Semeniuk jak Świderski? "Bardzo przeżywał to, co zrobił źle". Nowa gwiazda da Zaksie finał Ligi Mistrzów?

- Mogę powiedzieć, jaki wtedy mieliśmy budżet: milion dolarów - Waldemar Wspaniały wspomina, jak w roli trenera Mostostalu Kędzierzyn-Koźle walczył o medale Ligi Mistrzów. Teraz Zaksa może zdobyć Puchar Europy jako drugi polski klub. - Epokę temu to było, już 43 lata minęły - wspomina były siatkarz Płomienia Milowice. Rewanż Zaksa - Zenit w półinale LM w środę o 18. Relacja na żywo na Sport.pl

W czwartek w Kazaniu Zaksa wygrała z Zenitem 3:2. To niespodzianka, zwłaszcza biorąc pod uwagę przebieg spotkania. Rosjanie prowadzili 2:0 w setach i w trzeciej partii mieli pięć piłek meczowych. - Teraz każdy człowiek z Zaksy, każdy siatkarz i każdy pracownik sztabu, musi zapomnieć, że to się wydarzyło. Trzeba wygrać jeszcze jeden mecz. Możliwe, że nawet trudniejszy od pierwszego - mówi Wspaniały.

Zaksa rzeczywiście potrzebuje w środę jeszcze jednego zwycięstwa. Ewentualnie może przegrać 3:2 i wygrać złotego seta. W finale Ligi Mistrzów Zaksa albo Zenit zagra z Perugią albo Trentino (w pierwszym meczu 3:0 wygrał zespół z Trydentu).

Zobacz wideo "To nie jest łatwe, żeby wrócić po covidzie i grać mecze co trzy dni"

Łukasz Jachimiak: Będzie finał dla Zaksy czy nie?

Waldemar Wspaniały: Mamy bardzo ważne zwycięstwo na bardzo trudnym terenie. Zenit to świetna, doświadczona drużyna. Tam chyba tylko Bartek Bednorz nie ma za sobą meczów o złote medale Ligi Mistrzów, igrzysk olimpijskich i innych tego typy występów. Czapki z głów przed Zaksą za to, że w Kazaniu się podniosła, przegrywając 0:2, że obroniła aż pięć meczboli i zamiast przegrać 0:3, wygrała 3:2. Ale teraz każdy człowiek z Zaksy, każdy siatkarz i każdy pracownik sztabu, musi zapomnieć, że to się wydarzyło. Trzeba wygrać jeszcze jeden mecz. Możliwe, że nawet trudniejszy od pierwszego. Moim zdaniem szanse są 50 na 50. Szkoda, że Rosjanie mieli atut kibiców, a my nie mamy. Gdyby nie pandemia, to już 12-13 tysięcy ludzi by się szykowało na wielki wieczór w hali w Gliwicach. Z takim wsparciem trochę wyżej oceniałbym szanse Zaksy. A bez niego uważam, że jest równo. No, niech będzie 51 do 49 dla nas.

Kraków, turniej finałowy Pucharu Polski. Mecz ZAKSA Kędzierzyn-Koźle - Jastrzębski WęgielWalka o finał Ligi Mistrzów! ZAKSA Kędzierzyn-Koźle w rewanżu z Zenitem Kazań. Gdzie i o której oglądać? Transmisja TV, stream

Pan mówi, że Zaksa musi zapomnieć mecz sprzed kilku dni, a mi się wydaje, że jednak wydarzenia z Kazania ją wzmocniły. I że warto pamiętać tę prawdę, że w żadnej sytuacji nie wolno się poddać. Przecież Zaksa w niesamowity sposób się obroniła. Po czymś takim morale zespołu na pewno urosło.

- Tu ma pan rację. Przegrywać 0:2 i obronić pięć meczboli w meczu to jest wielka sztuka. A jeszcze w takim meczu, z rywalem, który w ostatnich latach seryjnie wygrywał Ligę Mistrzów [Zenit był najlepszy sześć razy w historii - w 2008 i 2012 roku, a następnie nieprzerwanie w latach 2015-2018]? To faktycznie jest coś, co każdy z naszych chłopców zapamięta sobie na długo. Zaczęli mecz słabo, popełnili mnóstwo błędów w pierwszym i drugim secie. W samym polu zagrywki zepsuli ze 20 piłek. A później, pod największą presją, żaden się nie pomylił, zostali w meczu i wreszcie zagrali swoją świetną siatkówkę.

Najlepiej to było widać w grze Kamila Semeniuka. Dwa sety bardzo słabe, a później trzy koncertowe. Byłoby świetnie, gdyby w rewanżu i on, i cały zespół zaskoczył od początku.

- Patrzę na "Semena" i widzę, że on zawsze ma taki sam wyraz twarzy - czy robi błąd, czy zdobywa punkt po świetnej akcji. To bardzo dobrze, że tak jest. On potrafi się nie dekoncentrować, tylko cały czas próbuje zrobić, co umie. Najważniejsza jest następna akcja - każdy trener to powtarza. Semeniuk właśnie tak myśli. Przypomina mi dawnego kolegę Nikoli Grbicia. Trener Zaksy w reprezentacji Serbii przez lata grał z takim siatkarzem, który się nazywał Goran Vujević. To też był przyjmujący.

Świetny przyjmujący!

- Zgadzam się. A wyraz jego twarzy nigdy nic nie mówił. Facet wyglądał, jakby miał maskę. A do tego miał wyszkolenie techniczne, obijanie bloku, kiwanie, mocny atak. Jak Semeniuk. No, może trochę przesadziłem, bo w końcu Vujević to był mistrz olimpijski.

Porównania Semeniuka do wielkich nasuwają się same. Sebastian Świderski mówił niedawno na Sport.pl, że widzi w Semeniuku siebie.

- Stylem gry Kamil Sebastiana może przypominać, ale Sebastian był jednak emocjonalny. On bardzo przeżywał to, co zrobił źle. Analizował. Szczególnie gdy był młody. Dopiero z biegiem czasu przestał to robić. Natomiast z Vujoviciem czy to w klubach, czy w reprezentacji spotykałem się przez co najmniej 10 lat i znam tylko jedną minę tego człowieka. Życzę Semeniukowi, żeby kiedyś też został mistrzem olimpijskim. Jest świetny, wszechstronny, znakomicie wyszkolony technicznie. I chociaż warunki fizyczne ma podobne jak Świderski i jak Vujević [Semeniuk 194 cm wzrostu, Świderski 193, a Vujević 192 cm], to ma wszystko, czego trzeba do wielkiego grania.

Sebastian ŚwiderskiŚwiderski zaskoczony tym, jak wielki trener z Rosji potraktował Polaka. "Brzydki sposób" [nieDawny Mistrz]

Myśli Pan, że Vital Heynen lubiący działać nieszablonowo może na igrzyska wziąć Semeniuka kosztem któregoś ze swoich sprawdzonych już i też bardzo dobrych przyjmujących?

- Heynen faktycznie jest tak nieobliczalny, że tylko on wie, co zrobi. Już parę razy próbowałem jakieś jego ruchy i decyzje przewidzieć, ale zawsze było odwrotnie niż myślałem. Uważam, że cały ten sezon pokazuje, że Semeniuk zasługuje na wyjazd na igrzyska. Ale będzie miał bardzo ciężko zmieścić się w kadrze. Mamy w Polsce wysyp świetnych przyjmujących. Młodych, bo swoje lata z tego grona ma tylko Michał Kubiak. Tu ośmiu, a nawet 10 ludzi spokojnie mogłoby zająć te cztery miejsca, które będą w kadrze na Tokio.

Tak naprawdę zostały chyba tylko dwa wolne miejsca, bo Kubiak i Wilfredo Leon to pewniacy.

- Zgadza się. Nie zazdroszczę Heynenowi aż takiego kłopotu bogactwa. I to nie tylko na przyjęciu. Popatrzmy na środek. Kuba Kochanowski z Zaksy ma chyba pewne miejsce. Ale Piotr Nowakowski pewnie też. A są następni bardzo mocni zawodnicy, jak doświadczony już Mateusz Bieniek czy młody Norbert Huber. Bardzo jestem ciekaw, co trener wymyśli. Znam go od lat i na pewno łatwiej go było rozszyfrować, gdy był zawodnikiem i gdy się mierzyliśmy, spotykając jego Noliko Maaseik.

Jako siatkarz był tak samo ekspresyjny, prawda?

- Dokładnie to samo robił: dyskutował, kłócił się, nic się nie zmieniło. A jeszcze był kapitanem Maaseiku, grał tam z 10 lat, więc pozycję miał bardzo mocną. Pamiętam, jak ostro walczyliśmy o Final Four Ligi Mistrzów. Wygraliśmy, bo u siebie Mostostal wygrał 3:0, a tam wygrał seta.

To u Was czy w Częstochowie Heynen zmierzył odległość od bocznej linii boiska do tymczasowej trybuny i wyszło, że postawiono ją bodaj 15 cm za blisko, wobec czego klub musiał trybunę rozebrać?

- To musiało być w Częstochowie. My w pucharach graliśmy w opolskim Okrąglaku, a tam odległość trybun od boiska była duża, na parkiecie boisko do piłki ręcznej się mieściło. Tak, to na pewno było w Częstochowie. Heynenowi taki styl bycia widocznie pomaga. Dobrze, że teraz mamy go po swojej stronie.

"Dwie Polski grałyby w Tokio o medal". Nowe objawienie zrobi zamieszanie w kadrze Heynena?

Dlaczego Wy w tym Opolu w 2002 roku czy rok później w Mediolanie, nie wygraliście Ligi Mistrzów? Prezes Świderski twierdzi, że różnica w budżetach między nami a na przykład Rosjanami jest dziś jeszcze większa niż wtedy.

- Mogę powiedzieć, jaki wtedy mieliśmy budżet, to już teraz żadna tajemnica. Mieliśmy milion dolarów. A dolar był wtedy po 4 złote. Natomiast oba greckie kluby, które zagrały w Final Four w Opolu, czyli Olympiakos i Saloniki, miały trzy razy więcej pieniędzy. A Macerata, która wygrała, miała cztery razy większy budżet niż my. Ale nam poza pieniędzmi zabrakło też trochę szczęścia. Myśmy mieli Olympiakos w grupie i grupę wygraliśmy. A u siebie wygraliśmy z nimi mecz 3:1, z takim dramatycznym setem, w którym było już 19:24, a wygraliśmy 26:24.

Kto tak dobrze poserwował?

- Rafał Musielak. Pytał mnie, jak ma zagrywać. Powiedziałem, żeby pierwszą piłkę zaryzykował. Był as, więc chwilę później znów zaryzykował i zrobił kolejnego asa. A później już starał się nie zrobić błędu, natomiast rywale się zagotowali i robili błędy, zwłaszcza Ernardo Gomez, świetny atakujący z Wenezueli, który dwa razy uderzył w aut. Niestety, w półfinale Final Four to oni lepiej wytrzymali nerwowe końcówki. Było 1:3, a wszystkie sety rozstrzygały się najmniejszą możliwą przewagą. W meczu o trzecie miejsce z Salonikami też byliśmy blisko wygranej. Prowadziliśmy 2:0 i 8:4 w trzecim secie, a przegraliśmy. Wtedy zagrywką nas rozbił naturalizowany Grek ze Słowacji Andrej Kravarik. Zostaliśmy bez medalu, a srebro mogliśmy mieć. Bo z Maceratą w finale raczej byśmy szans nie mieli. To była inna półka.

No właśnie - Macerata to była inna półka, rok później poza zasięgiem były Modena i Biełogorje, więc dla Was brązowy medal był dużym sukcesem. A teraz chyba nie ma takiej drużyny, o której powiemy, że jest poza zasięgiem Zaksy?

- Odkąd Sebastian został prezesem [Świderski jest nim od 2015 roku], to Zaksa odbudowała swoją pozycję z początku XXI wieku, a nawet zrobiła więcej. W kraju obserwujemy jej powrót do dominacji, a w Europie chyba faktycznie może teraz po prostu wygrać Ligę Mistrzów.

Rok 1978 - wtedy po raz pierwszy i jedyny polski klub zdobył Puchar Europy. To był Płomień Milowice z Panem w składzie.

- Epokę temu to było. Już 43 lata minęły, a rok w rok jakiś dziennikarz dzwoni i mi to przypomina. Liczę, że w tym roku Zaksa najpierw wygra z Zenitem, a później albo z Perugią, albo z Trentino.

Rozumiem, że wspominanie sukcesu Płomienia mogło Pana zmęczyć, ale z drugiej strony nie wierzę, że nie jest miło poopowiadać o tamtej edycji rozgrywek.

- Pewnie, że mam do tamtego sezonu sentyment. Pamiętam, jak w ćwierćfinale wygraliśmy niełatwy dwumecz z Romą [Federlazio Rzym]. Tam przegraliśmy 1:3, a w Sosnowcu wygraliśmy 3:0. Włosi już wtedy wchodzili na wyżyny, już się stawali groźni. Ale najważniejszy i najtrudniejszy mecz graliśmy z Czechami w turnieju finałowym. Wtedy finał był grany systemem każdy z każdym. Byliśmy my, Czesi [Aero Odolena Voda], holenderski klub, w którym grała cała reprezentacja Holandii [Starlift Blokkeer Rijswijk] i Turcy [Boronkay Stambuł]. Wygraliśmy wszystkie trzy mecze. Radość była wielka, na lotnisko przyjechała nawet orkiestra górnicza. Ci chłopcy byli zresztą bardzo biedni, bo to był luty, minus 20 stopni Celsjusza, samolot się spóźnił i kazano im czekać ubranym tylko w górnicze mundurki. Żal nam ich było strasznie, jak się dowiedzieliśmy, że do budynku ich nie wpuszczono, tylko kazano im stać na płycie lotniska.

Za to Wam chyba powodziło się nieźle, skoro do Bazylei i z powrotem lecieliście, a nie jechaliście autokarem albo pociągami.

- Loty mieliśmy zapewnione i nawet było dużo wygodniej niż teraz. Lataliśmy tylko liniami LOT, innych nie było. Połączeń było mało, np. do Rzymu jeden w tygodniu. Dzięki temu leciało się kilka dni przed meczem i wracało kilka dni po meczu, a na miejscu organizatorzy zawsze pomagali, podstawiali jakiś autobus, który nas zawoził w ciekawe miejsca, żebyśmy pozwiedzali. Byliśmy dwa razy w Atenach, bo graliśmy z Olympiakosem i Panathinaikosem, więc takie pobyty w Grecji czy w Rzymie dla nas, młodych ludzi z szarego kraju, były wyjątkowym oknem na świat.

Nagrody też mieliście godne czy raczej jak wszyscy w polskim sporcie tamtych lat - po kilkadziesiąt dolarów na głowę?

- Nawet nie pamiętam czy dyrektor kopalni coś dorzucił do pensji. A pensje absolutnie nie były gwiazdorskie. Mieliśmy trzech mistrzów olimpijskich i oni zarabiali najwięcej. Ale to też nie były szalone stawki. Pamiętam, że ja dostawałem pięć tysięcy złotych miesięcznie.

Na fikcyjnym etacie górnika.

- Tak, wszyscy siatkarze naszego klubu byli tak zatrudnieni. Prawdziwi górnicy dostawali po trzy tysiące, my po pięć, a ci nasi mistrzowie olimpijscy bodajże po osiem tysięcy. To były dobre pensje, ale żadne kokosy. Jakieś premie za sukcesy jeszcze były. Ale symboliczne.

Kraków, turniej finałowy Pucharu Polski. Mecz ZAKSA Kędzierzyn-Koźle - Jastrzębski WęgielNajwiększy problem ZAKSY przed rewanżem z Zenitem. "Pobiliśmy rekord błędów"

Siatkarze Zaksy za wygranie Ligi Mistrzów pewnie zostaliby obsypani złotem i już sobie powiedzieliśmy, że na ten sukces ich stać. Ale chyba na koniec trzeba podkreślić, że dzielenie skóry na niedźwiedziu to kiepski pomysł?

- Bardzo kibicuję Zaksie i widzę jej potencjał, ale jednocześnie widzę bardzo duże zagrożenia ze strony Zenitu. On ma przede wszystkim Maksima Michajłowa, z którym mieliśmy długo duży problem, przez dwa sety zupełnie nie umieliśmy go zatrzymać. Przekonaliśmy się też, że Butko potrafi grać takie krótkie z trzeciego metra ze środkowymi, na które trudne nam znaleźć odpowiedź. Dopiero w końcówce trzeciego seta Kuba Kochanowski sprawił, że Rosjanie nas przestali tym środkiem rozjeżdżać. Ale to nie koniec zagrożeń. Earvin Ngapeth może mecz wygrać sam. No, może trochę przesadziłem, ale tylko trochę. Jest tam też Bartek Bednorz. Gra może nierówno, ale dużo potrafi. No i Zenit jest tak ograny, że dla niego porażka u siebie 2:3 to żadna opresja. Nie z takich już Kazań wychodził. Dodatkowo pamiętajmy, że z Lube ćwierćfinał wygraliśmy, ale po pięknym zwycięstwie 3:1 na wyjeździe u siebie przegraliśmy 0:3 i dopiero złotego seta Włochom wyrwaliśmy. Wierzmy teraz, że jest chociaż 51 do 49 procent dla Zaksy. Ale zadanie będzie niesamowicie trudne.