8/24, a Muzaj 0/3. To są liczby zupełnie nieolimpijskie. Ale do igrzysk jeszcze naprawdę daleko. I ma rację trener Heynen, kiedy mówi, że martwiłby się, gdyby teraz jego ludzie pokazywali zbyt wysoką formę.

Kubiak zardzewiały. I to też nie problem

Ze Słowenią mniej lub bardziej męczyli się wszyscy nasi siatkarze. Bardzo atakujący, ale kto wie czy nie najbardziej Michał Kubiak. Kapitan przyjmował jak trzeba co trzecią piłkę i mniej więcej co trzecią piłkę kończył w ataku. Nie brylował w zagrywce ani w obronie. Nie żył meczem jak potrafi.

Ale - znów to trzeba podkreślić - przyjdzie na to czas. Heynen zapowiadał przed startem Ligi Narodów, że Kubiak i inni kandydaci do gry w Tokio w Rimini do porządnego grania mają być gotowi pod koniec turnieju. A przecież w niedzielę graliśmy dopiero trzeci z 15 albo 17 meczów (17 będzie ich, jeśli znajdziemy się w gronie czterech drużyn walczących o medale).

Podsumowując: na tle niewygodnej dla nas Słowenii zobaczyliśmy, że naprawdę mamy jeszcze nad czym pracować. Takie mecze są bardzo potrzebne. Bardzo dobrze, że Heynen grał go konsekwentnie. Że ważniejszego dla niego było to, żeby wybrani ludzie sprawdzili się w trudnej sytuacji. Tu i teraz chodzi o wygrywanie, bo o nie w sporcie zawsze chodzi. Ale tu i teraz chodzi przede wszystkim o coś jeszcze ważniejszego - o budowanie ekipy na wygrywanie za dwa miesiące. Wszystkiego.