Po wygranej ZAKSY z Lube w ćwierćfinale wiele osób uznawało ich za faworytów meczu z Zenitem. Wcześniej nie grali jednak przy tak dużej presji - niemalże każdy w siatkarskim środowisku zdawał sobie sprawę, że taka szansa na zwycięstwo polskiego zespołu w Lidze Mistrzów może się już nie przydarzyć. Od lat na tym etapie rozgrywek nie było tak silnej drużyny jak ZAKSA, której musieliby się bać wielcy rywale z Rosji czy Włoch.
W Rosji nastroje nie były najlepsze. - Myślę, że szanse to 51:49 dla ZAKSY. W Rosji kibice cieszą się, że Zenit gra z polskim zespołem, a nie którąś z włoskich drużyn. Ale przecież zawodnicy z Kędzierzyna wyeliminowali Cucine Lube Civitanova i wyglądają fantastycznie - mówił Sport.pl przed meczem w Kazaniu dziennikarz portalu sport-express.ru Władimir Iwanow. Sam trener Zenita, Władimir Alekno mówił, że "nie widział ostatnio tak świetnie grającego zespołu". To jednak kompletnie nie sprawdziło się w kontekście początku pierwszego meczu półfinałowego.
Pierwszy set można nazwać imieniem Maksima Michajłowa. Atakujący Zenita zdobył w nim tylko cztery punkty, ale kończył ostatnie, najważniejsze akcje. Rosjanom udało się wygrać do 22. Skrzydła ZAKSY miały 47 procent skuteczności ataków, a to za mało, jak na główną broń polskiego zespołu. Dla porównania Zenit miał 67 procent skuteczności, a zdecydowanie częściej wykorzystywał środkowych. A druga partia wyglądała jeszcze gorzej.
Nikola Grbić ściągnął z boiska grającego dość słabo rozgrywającego Benjamina Toniuttiego, jednego z najważniejszych siatkarzy ZAKSY, której niemalże nie było na boisku. Chwilę później Toniutti wrócił do gry, a ZAKSA potrafiła odrobić nawet cztery punkty. Jednak od stanu 18:20 zdobyła już tylko cztery punkty i Rosjanie prowadzili już 2:0 w setach. Nadal świetnie grał Michajłow, mocno bił często wykorzystywany Earvin N’Gapeth, a największe wrażenie mogła robić częstotliwość wykorzystywania krótkich piłek przez środkowego Aleksandra Wołkowa.
Po powrocie na boisko przewaga Zenita zniknęła. Nie byli już tak świetni w obronie, przyjęciu i na zagrywce, jak kilkanaście minut wcześniej. A gra kędzierzynian stawała się coraz lepsza. To zawodnicy z Kazania dostali pierwszą szansę, żeby skończyć spotkanie, ale przy stanie 24:25 atak Artioma Wolwicza świetnie zablokował Kuba Kochanowski. Sytuacja mogła przypominać inny blok Kochanowskiego, gdy dwa tygodnie wcześniej w taki sposób zatrzymał Roberlandy’ego Simona z Lube. Wtedy była to symboliczna akcja meczu z Włochami, teraz punkt zwrotny spotkania w Kazaniu.
ZAKSA walczyła do końca, obroniła łącznie aż pięć piłek meczowych w trzecim secie i wygrała go na przewagi - 29:27. To dało jej ogromną pewność w trakcie kolejnej partii meczu. Zwłaszcza Kamilowi Semeniukowi, który po pierwszych dwóch setach miał sześć punktów zdobytych atakiem (tylko 30 procent skuteczności), a tyle samo udało mu się ugrać w samym czwartym przy aż 75-procentowej skuteczności. Wreszcie funkcjonowała też zagrywka, blok i gra środkiem polskiego zespołu. Słowem: drużyna Nikoli Grbicia odzyskała wszystkie swoje atuty. I dzięki temu wygrała 25:22, doprowadzając do remisu 2:2 w całym spotkaniu.
W tie-breaku oba zespoły prezentowały dobrą grę, ale nie potrafiły utrzymać dwóch lub trzech punktów przewagi. Dla ZAKSY sytuacja już była dobra - mieli zagwarantowany co najmniej jeden punkt w meczu na wyjeździe i przy nowych okolicznościach. Z kibicami, którzy kibicowaliby rywalom nie grali już od ponad roku. Ale drużynie Grbicia było mało. Najpierw z wyniku 3:6, zrobili 7:6, a potem od stanu 10:10 nie dali już objąć prowadzenia Zenitowi. Wykorzystali trzecią piłkę meczową i upokorzyli Rosjan, którzy przecież mogli już dawno wygrać w trzech setach.
Zenit mógł być o dwa wygrane sety w Polsce od finału Ligi Mistrzów. A sam skomplikował sobie sytuację - tylko w pierwszej z trzech ostatnich partii wyszedł poza 50 procent w ataku. ZAKSA nauczyła się ich sztuczek i te przestały działać. W tie-breaku wygrała 16:14 i teraz z optymizmem może patrzeć na środę, kiedy w Kędzierzynie-Koźlu zagra o awans do finału. Do tego wystarczy jej zwycięstwo w tie-breaku, a porażka w pięciu setach z Zenitem nie zakończy rywalizacji. W Lidze Mistrzów w takiej sytuacji rozgrywa się bowiem złoty set. W ten sam sposób ZAKSA ograła już jednak Lube.
To miał być początek wielkiego końca pracy w Zenicie siatkarskiego cara Rosji, Władimira Alekny. Legendarny trener odchodzi z klubu, a osiągał z nią nieprawdopodobne sukcesy: sześciokrotnie zdobywał mistrzostwo, a także puchar Rosji i pięć razy wygrywał Ligę Mistrzów, czego mogą im zazdrościć zespoły z całej Europy. - Alekno to serce Zenita. Kiedy odejdzie, w klubie skończy się pewna era. To będzie zupełnie inna drużyna, nawet jeśli zostaliby w niej wszyscy zawodnicy. Dla Zenita dwumecz z ZAKSĄ jest najważniejszy. Ten sezon jest czymś w rodzaju "The Last Dance" Michaela Jordana dla Alekny, on tak go traktuje. I każdy w Kazaniu chciałby, żeby skończył się jak dla Chicago Bulls w 1998 roku - tłumaczył nam dziennikarz Władimir Iwanow.
Zaznaczył jednak, że dzisiejszy Zenit to zupełnie inna drużyna od tej, która seryjnie wygrywała z każdym, kogo napotkała na swojej drodze. Teraz zdarzyło jej się przegrać nawet z ostatnią drużyną ligi rosyjskiej. - Teraz nie ma tu jednak takiego lidera, jakim wówczas był Wilfredo Leon - wskazał Iwanow. - Do tego Michajłow, Wolwicz i Butko się starzeją, Alekno ma problemy ze zdrowiem i motywacją i w rezultacie Zenit traci swoją duszę. W sporcie to jednak normalne. Zawsze coś musi się skończyć, ale Zenit postara się, żeby zamknąć erę Alekny z rozmachem - dodał.
ZAKSA pokazała, że nie chce na to pozwolić. Zwłaszcza kosztem największej szansy na zwycięstwo polskiego klubu w Lidze Mistrzów od lat. Sprawiła, że koniec Alekny w klubie może być jednak smutną porażką w rozgrywkach, które drużyna z Kazania potrafiła zdominować w wielkim stylu.
Należy jednak pamiętać, że w drugim meczu wszystko może się jeszcze odwrócić. - Drugie spotkanie w tej fazie Ligi Mistrzów zawsze jest ważniejszy. Zenit i ZAKSA wiedzą, że najważniejsza część tej rywalizacji czeka nas w Polsce - zapewniał Władimir Iwanow. Rewanż zaplanowano na środę, 24 marca o godzinie 18:00 w Kędzierzynie-Koźlu. Relacja na żywo na Sport.pl.