Świderski zaskoczony tym, jak wielki trener z Rosji potraktował Polaka. "Brzydki sposób" [nieDawny Mistrz]

- Ludzie walili łyżkami wazowymi w garnki. Doping był kapitalny, z łezką w oku to wspominam - mówi Sebastian Świderski. Prawie 20 lat temu prezes Zaksy Kędzierzyn-Koźle walczył o medale Ligi Mistrzów jako siatkarz tego klubu. Dziś szef mistrzów Polski liczy na awans do finału LM kosztem potężnego Zenitu Kazań. Mecz Zenit - Zaksa w czwartek o godz. 17. Relacja na żywo na Sport.pl

Sebastian Świderski, urodzony w 1977 roku. Kiedyś wybitny siatkarz, reprezentant Polski w latach 1996-2011 (rozegrał w kadrze aż 322 mecze). Później trener, a od 2015 roku prezes Zaksy Kędzierzyn-Koźle. Jego największe sukcesy to:

  • srebrny medal MŚ 2006
  • ćwierćfinał igrzysk olimpijskich Ateny 2004
  • ćwierćfinał igrzysk olimpijskich Pekin 2008
  • 4. miejsce w Lidze Światowej 2005
  • 4. miejsce w Lidze Światowej 2007
  • 3. miejsce w Lidze Mistrzów 2003 (z Mostostalem Kędzierzyn-Koźle)
  • 4. miejsce w Lidze Mistrzów 2002 (z Mostostalem)
  • 4. miejsce w Lidze Mistrzów 2009 (z Lube Banca Macerata)
  • Puchar Włoch 2008 (z Lube)
  • Puchar Włoch 2009 (z Lube)
  • Superpuchar Włoch 2008 (z Lube)
  • złoty medal MŚ juniorów 1997
  • złoty medal ME juniorw 1996

W 2006 roku zajął 3. miejsce w plebiscycie "Przeglądu Sportowego" na 10 najlepszych sportowców Polski.

Zobacz wideo "To nie jest łatwe, żeby wrócić po covidzie i grać mecze co trzy dni"

Łukasz Jachimiak: Dwa tygodnie temu Zaksa wygrała z Cucine Lube Civitanova w ćwierćfinale Ligi Mistrzów, a Pan powiedział, że już ponad pięć lat jest prezesem, a płacze ze szczęścia dopiero po raz drugi. Kiedy był ten pierwszy raz?

Sebastian Świderski: Oj, to było dawno temu, w początkach mojej prezesowskiej kariery. W 2017 roku we Wrocławiu zdobyliśmy Puchar Polski. To był jeden z pierwszych sukcesów, które udało mi się osiągnąć na tym stanowisku. Wtedy zrozumiałem, że jak się jest chociaż przy boisku, jako trener, a szczególnie na boisku, jako zawodnik, to się ma wpływ na grę, natomiast gdy się stoi za bandami w roli prezesa, to się strasznie denerwuje. Bo wtedy tylko się patrzy, jak ktoś inny o wszystkim decyduje.

Jeszcze w 2013 roku walczył Pan z Zenitem Kazań o brązowy medal Ligi Mistrzów jako trener Zaksy. Wtedy nie daliście rady.

- Wtedy jeszcze nie pracowałem jako pierwszy trener Zaksy, tylko jako asystent u Daniela Castellaniego. Dopiero później zostałem głównym trenerem. Final Four odbywało się wówczas w Omsku. Wygrał Nowosybirsk, a my rzeczywiście graliśmy z Zenitem o brąz. I nie daliśmy rady [Zaksa przegrała 1:3]. Ale minęło tyle lat, że dziś już nie mamy w klubie żadnego zawodnika z tamtego przegranego meczu.

Mateusz KusznierewiczPił z gwinta z królem Norwegii, wybierał sobie sponsorów, odrzucał zaproszenia od fanek na wakacje i na coś więcej. Mateusz Kusznierewicz [nieDawny Mistrz]

Jako dziennikarz, ale też jako kibic wyobrażam sobie, że Zaksa może teraz wygrać i półfinałowy dwumecz z Zenitem, i całą Ligę Mistrzów. A Pan patrzy chłodnym okiem prezesa czy jednak sercem człowieka związanego z klubem najpierw w roli zawodnika, później trenera, a teraz szefa?

- Patrzę na chłodno. Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, z kim gramy. Oczywiście słyszałem już, że jesteśmy faworytem, bo we wcześniejszej rundzie pokonaliśmy Lube. Ale ja wcale nie uważam, że mamy większe szanse na finał niż Zenit. Uważam za to, że należy marzyć i starać się marzenia spełniać. My marzymy o awansie do wielkiego finału i o osiągnięciu czegoś wielkiego, natomiast zdajemy sobie sprawę z tego, jak trudna walka nas czeka. Wiem jednak, że zawodnicy są gotowi. Sami o tym głośno mówią. Słyszę, jak powtarzają, że to dla nich życiowa szansa. Dla naszego klubu też, bo Zaksa nigdy jeszcze nie była w wielkim finale Ligi Mistrzów. To jest nasze marzenie i będziemy się starali je spełnić.

Wygrany przez Was dwumecz z Lube pozwala marzyć o wielkich rzeczach. Tam grają przecież Juantorena, Leal, Simon, De Cecco - mam wrażenie, że to jeszcze większy gwiazdozbiór od tego, który występuje w Zenicie. Tu kibice pewnie wymienią przede wszystkim Earvina Ngapetha, Maksima Michajłowa i Bartosza Bednorza.

- Na pewno Lube jest stawiane wyżej. Jednak należy pamiętać, że Zenit oparty przede wszystkim na swoich rosyjskich zawodnikach wygrywał w ostatnich latach wszystko - i w krajowej lidze, i w Lidze Mistrzów. Ta drużyna ma ogromne doświadczenie gry o taką stawkę, o jaką my nigdy nie graliśmy. Gdybyśmy w ćwierćfinale przeszli nie Lube, tylko na przykład Berlin, to nikt by teraz sensacji nie robił, niczyich nadziei i emocji byśmy nie rozpalili. Ale my też te nadzieje i emocje mamy i my je chcemy spełniać. Rosyjskie warunki już trochę poznaliśmy rok temu, bo w ćwierćfinale wygraliśmy 3:2 w Kemerowie z Kuzbassem. Niestety, rewanż u siebie przegraliśmy 1:3. Nasi zawodnicy o tym pamiętają. I nie wydaje mi się, żeby uznawali, że jesteśmy teraz faworytami, mimo że tym razem ćwierćfinał był dla nas zwycięski, a rywal trudniejszy. Wolę mówić, że my aspirujemy do finału.

Ale to chyba jest jasne. Zenit wygrał Ligę Mistrzów sześć razy, w latach 2015-2018 zrobił to cztery razy z rzędu. A Zaksy nigdy nie było nawet w finale.

- Są dziennikarze i komentatorzy, którzy głośno mówią, że jesteśmy faworytami. To zaczyna być niepotrzebnie analizowane. Ale wierzę, że starsi zawodnicy Zaksy zapanują nad emocjami młodszych. Mamy w ekipie mistrzów świata. Mamy ludzi, którzy wiedzą, jak grać o coś wielkiego. Wierzę, że się nie przemotywujemy i że nie przegramy w szatni. Wierzę, że nawet gdyby nie szło, to się nie poddamy, nie zwiesimy głów. Tak jak było z Lube.

Zaksa ma mistrzów, Zenit ma gwiazdy, a jak Pan porówna trenerskie sławy na ławkach obu drużyn? Nikola Grbić i Władimir Alekno są w jakiejś mierze podobni?

- Nie znam trenera Alekny. Nigdy z nim nie rozmawiałem, więc nie powiem czy oni mogą być w jakiejś mierze do siebie podobni.

Ale pewnie był Pan zaskoczony, gdy dwa miesiące temu trener Alekno powiedział, że Bednorz gra obrzydliwie?

- Tak, jestem tym zaskoczony. Dziwię się, bo bardzo rzadko się zdarza, żeby trener wypowiadał się w taki sposób o swoim podopiecznym. I to jeszcze w trakcie sezonu, przed najważniejszymi meczami. Przecież Bednorz nie trafił do Kazania przez przypadek. Ktoś go tam chciał. A chciano go tam, bo wcześniej jego gra w Modenie była bardzo dobra. Nie wiem, czy Alekno chciał Bednorza w ten sposób zmobilizować, czy wbić mu szpilkę.

Może po prostu nie wytrzymał ciśnienia, poddał się złym emocjom. Nie tłumaczę go, nie usprawiedliwiam - po prostu głośno się zastanawiam, bo nie bardzo wierzę, że to było działanie z rozmysłem, że Alekno widział w takim wypowiadaniu się o Bednorzu jakąś korzyść.

- Ale trener Alekno jest znany z wielu dziwnych decyzji. Choćby z tej, gdy w finale igrzysk olimpijskich Michajłowa przesunął na przyjęcie, a Muserskiego na atak [dzięki temu w 2012 roku w Londynie Rosja pokonała Brazylię]. On słynie z dziwnych ruchów, więc może i tu znalazł brzydki sposób na zmobilizowanie zawodnika. Podkreślam, że to brzydki sposób.

A co z Grbiciem? To jest surowy trener?

- Jest bardzo wymagający. To przede wszystkim. Wielokrotnie na treningach powtarza, czego on chce. Wymaga skupienia, analizowania, jak dojść do najważniejszych meczów, bo najpierw trzeba do nich dojść, żeby później je wygrać. U niego nie ma półśrodków, nie ma oszczędzania się. Na treningach chłopaki zasuwają, a mi się to podoba, bo wiem, że idąc tą drogą można dojść do sukcesów.

Radość Nikoli Grbicia po meczu ZAKSA - Cucine Lube CivitanovaZAKSA pokonała najsilniejszy zespół Europy. Trener Grbić: Po tym musisz myśleć o wygraniu Ligi Mistrzów

Ale to nie jest aż tak trudna droga, jaką Pan miał u Ireneusza Mazura na wejściu do reprezentacji Polski? U Grbicia treningi nie trwają po 9-10 godzin dziennie, Grbić nie bije zawodników antenką, bo to i nie ta szkoła, i nie te czasy?

- Ha, ha, oczywiście, że czasy się zmieniły. Dziś do zawodników podchodzi się zupełnie inaczej. Wokół nich są ludzie, którzy się wszystkim zajmują. Ich dietą, ich odpoczynkiem, przygotowaniem ich do treningu, zadbaniem o nich po zajęciach, zaplanowaniem im podróży w komfortowych warunkach. Teraz zawodnikom jest dużo łatwiej. Kiedyś jak ktoś by powiedział, że w siatkówkę gra wegatarianin, a nawet weganin, to wielu ludzi stukałoby się w głowę, twierdząc, że to niemożliwe, że przecież siła idzie z mięsa i trzeba go jeść jak najwięcej

Na pewno rozmawiacie teraz z Grbiciem o tym, co możecie zrobić razem jako prezes i trener, a proszę powiedzieć, jak wspominacie lata rywalizacji na boisku. Dla Pana wspomnienie meczu z Jugosławią z eliminacji do igrzysk Sydney 2000 jest pewnie jednym z najgorszych w karierze? Przypomnijmy czytelnikom: w półfinale w Katowicach było 23:17 dla Polski w czwartym secie, ale do tie-breaka nie doszło, Jugosławia wygrała 3:1, później wygrała finał kwalifikacji i w Sydney zdobyła olimpijskie złoto.

- Przyznam się, że nawet nigdy na ten temat z Nikolą nie rozmawiałem. Wspominaliśmy wiele razy nasze potyczki z ligi włoskiej. Perugia - Trento, Lube - Trento, a nie mecze reprezentacji.

Czyli on może nawet nie wiedzieć, że my tamten mecz tak pamiętamy. Albo ten z 2005 roku, z półfinału Ligi Światowej w Belgradzie, gdy prowadziliśmy 2:0 i 22:17, a przegraliśmy 2:3.

- Może faktycznie on tego nie zapamiętał aż tak, jak zapamiętaliśmy my. To aż dziwne, że nigdy o tym nie rozmawialiśmy.

A Pan który mecz ze swojej kariery najczęściej wspomina? Już wiem, że nie ten z Rosją z MŚ 2006, bo choć zwycięstwo 3:2 otworzyło Wam drogę do medalu, Pan raczej go przeleżał niż w nim grał.

- Dokładnie tak było. Mnie tamten mecz nie wyszedł, tak jak te z Jugosławią i Serbią i Czarnogórą, a wy dziennikarze nie dajecie mi o tym zapomnieć, ha, ha. Oczywiście żartuję. W sumie to miłe, że są mecze sprzed wielu lat, do których się często wraca. A ten z Rosją jest jak wisienka na torcie. Generalnie to świetnie, że ludzie jeszcze to pamiętają. Bo za chwilę przyjdzie nowe pokolenie i już się tak o tamtych meczach nie będzie mówiło.

Apoloniusz TajnerSyn miliardera całował Tajnera w rękę. "Ludzie byli pod ogromnym wrażeniem" [nieDawny Mistrz]

A jakie mecze Pan wspomina najczęściej? Zagrał Pan takie, z których jest szczególnie dumny?

- Najmocniejsze wspomnienie z gry w Kędzierzynie-Koźlu to moje pierwsze mistrzostwo Polski z Mostostalem. Z 2001 roku. Zdobyte w Częstochowie, u największego rywala. I po tym zwycięstwie ja i Paweł Papke weszliśmy na słupek sędziego, cieszyliśmy się na jego stanowisku. Wspominam to fajnie, bo naśladowaliśmy w ten sposób Vlado Grbicia, który na słupek sędziego wszedł po zdobyciu złota na igrzyskach olimpijskich w Sydney w 2000 roku i właśnie tak stał dumny z flagą Jugosławii. Jak kolejnego roku znów graliśmy finał z Częstochową i znów wygraliśmy na jej terenie mistrzostwo, to zawodnicy i prezes błyskawicznie po meczu polecieli rozmontować stanowisko sędziowskie, żebyśmy nie mogli powtórzyć naszej radości. A zaskoczę, jeśli chodzi o najmocniejsze wspomnienie z reprezentacji. Wybieram mecz w Mastosinhos pod Porto. Z Portugalią.

W eliminacjach olimpijskich?

- Tak, to był 2004 rok i kwalifikacje do igrzysk w Atenach. Wygraliśmy 3:2, mimo że w tie-breaku wyraźnie przegrywaliśmy [nawet 7:11]. Po meczu trener Prielożny [prowadził kadrę razem ze Stanisławem Gościniakiem] powiedział nam, że myśmy w niesamowitych okolicznościach ten tie-break wygrali, bo drużyna Portugalii w całym secie nie popełniła ani jednego błędu. Bardzo mocno to zwycięstwo przeżyliśmy, bo dzięki niemu pierwszy raz w życiu pojechaliśmy na igrzyska olimpijskie. Pamiętałem dobrze sytuację z 2000 roku, to jak przegraliśmy z Jugosławią i się nie zakwalifikowaliśmy do igrzysk w Sydney. Ateny były więc wielkim wydarzeniem, marzeniem spełnionym po kilku latach czekania na kolejną szansę.

A Pekinu pewnie Panu najbardziej żal? 2:3 z Włochami w ćwierćfinale olimpijskim, gdy medal był już na wyciągnięcie ręki. W 2008 roku nasza kadra była przecież bardzo mocna, dwa lata wcześniej zdobyła srebro MŚ, a w 2009 roku złoto ME.

- W Pekinie było bardzo blisko. Mecz z Włochami to był taki mecz, w którym jedna akcja decydowała. To jest częste w siatkówce na najwyższym poziomie. W naszym ostatnim meczu z Lube jedna bardzo mocna zagrywka Leala czy Simona decydowała o tym, że przegrywaliśmy kolejne sety. Ale w złotym secie to my zaserwowaliśmy w końcówce dwa asy. I teraz my się cieszymy. I to my, a nie Lube, mamy możliwość gry w półfinale Ligi Mistrzów.

Bogdan Wenta"Palnął, że Polacy nie mają jaj. A my - jak to? Nie mamy jaj? No to wam pokażemy!" [nieDawny Mistrz]

Podkreślił Pan, że bazując na rosyjskich graczach Zenit osiągał wielkie wyniki, a ja myślę, że musimy oddać sprawiedliwość jednemu reprezentantowi Polski. Wilfredo Leon odszedł z Kazania w 2018 roku i od tego momentu Zenit już nie jest tak wielki, jak był z nim od 2014 roku.

- Tak, rosyjscy zawodnicy mają wielkie doświadczenie i dają je drużynie. To chciałem podkreślć. Natomiast siła ognia już nie jest taka jak z Leonem. Przyjście Ngapetha miało wypełnić dziurę po odejściu Wilfredo, ale Ngapeth to nie jest Leon. To nie jest zawodnik, który będzie atakował na takim procencie i na takiej wysokości jak Leon. Natomiast Ngapeth też jest zawodnikiem, który potrafi pójść na zagrywkę i huknąć dwa-trzy asy z rzędu i zagrać jakąś szaleńczą akcję, która nie dość, że podniesie morale drużyny, to jeszcze pobudzi kibiców. A oni będą na trybunach w Kazaniu. Do tego jest tam Bartek Bednorz, który ma niemałe umiejętności. A zaprezentował je choćby w ćwierćfinale przeciwko Skrze.

Na meczu ze Skrą na trybunach w Kazaniu było trzy tysiące widzów. To jest jakiś górny limit u nich w czasach pandemii?

- Rozmawiałem na ten temat z władzami klubu z Bełchatowa, ale prezes Piechocki nie wiedział, dlaczego akurat taka była liczba kibiców w hali. Wydaje mi się, że to zależy od decyzji w różnych regionach kraju. We Włoszech też w pewnym momencie było tak, że w jednym regionie halę wypełniano w 25 procentach, w innym w 50, a w jeszcze innym ludzi wcale nie wpuszczano. Wielka szkoda, że u nas kibiców nie będzie. W ogóle pamiętajmy, że my od roku gramy bez kibiców i mecze przy pustych trybunach stały się dla nas codziennością. A teraz będzie trzeba szybko się odnaleźć przy dopingu. I to dla rywala.

Pana największy sukces z Ligi Mistrzów to brązowy medal z Mostostalem Kędzierzyn-Koźle i - tak znalazłem, choć tak tego nie zapamiętałem - tytuł MVP tamtego turnieju finałowego w Mediolanie w 2003 roku?

- Nie, nie, MVP został wtedy bodajże Siergiej Tietiuchin. A ja dostałem dwie indywidualne nagrody: dla najlepiej punktującego i najlepiej zagrywającego.

W 2003 roku Mostostal był trzeci, a w 2002 roku, w Opolu, zajęliście czwarte miejsce. Wtedy się wydawało, że wkrótce możliwe będzie wygranie Ligi Mistrzów przez polski klub. Jak Pan tamte turnieje wspomina?

- Opole to rozczarowanie z powodu dwóch porażek. Bardzo chcieliśmy zdobyć medal przed własną publicznością, a skończyliśmy najgorzej, jak mogliśmy, czyli przegrywając mecze z dwiema greckimi drużynami. Doskonale pamiętam atmosferę w Okrąglaku. Doping kapitalny, naprawdę z łezką w oku to wspominam. Tam ludzie walili nawet łyżkami wazowymi w garnki. Niektórych to mogło zdziwić, ale my takie sposoby robienia hałasu znaliśmy już z naszej starej hali na Śródmieściu w Kędzierzynie. Pomysły kibiców były niesamowite. Rok później do Mediolanu nasi kibice też w bardzo dużej grupie dotarli. Przyjechali również ludzie postronni, nie tylko nasi zagorzali fajni. I do dziś wspominają, że tam byli, że widzieli, jak zdobywamy medal. Dla mnie Final Four z Mediolanu to punkt zwrotny w karierze. Trampolina do ligi włoskiej. Po tym turnieju pojawiły się pierwsze oferty i poważne rozmowy z ekipami z Włoch.

Artur PartykaInnowator polskiego sportu. "Pamiętam fakturę na 6400 zł. Robiła ogromne wrażenie" [nieDawny Mistrz]

Pan z Ligą Mistrzów nie jest rozliczony, prawda? Z Maceratą też był Pan w Final Four i też wygrać się nie udało.

- Też było czwarte miejsce. Są zespoły, dla których granie o brązowy medal to kara za przegrany półfinał i wtedy tak było. W 2009 roku myśmy przegrali półfinał z Trento, a o brązowy medal już nawet nie pamiętam z kim graliśmy [Macerata przegrała 2:3 z Iskrą Odincowo]. Mogę mówić o fatum czwartych miejsc. Ale mam nadzieję, że w tym roku nie będę musiał. Chociaż przyznam, że wolałbym tradycyjne Final Four niż formułę, którą mamy w tym sezonie.

Bo w Final Four są dwie szanse na medal?

- To też, ale przede wszystkim jest święto siatkówki, jest turniej, a nie jeden, suchy mecz finałowy. Ale w czasach pandemii trzeba się cieszyć z tego, co jest. Rozumiemy, że zdrowie jest najważniejsze. Dla nas to też priorytet. Nie patrzymy nawet na koszt. Do Lube lecieliśmy czarterem, teraz do Kazania też lecimy czarterem i nieważne, że takie loty nie należą do tanich.

Tanie nie są też testy na covid. Na pewno przekonaliście się o tym przez cały sezon w Lidze Mistrzów.

- W regulaminie jest napisane, że 72 godziny przed każdym meczem wszyscy muszą mieć zrobione testy i dopiero negatywne wyniki pozwalają lecieć na mecz. A na miejscu są kolejne testy, żeby móc wrócić. Nasi zawodnicy już po kilkanaście razy byli testowani. Mówię o testach PCR, a dodatkowo są jeszcze robione szybkie testy kasetkowe. Powiedzmy tak: parę złotych na to wszystko wydaliśmy, ale rozumiemy, że zdrowie jest najważniejsze i że na tym nie wolno oszczędzać.

Za to trudniej zrozumieć postawę CEV. I bez pandemii mówiło się, że w Lidze Mistrzów na zero potrafią wyjść polskie kluby, bo mają świetną frekwencję na meczach, a teraz, w pandemii, tracą wszyscy. Natomiast Europejska Konfederacja Piłki Siatkowej jak nie pomagała, tak nie pomaga.

- Jest ciężko. Co prawda głośno się CEV chwali, jak to klubom pomaga, jak to niby zwiększył nagrody, ale prawda jest taka, że tylko finaliści mogą do swojej gry w Lidze Mistrzów nie dokładać, nawet coś zarobić. Gdy mieliśmy turniej u siebie, to dostaliśmy jedynie testy kasetkowe, którymi mogliśmy przebadać wszystkich zawodników wszystkich drużyn. Na tym wsparcie CEV-u się kończy. Więcej - kluby płacą za sędziów, za supervisorów, za ich podróże na mecze. I jak patrzę na dobór tych ludzi, to nie mogę zrozumieć, dlaczego do Polski przylatuje ktoś z Portugalii, Grecji czy Turcji, a nie z Czech, Niemiec czy Słowacji. Przecież ludzie z sąsiednich krajów mogliby nawet wsiąść w samochód i bezpiecznie oraz taniej dojechać do nas.

Sporo mówi Pan o podróżowaniu, o komforcie zawodników, a jak było, gdy Pan grał o medale dla Kędzierzyna? Na takie Final Four do Mediolanu jechaliście autokarem?

- Nie, lecieliśmy samolotem, ale teraz szuka się wygodnych połączeń, a wtedy szukało się najtańszych. Wtedy wstawało się o 3 czy 4 rano, żeby pojechać na samolot, a teraz kluczowy jest odpoczynek. Do tego stopnia, że po meczu nawet bierzemy w hotelu jeszcze jedną dobę, żeby tylko zawodnicy mogli się spokojnie wyspać, a gdy zregenerują siły, to wylatuje się trochę później. Oczywiście teraz, w czasach, covidu, jest trudniej, bo połączeń jest mniej. Jest jak kiedyś, wiele lat temu. Dlatego teraz stawiamy na czartery, żeby zawodnicy nie tracili. Podróżuje się też zupełnie innym autokarem. Z miejscami do siedzenia tak wygodnymi, by kręgosłup wypoczywał, a nie się męczył. Jest mnóstwo drobnych szczegółów, które budują wynik.

Gdy w 2002 roku Mostostal grał Final Four w Opolu, pisano i mówiono, że ma budżet 4-5 razy niższy niż pozostali uczestnicy turnieju. Jak jest teraz z Zaksą?

- Dziś różnica jest chyba nawet większa. Nie chcę nikomu zaglądać do portfela, ale mówi się, że w Rosji kontrakty są o 50 proc. wyższe niż gdziekolwiek indziej w Europie. I że to ze względu na tzw. szkodliwe warunki pracy. Chodzi o pogodę, o warunki do życia. Kazań jest szczególny. Mówi się, że to przedstawiciel ligi rosyjskiej, natomiast w samym Kazaniu ludzie podkreślają, że to jest stolica Tatarstanu i nawet trochę ich to boli, że mówi się o nich, że są Rosjanami. To jest duma i chluba tego stanu.

Pan nigdy nie miał propozycji z Rosji czy miał Pan, ale się nie zdecydował, bo te warunki uznał za zbyt szkodliwe?

- Miałem propozycje z Rosji. W czasach gry w Mostostalu. Nie zdecydowałem z kilku powodów. Głównie ze względu na rodzinę, na małe dziecko.

We Włoszech z rodziną mieszkać przyjemniej?

- Przyjemniej, cieplej, smaczniej. Zupełnie inaczej.

Zgodzi się Pan, że w czasach pandemii rozgrywki klubowe mają szczególnie duże znaczenie, bo praktycznie nie ma poważnych rozgrywek reprezentacyjnych?

- Przede wszystkim to jest zupełnie coś innego, jeśli chodzi o poziom stresu, emocji i marzeń. Przekonaliśmy się o tym, grając z Lube. Byliśmy reprezentantami polskiej siatkówki, mecze cieszyły się bardzo dużym zainteresowaniem, ale odczuliśmy, że wielu ludzi było przeciwko nam, bo my nie jesteśmy klubem z miasta tych kibiców. Natomiast kiedy gra reprezentacja, to ona przeciwników w kraju po prostu nie ma. Oczywiście to zrozumiałe, że żaden klub nigdy nie będzie się równał z kadrą. W wielu klubach gra wielu obcokrajowców. Choć akurat u nas jest ich tylko dwóch. U nas nie ma też tego, co częste u innych - że nie gra u nich ani jeden wychowanek. Ale nawet gdyby drużyna klubowa była oparta tylko o takich ludzi, to i tak siatkówki klubowej do reprezentacyjnej nie da się porównać na żadnym poziomie.

Przede wszystkim na poziomie emocji i marzeń? No nawet to czwarte miejsce w w Final Four w Opolu, przed własnymi kibicami, nie zabolało Pana tak, jak bolały niektóre stracone szanse w reprezentacji?

- Oczywiście! To całkowicie inne emocje niż na przykład porażka w ćwierćfinale igrzysk olimpijskich w Pekinie z Włochami. Igrzyska to największe marzenie. Takie odpadnięcie boli najbardziej, bo to często jedyna szansa w całej karierze na dojście do najważniejszego medalu. A rozgrywki klubowe są co roku, zawsze można zacząć nową historię i walczyć o najwyższe cele.

A propos wychowanków - Kamil Semeniuk, numer 13, jak kiedyś Pan, a Pan już mówił, że on jest trochę jak Pan na początku kariery. Proszę sobie wyobrazić, że wygrywacie dwumecz z Zenitem i finał Ligi Mistrzów gracie z Perugią. I pójdźmy dalej - że Semeniuk Wam ten finał wygrywa i wtedy Vital Heynen na poważnie zaczyna myśleć o nim w kontekście igrzysk w Tokio. Realne czy nie?

- Jeszcze raz powiem, że trzeba marzyć i trzeba dążyć do spełnienia marzeń. Z tego, co wiem, Kamil będzie w tym roku sprawdzany w reprezentacji. Nie wiem, jak trener Heynen sobie wszystko dokładnie zaplanował, bo wielki turniej Ligi Narodów w bańce antycovidowej w Rimini budzi wiele pytań, choćby o to, jak duże będą kadry i jaka będzie możliwość rotowania zawodnikami. Ale Kamil na pewno ma przyszłość przed sobą i myślę, że wcześniej czy później doczeka się nie tylko gry w biało-czerwonej koszulce, ale też wysłuchania "Mazurka Dąbrowskiego" na podium nawet igrzysk olimpijskich.

Polacy mają wątpliwości co do Ligi Narodów. Domagają się wyjaśnień. Polacy mają wątpliwości co do Ligi Narodów. Domagają się wyjaśnień. "Osiem znaków zapytania"

Uważa Pan, że kadra nam się nie zestarzała, nie zepsuła i mimo przesunięcia igrzysk o rok pozostajemy kandydatem do złota w Tokio?

- Uważam, że jesteśmy jednym z dwóch-trzech faworytów. Popatrzmy na poszczególne ligi. Nasza liga, liga włoska i rosyjska grają, tam zawodnicy podnoszą swoje umiejętności. Liga brazylijska ma wielkie problemy i przez to wielu reprezentantów Brazylii też ma kłopoty. My mamy kadrowiczów w klubach grających na wysokim poziomie i o wysokie cele. A inni naprawdę mają mniej takich możliwości. Nawet Włosi, bo choć mają bardzo mocną ligę, to proszę popatrzeć, ilu reprezentantów Italii gra w trzech-czterech najmocniejszych klubach. I nawet obecni tam Włosi nie odgrywają kluczowych ról. Liga brazylijska, jak mówiłem, z ogromnymi kłopotami, ligi amerykańskiej nie ma, o ligach belgijskiej, francuskiej czy niemieckiej nie ma co mówić, liga turecka traci na znaczeniu. A my cały czas gramy, mamy dobry poziom i to jest duży plus dla naszej reprezentacji.