Słowa, które krzyczy na meczach, znalazły się na koszulkach Zaksy na finał LM. "Kilka hasełek na Weronę mam już gotowe"

Jakub Balcerski
Współpracował z lekkoatletami, Justyną Kowalczyk, siatkarzami reprezentacji Polski, a od dziesięciu lat jest fizjoterapeutą Grupy Azoty Zaksy Kędzierzyn-Koźle. Paweł Brandt stał się symbolem sukcesu polskiej drużyny, a wszystko przez słowa "Łykamy to i jedziemy dalej!", które wykrzykuje podczas meczów. Teraz znalazły się nawet na koszulkach Zaksy przygotowanych na finał Ligi Mistrzów w Weronie. - A kilka kolejnych hasełek mam już gotowe - śmieje się Brandt w rozmowie ze Sport.pl.

Jakub Balcerski: Mija panu dziesiąta rocznica rozpoczęcia pracy w klubie, a sezon do świętowania niezwykły. Pandemiczny, ale dla was wyjątkowy przez sukcesy, zwłaszcza wygrane w Lidze Mistrzów.

Paweł Brandt: Okrągła rocznica się przytrafiła. Prawdę mówiąc, to już kilka lat z rzędu walczymy o najważniejsze trofea, więc to już chwilę trwa. Ale sytuacja z Covidem na pewno mocno utrudniała i w dalszym ciągu utrudnia życie. Wciąż musimy się mieć na baczności. Gdy pojawiły się zakażenia w naszej drużynie, sporo frustracji wywoływało choćby to, że nie każdy zawodnik mógł szybko wrócić do treningów. Później problemem stał się niesamowicie napięty kalendarz spotkań. W pewnym okresie wszyscy z klubu byli chyba gośćmi w swoich domach. Nie pamiętam tak długiego i wyczerpującego sezonu. Nie czas, żeby narzekać na trudy, bo przed nami jeszcze najważniejszy mecz, czyli finał Ligi Mistrzów, ale prawda jest taka, że on nam bardzo dodaje energii. Czujemy, że jesteśmy zmęczeni i to pewnie także jeden z powodów, które wpłynęły na to, że nie zdobyliśmy mistrzostwa Polski. 

Zobacz wideo Polscy siatkarze szczepili się przeciwko COVID-19. "To bardzo ważne, że możemy się zaszczepić przed igrzyskami"

Wiele osób twierdzi, że na ten sezon Zaksa wreszcie poukładała się jako drużyna. Stanowiliście najlepszy zespół od lat - najbardziej zgrany i potrafiący to przełożyć na boisko. Pan jest na tyle długo w klubie, że pewnie może to ocenić: to faktycznie najbardziej scalona grupa?

Mamy kilku zawodników, którzy są z nami już parę lat i stanowią trzon zespołu. Wokół nich kręcą się pozostali zawodnicy, którzy z kolei są co jakiś czas wymieniani. Zgadzam się, zawodnicy są ze sobą bardzo zżyci, zresztą podobnie jak sztab. Relacje są bardzo dobre i sukcesy tylko napędzały Zaksę. Problemem innych zespołów często jest motywacja do treningu, a tutaj każdy wygrany mecz powodował, że chłopaki się nakręcali i chcieli tylko więcej. Pokonywaliśmy jeden mocny zespół? Dobra, ale zaraz był kolejny. Z dnia na dzień staraliśmy się być mocniejsi i to się udawało. Chyba najważniejsze w tym zespole jest to, że nie trzeba nikogo motywować do pracy. 

Który moment w pana pracy jako fizjoterapeuty był najgorszy w tym sezonie? Na myśl przychodzi choćby kontuzja Pawła Zatorskiego, która wykluczyła go z półfinału z PGE Skrą i utrudniła końcówkę PlusLigi.

Każdy z zawodników ma swoje większe lub mniejsze problemy, ale staramy się tym nie chwalić publicznie. Spędzamy długie godziny w gabinecie, żeby doprowadzić chłopaków do porządku, i żeby mogli zagrać w kolejnym meczu, często zdarza się, że pauzują w tygodniu na treningach. Szykujemy ich tylko na mecz, półtorej godziny gry, a potem wracają do pracy z nami. Osoby, które śledzą PlusLigę, oglądają spotkania, ale nie wiedzą, jak przebiegają przygotowania i wszystko wokół kolejek ligowych. Problem Pawła Zatorskiego był poważny, ale jako najtrudniejszy okres wskazałbym ten, gdy byliśmy po zakażeniach koronawirusem. Końcówkę listopada, grudzień i styczeń mieliśmy wycięte z życiorysu. Włożyliśmy dużo ciężkiej pracy z chłopakami w to, żeby nie mieć szczęścia do braku kontuzji, tylko wypracować to, żeby nas omijały. Świetne było też przygotowanie zawodników sprzed sezonu, które dało bazę pozwalającą na dokończenie rozgrywek w zdrowiu. Pierwszy raz w historii mieliśmy od początku przygotowań do sezonu cały zespół na treningach. Wcześniej normalnie rozgrywano mecze reprezentacji i mieliśmy po siedmiu zawodników. I jak tu prowadzić treningi, jak oni dołączą do drużyny tuż przed startem ligi? Jednak tym razem mogliśmy przepracować razem długi okres przed ligą i to na pewno nam pomogło. 

Kraków, turniej finałowy Pucharu Polski. Mecz ZAKSA Kędzierzyn-Koźle - Jastrzębski WęgielNajwiększa broń Zaksy i nowy as Heynena. "Ma wszystko, żeby być wśród najlepszych na świecie"

Pojawiały się momenty przy tych najważniejszych dotychczasowych meczach Ligi Mistrzów, gdy Nikola Grbić mógł mieć wątpliwości co do tego, czy będzie miał do dyspozycji każdego zawodnika?

Wypadł nam Piotr Łukasik w związku z urazem kolana, poza Pawłem Zatorskim zdarzało się, że problemy z dłonią po jakimś mocnym odbiciu miał Łukasz Kaczmarek. Nie mógł tak samo atakować, blokować, czy zagrywać, musiał się ograniczać. Po wygranym meczu z Lube był bliski zejścia z boiska, ale adrenalina podczas spotkania powodowała, że aż tak nie czuł tego bólu i mógł to wytrzymać. Dosyć mocno cierpiał. Wydaje się, że są nie do zdarcia, a potem zdejmują tejpy i nakolanniki, a my w trójkę z Bartkiem Hołobutem i stażystą Olafem Gołąbkiem pomagamy im dojść do siebie.

Koronawirus odkrył też w panu głośnego kibica i świetnego motywatora. Słowa "Łykamy to i jedziemy dalej!" bez hałasu kibiców były świetnie słyszalne na hali i stały się symbolem sukcesów Zaksy. Teraz są nawet na koszulkach przygotowanych na finał Ligi Mistrzów w Weronie.

Wcześniej też krzyczałem na meczach, ale kibice nieco to zagłuszali. Nie czuję się zatem, żebym robił coś nowego, bo zawsze staram się wspierać nasz zespół. Przez to natężenie meczów, o którym wspominałem, często pojawia się spore zmęczenie psychiczne, które później może spowodować choćby stratę punktów w meczu, który się nie układa. W takich kryzysowych sytuacjach, gdy trzeba coś odrobić, albo po prostu wywrzeć trochę presji na drużynie rywali, to wtedy ja muszę trochę pokrzyczeć na nas albo drużynę przeciwną. 

Pojawiają się reakcje albo odpowiedzi od rywali?

Pewnie, że tak. Znamy się z wieloma zawodnikami już od lat, przykładowo ze zgrupowań kadry, więc oni wiedzą, co i jak robię. Jednocześnie nigdy nie przekraczam granicy moralnej. Nie chcę obrażać przeciwników. Czasem są jakieś zaczepki, ale są pewne limity, żeby po meczu móc do siebie podejść, przybić piątkę i nawet się wspólnie pośmiać z tych sytuacji. Jeśli rywale reagują na to, co krzyczę, to ja się wtedy bardzo cieszę. To oznacza, że skupiają uwagę na mnie, a nie na naszej drużynie i o to w tym chodzi. 

Teraz trzeba było "przełknąć to i pojechać dalej", gdy przegraliście w finale mistrzostw Polski z Jastrzębiem. Wydaje się panu, że zawodnikom udało się przetrawić tę porażkę?

Teraz już tak, ale każdy z nas miał takiego kaca moralnego dwa-trzy dni po meczu, który dał Jastrzębskiemu tytuł. Usiedliśmy sobie wszyscy, pogadaliśmy i stwierdziliśmy, że to przecież nie jest koniec i mamy przed sobą do zdobycia równie arcyważne trofeum. Nie da się tego z dnia na dzień zapomnieć, zwłaszcza że było się liderem tabeli przez wiele miesięcy, a o złocie dla rywali zadecydowały dwa tygodnie. Bardzo bolało, nawet do tej pory boli i pojawia się sportowa złość, że nie udało się tego wygrać. Ciężko pracowaliśmy na to, żeby być najlepszym zespołem w Polsce i jak nam trochę paliwa zabrakło, to pojawia się żal. Z drugiej strony nie czuję się przegranym, choć smutek pozostaje. Musimy właśnie "przełknąć" tę gorycz i "jechać dalej".

Pozostaje wam do wygrania finał Ligi Mistrzów. Traktujecie tę porażkę w PlusLidze jako coś, co zadziała odświeżająco?

Siłą naszego zespołu było to, że nigdy nie spuszczaliśmy głów i zawsze staraliśmy się wywierać presję na przeciwniku. Cały czas napieraliśmy na rywali i teraz w Weronie będzie tak samo. Gdy mieliśmy ważne mecze w Lidze Mistrzów i przegrywaliśmy jeden lub dwa sety dość wysoko, to wydawało się, że nie ma już szans tego odwrócić. Po zawodach? Nie, właśnie nie! Wygrywaliśmy kolejne trzy sety i to my byliśmy lepsi. Wystarczy dobre przyjęcie, obrona, blok, czy cokolwiek, co wywoła impuls i sprawi, że jesteśmy znów w grze.

Od kilku dni szykujemy się już w pełni do meczu z Trentino, a oni są zresztą chyba w jeszcze gorszej sytuacji niż my. Awansowali do finału Ligi Mistrzów, a na swoim podwórku skończyli zmagania na poziomie półfinału. Od praktycznie trzech tygodni są bez rozegranego oficjalnego meczu. My jesteśmy jeszcze trochę w rytmie meczowym, zachowaliśmy go i to jest też nasza siła przed sobotnim spotkaniem. Zmiana otoczenia i rozegranie meczu na neutralnym gruncie też może trochę nam pomóc, bo przez większość sezonu bardzo dobrze szło nam granie na wyjazdach. Mam swoją teorię, że nasze ciało zawsze działa na zasadzie nawyków. A na wyjeździe mamy swoją rutynę: wstajemy o określonej godzinie, jemy śniadanie, mamy rozruch, potem odprawę i obiad, odpoczynek, a następnie zbieramy się na mecz. Ten reżim powoduje, że wchodzimy w taką swoją strefę komfortu i to nas przyzwyczaja do tego, że za chwilę zaczyna się poważne granie. Programuje nas do myślenia, że będzie walka, bo w domu jest jednak aż za wiele czynników, które mogłyby nas rozproszyć.

Kraków, turniej finałowy Pucharu Polski. Mecz ZAKSA Kędzierzyn-Koźle - Jastrzębski WęgielZaksa gra historyczny finał Ligi Mistrzów. Polska czeka 43 lata! Gdzie i o której obejrzeć? [Transmisja TV, stream]

Finał w Weronie to także jeden z najważniejszych momentów w pana karierze, choć pracował pan już z Justyną Kowalczyk, lekkoatletami, czy kadrą siatkarzy.

To było swego rodzaju marzeniem już od dłuższego czasu. Dwa razy byliśmy w Final Four i nie udało się zdobyć nawet medalu, a teraz gramy w finale, medal mamy zapewniony i nie jesteśmy bez szans na zwycięstwo. To dla mnie ogromne wydarzenie, zwłaszcza że w całym sezonie występowaliśmy w roli Kopciuszka. Byliśmy takim Dawidem, który miał się nie dać Goliatom. Musieliśmy udowodnić swoją siłę i wartość, żeby wyrzucić dwa tak świetne zespoły, jak Cucine Lube Civitanova i Zenit Kazań, ale się udało. To najtrudniejsza możliwa ścieżka, żeby dotrzeć do finału. Oni wygrywali już medale Ligi Mistrzów, czy klubowych mistrzostw świata, a u nas niemal każdy po raz pierwszy walczył o tak wysokie cele ze swoją drużyną. Bardzo doceniam to, że w momencie, kiedy nikt na nas nie stawiał, udowodniliśmy, że jesteśmy mocni jako zespół. Zresztą Trentino też ma w tym swój spory atut i dobrze, że możemy tak powiedzieć: w sobotę zmierzą się ze sobą dwa najlepsze zespoły w Europie.

W jednej z rozmów mówił pan, że porównując choćby pana pracę z Justyną i tę z siatkarzami, to z Justyną jest trudniej. Wciąż pan tak uważa?

Tak, to dlatego, że w sportach indywidualnych nie ma zawodnika z ławki rezerwowych. Jest jeden sportowiec, który w przypadku kontuzji nie zostanie przez nikogo zastąpiony. Tak jak w przypadku Justyny Kowalczyk, gdyby przytrafiła jej się kontuzja w trakcie igrzysk, to kończą się jej szanse na medal. Porównując z takim przypadkiem sytuację z 2014 roku, gdy Michał Winiarski miał bóle pleców w trakcie dwóch-trzech ważnych spotkań mistrzostw świata, wszedł za niego Michał Kubiak. I tu jest ta różnica: w sportach zespołowych można liczyć na zastępstwo i, że jeśli ktoś ma problem albo gorszy dzień, to ta druga osoba wejdzie i pociągnie zespół. Dla sportowców rywalizujących indywidualnie to nawet nie musi być kontuzja, to może być zwykła infekcja, czy jak teraz zakażenie. Cztery lata pracuje się na swój wynik na igrzyskach i na dwa dni przed startem leży się z gorączką. W sportach wytrzymałościowych nie ma już szans, żeby tak osłabiona zawodniczka zdobyła medal.

Hit transferowy w PlusLidze! Najlepszy atakujący ME 2019 porzucił włoską Serie AHit transferowy w PlusLidze! Najlepszy atakujący ME 2019 porzucił włoską Serie A

Z kim się panu współpracowało najciekawiej z grona: Justyna Kowalczyk, Vital Heynen, Nikola Grbić?

(śmiech) Cieszę się, że będąc tyle lat w sporcie, poznałem tyle wielkich osobowości. Każdy jest inny. Jeden wyznacznik cechował wszystkie te osoby: grzeczni chłopcy i grzeczne dziewczynki nie zdobywają medali. Tylko osoby z charakterem mogą liczyć, że będą zdobywać w swojej karierze wielkie trofea. Ta zasada potwierdza się w każdym sporcie. Lekkoatleci, biegacze narciarscy i siatkarze wychowują się na silnych charakterach, to samo tyczy się trenerów. Osoby z charyzmą, które potrafią poprowadzić swój zespół pociągną za sobą resztę. To samo cechowało trenera Aleksandra Wierietielnego, Nikolę Grbicia, Ferdinando de Giorgiego, czy Vitala Heynena. Wspólny mianownik jest taki sam wszystkich, choć każdy wpisuje się w to w swój własny, nieco inny sposób. 

Co prawda graliście już z włoskim zespołem - Lube w ćwierćfinale, więc może pan mieć to opanowane, ale muszę zapytać: jak jest "Łykamy to i jedziemy dalej" po włosku?

Ha, nie tłumaczyłem sobie tego na włoski, ale parę hasełek na Weronę mam już gotowe. Także szykujcie się na mecz i wspieranie naszych zawodników!