ZAKSA w finale Ligi Mistrzów! Takiego horroru jeszcze nie było! Historyczny sukces

Jakub Balcerski
Historyczny sukces ZAKSY Kędzierzyn-Koźle po nieprawdopodobnym horrorze w półfinale Ligi Mistrzów! Zenit Kazań najpierw obronił pięć piłek meczowych w czwartym secie, potem dwie w tie-breaku i wygrał rewanżowe spotkanie 3:2 (17:25, 25:16, 25:21, 28:30, 18:20), ale o wszystkim zadecydował złoty set, który ZAKSA wygrała 15:13! Tym samym pojedzie do Werony walczyć o drugi polski triumf w najważniejszym europejskim turnieju.

ZAKSA miała nie być jak rok temu, gdy przegrała w rewanżu ćwierćfinału Ligi Mistrzów z Kuzbassem Kemerowo i odpadła z rozgrywek. Miała nie być jak PGE Skra Bełchatów sprzed pięciu lat, która też wygrała z Zenitem 3:2 w Kazaniu, ale potem w Łodzi przegrała w trzech setach i pożegnała się z marzeniami o wygranej w Lidze Mistrzów. ZAKSA 2021 tych błędów nie popełniła. Pokazała grę na spektakularnym poziomie. Stworzyła sobie szansę, jakiej polski zespół dawno nie miał, i wykorzystała ją. Zrobiła to w wyjątkowy sposób. 

Zobacz wideo Interaktywny Quiz Sport.pl - odc.1

Początek jak z najgorszego scenariusza. ZAKSA nie była sobą

Przed meczem wszyscy najbardziej drżeli o jego początek. Biorąc pod uwagę, że w pierwszym meczu z Zenitem przebudzenie zajęło ZAKSIE blisko dwa i pół seta, a w niedzielę przeciwko Ślepskowi Suwałki kędzierzynianie przegrali pierwszego seta, eksperci zadawali sobie pytanie nie o to, jak Polacy wejdą w mecz, a kiedy przejdą do swojej optymalnej gry. I początek pierwszej partii faktycznie obfitował w spore problemy zespołu Nikoli Grbicia. 

ZAKSA najpierw dała Zenitowi zbudować trzypunktową przewagę (6:9), a potem pomimo chwili lepszej gry kędzierzynian, zespół Władimira Alekny znów im odjechał, ale tym razem już na sześć punktów (8:14). Nikola Grbić zareagował prośbą o czas dla swojej drużyny, ale po powrocie na boisko wciąż widać było różnicę jakości pomiędzy ZAKSĄ a Zenitem - zwłaszcza w bloku (pięć punktów blokiem Zenita i zero ZAKSY na koniec seta) i atakach z wysokiej piłki. Polacy nie bronili i nie wypracowywali sobie sytuacji, w których mogliby mieć przewagę na siatce. Byli ospali i statyczni, na co z coraz większym zdenerwowaniem patrzył Grbić.

O wiele lepiej od prawego funkcjonowało lewe skrzydło, na którym punktowali Kamil Semeniuk i Aleksander Śliwka, ale to wciąż nie był styl, w którym ZAKSA mogłaby odrobić straty z początku seta. Polacy nie byli jednak sobą na boisku. Zmiany na rozegraniu i w ataku - Bartłomiej Kluth i Rafał Prokopczuk - dały kilka punktów (14:21), później nabijał je jeszcze Kamil Semeniuk (16:22), ale Zenit w kolejnych akcjach byłniemalże  nie do zatrzymania. Wrażenie zrobił zwłaszcza as serwisowy Aleksandera Butki, którym Zenit zyskał aż osiem piłek setowych. Wykorzystał drugą z nich, choć punkt zyskali dzięki niecelnemu atakowi Davida Smitha z przechodzącej piłki. Było 25:17 i 1:0 w setach dla Zenita. Ale na tym realizacja najgorszego scenariusza miała się zakończyć.

Przebudzenie ZAKSY. Alekno mógł tylko wymownie patrzeć na swoich zawodników

- Stoimy jak p***y! Panowie, grajmy! - krzyczał do swoich kolegów jeden z siatkarzy ZAKSY po pierwszym secie. Już pierwsza akcja pokazała, że może kędzierzynianie potrzebowali takiego uderzenia w twarz, jakim na pewno była dla nich przegrana pierwsza partia. Pojedynczy blok Łukasza Kaczmarka dał Polakom prowadzenie, a atakujący ciesząc się z punktu, zbił piątkę z trenerem Nikolą Grbiciem. ZAKSA zaatakowała Zenit mocną zagrywką i w wyniku pojawiły się tego skutki - trzypunktowe prowadzenie przy stanie 6:3. Rosjanie popełniali też dużo własnych błędów w ataku, ich pewność siebie na boisku mocno spadła.

Nie trafiał nawet wielki Earvin N'Gapeth (10:6), a Władimir Alekno coraz częściej wymownie patrzył na swoich zawodników, oczekiwał o wiele stabilniejszej gry. Choć jak Francuz już przebił się przez blok kędzierzynian (11:8) to próbował tym atakiem i swoją reakcją napędzić do lepszej gry całą drużynę. A ZAKSA przebudziła się na dobre - nie dość, że w końcu trzymała przyjęcie, to potrafiła wykorzystywać swoje okazje. Atak za atakiem w boisko kierował Kamil Semeniuk (15:9), a grający w Zenicie Bartosz Bednorz, który w pierwszym secie zagrał na 80-procentowej skuteczności w ataku, nie potrafił wrócić na ten sam poziom.

"Nie pozwolę, by ktoś, kto wypisuje bzdury, próbował mnie upokorzyć". Bartosz Bednorz zły

Do tego dołożyli także świetną zagrywkę (as Smitha na 19:11), a Alekno zdecydował się aż zdjąć kompletnie nieradzącego sobie na boisku Bednorza. Pojawiała się także świetna gra w obronie i ataki, którymi blok Zenita był zupełnie gubiony. To dało im przewagę dziewięciu punktów przy stanie 22:13. Od tego momentu zespół Alekny zdobył już tylko trzy punkty, a ZAKSA skończyła seta z wynikiem 25:16. I wróciła do gry na dobre.

Brandt krzyczał, a ZAKSA zrozumiała. "Łykamy to i jedziemy dalej!"

Teraz to ZAKSA miała wyraźną przewagę, a Zenit wyglądał na zagubiony. "Łykamy to i jedziemy dalej!" - niosły się po hali słowa członka sztabu Nikoli Grbicia, Pawła Brandta, który przez cały sezon w taki sposób wspiera zawodników ZAKSY. I chyba przed trzecim setem nastąpił moment, kiedy wielu w te słowa mogło uwierzyć. Po kolejnych zagraniach odliczał, a potem jeszcze głośniej wykrzykiwał radosne "Tak jest!". Bo kędzierzynianie posyłali coraz więcej piłek, które były poza zasięgiem blokujących i broniących graczy z Kazania. Choć pojawił się moment, w którym musieli powstrzymać nerwy. 

Po wymianie, która dała im prowadzenie 12:9 o challenge poprosił Władimir Alekno, który twierdził, że piłka po ataku kędzierzynian wyszła na aut. Powtórka użyta przy weryfikacji wskazywała, że piłka była styczna z linią boiska, ale sędziowie zdecydowali inaczej i przyznali rację Aleknie. A kędzierzynianie zrobili coś koniecznego w takiej sytuacji: po chwili kłótni z arbitrami, wyciszyli się, Łukasz Kaczmarek zawołał "dawać panowie" i po chwili przewaga ZAKSY wzrosła do aż siedmiu punktów (16:9).

Po chwili prowadzenie spadło jednak do zaledwie trzech punktów, a u gospodarzy widać było mały kryzys. Zenit podbijał ataki, uczył się z czasem tego, jak chce grać ZAKSA. Ale to zawodnicy Grbicia ostatecznie wynieśli z tej lekcji więcej. Zyskali pięć piłek setowych i wykorzystali trzecią - Kamil Semeniuk zamknął seta przy wyniku 25:21 i kędzierzynianie wyszli na prowadzenie 2:1 w całym meczu. 

Siatkarze GKS-u Katowice zdołali urwać tylko jednego seta faworytowi z Kędzierzyna Koźla.
Do końca rundy zasadniczej pozostały trzy mecze, w których GKS musiał szukać zwycięstw i punktów, by myśleć o historycznym awansie do fazy play-off. Pierwszym przystankiem na drodze do tego rezultatu był lider PlusLigi Grupa Azoty ZAKSA Kędzierzyn-Koźle, pewna pierwszego miejsca po pierwszej fazie rozgrywek. Zespół Nikoli Grbicia stracił w Katowicach tylko jednego seta. 
GKS Katowice - Grupa Azoty ZAKSA Kędzierzyn-Koźle 1:3 (20:25, 19:25, 25:19, 23:25)
Semeniuk jak Świderski? "Bardzo przeżywał to, co zrobił źle". Nowa gwiazda da Zaksie finał Ligi Mistrzów?

Nie dawali się złamać. Aż przyszło do nerwowej końcówki

Co czuje się w momencie, gdy jest się o seta od finału Ligi Mistrzów? Spokój i pełną motywację, której brakowało tylko w pierwszym secie. Potem zawodnicy ZAKSY wzajemnie napędzali się do coraz lepszej gry, a gdy było tego trzeba odpuszczali i dawali sobie chwilę ciszy. Tak jak przy zmianie stron przed czwartą partią, gdy powiedzieli sobie tylko kilka zdań. Potem skoncentrowani ruszyli dokończyć najpiękniejsze dzieło ostatnich lat w polskiej sitakówce - zapewnić sobie awans do finału LM. 

Gdy patrzy się na ataki takie, jak uderzenie w narożnik boiska Łukasza Kaczmarka na 4:3, czy jego obicie bloku na 6:4, to nietrudno o uśmiech. Bo mimo że ten mecz był wojną, niesamowitym pojedynkiem dwóch drużyn w świetnej formie i na wysokim poziomie, to niezwykłe, z jaką łatwością w takich sytuacjach Polacy ogrywali zespół Alekny. Czwarty set był tym najbardziej zaciętym, ale też tym, w którym Zenit upatrzył sobie szansę do zyskania mentalnej przewagi nad ZAKSĄ. Co chwilę starali się ich prowokować i wybijać z rytmu, ale emocje tonowali Kaczmarek i rozgrywający, Benjamin Toniutti. I Polacy nie dali się wtedy złamać, ale w powietrzu wisiał powrót Zenita do walki o wygraną i awans do finału. Było aż za spokojnie.

Do stanu 13:13 żaden z zespołów nie prowadził większą liczbą punktów niż dwoma. Ale to w tamtym momencie ZAKSA zdobyła trzy punkty z rzędu i postanowiła dłużej utrzymać się przed Zenitem. Polacy przyjmowali, bronili i wciskali piłki Rosjanom w niezwykłym stylu. Drużyna Alekny była już bliska prowadzenia, gdy doszła do stanu 20:21, ale wtedy przerwę wziął Nikola Grbić. Pierwszej zagrywki ZAKSA nie przyjęła (21:21). Potem na krótko wyszła na prowadzenia, ale Zenit znów ją dogonił i zapowiadało się na bardzo nerwową końcówkę meczu.

Pięć niewykorzystanych piłek meczowych ZAKSY. Jedna wykorzystana piłka setowa Zenita

Blok w kolejnej akcji dał jednak ZAKSIE pierwszą piłkę meczową (24:23), ale w odpowiedzi dostała blok doprowadzający do wyrównania. Chwilę później Maksim Michajłow pomylił się na zagrywce, ale i tej szansy ZAKSA nie była w stanie wykorzystać - N'Gapeth aż odciągnął libero Gołubiewa od obrony piłki, która po bloku poleciała daleko w aut. Trzecia piłka meczowa? Wybroniona przez atak N'Gapetha. Nadeszła czwarta po świetnej kontrze Polaków (27:26), ale jej nie pozwolił zamienić na wygraną Michajłow, który znalazł dziurę w bloku kędzierzynian.

Co dalej? Piąta, choć Władimir Alekno doprosił się sprawdzenia akcji, która ją dała. Tym trener Rosjan nic nie osiągnął, ale już kolejnym atakiem Zenit obronił kolejny meczbol. Chwilę później trafiony zagrywką został Paweł Zatorski i piłkę setową miał zespół z Kazania. Ale oni tę jedyną szansę wykorzystali.

ZAKSA pomimo pięciu meczboli nie zakończyła meczu, a Zenit dzięki jednemu setbolowi wygrał 30:28 i doprowadził do tie-breaka. Trudno było to pojąć, ale tak ułożył się mecz, który jeszcze kilkanaście minut temu wydawał się być pod kontrolą kędzierzynian. Dwa wygrane sety dawały im jednak pewną przewagę - Zenit nawet przy wygranym piątym secie musiałby jeszcze wygrać złoty set.

ZAKSA przegrała mecz, ale nie straciła szans na awans. Zenit lepiej wytrzymał nerwówkę

I tak jak to Zenit podbijał kluczowe piłki, bronił i przeciskał się przez bloki stawiane przez gospodarzy w końcówce czwartego seta, tak początek tie-breaka należał do ZAKSY. Zmiana stron następowała przy wyniku 8:6 po dobrej grze drużyny Grbicia. Zenit wyrównał, ale różnicę swoimi atakami chwilę później znów robili Semeniuk i Kaczmarek. Po chwili z dwoma świetnymi uderzeniami dołączył do nich Aleksander Śliwka (na 11:9 i 12:10). Wróciła gra ZAKSY, którą trudno było złamać.

I się nie udało, bo Zenit wyrównał na 13:13, ale drużyna Grbicia nic sobie z tego nie zrobiła i zyskała szósty meczbol atakiem z lewego skrzydła. Niestety, kolejny niewykorzystany. Fiedor Woronkow chwilę później załadował piłkę w siatkę i aż można było pomyśleć: a może to ta szczęśliwa siódemka? Alekno poprosił o czas, zawodnicy wrócili na boisko i zagrali najlepszą akcję meczu. Najbardziej dramatyczną, z wielkimi obronami, podbiciami, o których nikt by nie pomyślał, ale także z zerwanym atakiem Kamila Semeniuka. Challenge nic nie dał, decyzja o punkcie dla rywali została podtrzymana i było 15:15.

Bartosz Kurek i Michał KubiakBartosz Kurek zniszczył system! Co za rekord! Tylu punktów nie zdobył żaden Polak

Chwilę później Zenit wywalczył sobie pierwszego meczbola, ale wygranie seta z głowy wybił im na chwilę skutecznym obiciem o blok Kaczmarek (16:16). Dostał jednak klasową odpowiedź po precyzyjnym ataku N'Gapetha, który dał Zenitowi drugą piłkę meczową. W kolejnej akcji Francuz sam sobie odebrał szansę na wygraną, trafiając w aut bez bloku. Teraz liczyliśmy już niewykorzystane meczbole Zenita i po chwili można było dojść do czterech. Tylko, że na tylu się skończyło, bo Zenit lepiej wytrzymał tę nerwówkę. Piąta piłka meczowa dała Rosjanom wygraną w piątym secie 20:18 i całym meczu 3:2. Nie dała im jednak najważniejszego, czyli awansu, a tylko szansę na jego wywalczenie.

ZAKSA wygrała dogrywkę dogrywek i osiągnęła historyczny sukces!

Złoty set - być może trudno w to uwierzyć, ale jedenasta partia w trakcie dwumeczu o finał Ligi Mistrzów pomiędzy ZAKSĄ a Zenitem - musiał być dla kędzierzynian odrębnym spotkaniem, jeśli myśleli o wejściu do finału w Weronie. I zaczęło się, jakby nic przed tym jednym setem nie było - 4:4. Ale po chwili to ZAKSA zaczęła zyskiwać przewagę. Zdobyła trzy punkty z rzędu i zmusiła Władimira Aleknę do poproszenia o czas. Ten nie wybił jednak Polaków z rytmu - zmiana stron następowała przy prowadzeniu 8:4 dla ZAKSY. 

Do gry wróciła tak samo mocna, jak przed przerwą. Jakby inna niż wcześniej, gdy przegrywała z Zenitem pokazującym swoją wielkość. Rosjanie nie potrafili zdobywać punktów seriami i ZAKSA zbliżała się do końca seta. Świetnie funkcjonowała obrona i blok, co sprawiło, że zawodnikom Grbicia łatwiej było zbliżyć się do wygranej - prowadzili 11:7. Potem set zamienił się w wymianę ciosów, ale wciąż z przodu była ZAKSA. Zenit zablokował jednak atak Polaków i zbliżył się do nich na dwa punkty (12:10), na co Nikola Grbić musiał zareagować prośbą o czas. Świetną passę Rosjan przerwał nieudany serwis N'Gapetha (13:11), po którym o przerwę dla swoich zawodników prosił Alekno. Zenit odetchnął i zdobył punkt na 13:12, ale nieudana zagrywka Zemczenoka nie pozwoliła im odskoczyć. ZAKSA miała dwie piłki na awans do finału Ligi Mistrzów. 

Pierwszej tradycyjnie w tym meczu nie wykorzystała, bo Zenit przebił się przez ich blok na lewym skrzydle. O czas poprosił Grbić. Po nim Michajłow trafił w Zatorskiego, piłkę na lewy atak dostał Aleksander Śliwka i po prostu trafił w boisko! To się wydaje tak skomplikowane po tych wszystkich niewykorzystanych meczbolach i piłkach, które ZAKSA zmarnowała. Ale wygrała złotego seta 15:13 i awansowała do finału Ligi Mistrzów!

To był horror, ale taki, który po latach wspomina się ze łzami w oczach. ZAKSA osiągnęła coś wielkiego dla całej polskiej siatkówki. To pierwszy finał tych rozgrywek w historii klubu, a także piąty, w którym zagra polska drużyna. Jednocześnie ZAKSA zakończyła pewną erę dla wielkiego Zenitu Kazań - po sezonie z klubu odejdzie trener Władimir Alekno, który chciał, żeby jego drużyna na sam koniec jego kadencji wróciła jeszcze do formy z czasów, gdy wygrywała Ligę Mistrzów pięciokrotnie. Chwilami ten zespół wchodził na kosmiczny poziom, ale trafił na ZAKSĘ, której nie można było zatrzymać. I to ona zagra o swój pierwszy tak wielki sukces!

Więcej o: