"Rosjanie wpierniczyli nam nieprawdopodobnie". Ale wobec polskiego cyklonu byli bezradni

Świderski prawie mdlał, Pliński zrywał struny głosowe, Kadziewicz uciekał, żeby nie wybuchnąć, a Winiarski wierzył, że skoro tego dnia pierwszy raz w życiu zostanie ojcem to i pierwszy raz wejdzie do strefy medalowej wielkiego turnieju. Wygrany 3:2 mecz z Rosją na MŚ 2006 w Japonii to prawdopodobnie najlepszy powrót naszej siatkarskiej kadry, a może i jej najważniejszy występ w XXI wieku.

Tydzień z... to nowy cykl na Sport.pl, w którym codziennie przez siedem dni publikujemy artykuły dotykające wspólnego tematu. Od 26 kwietnia do 3 maja zajmujemy się największymi powrotami i zwycięstwami, które jeszcze w czasie trwania zawodów wydawały się bardzo odległe lub wręcz niemożliwe.

Był styczeń 2005 roku. Polski Związek Piłki Siatkowej zatrudnił zagranicznego trenera dla męskiej kadry. W federacji uznano, że potrzeba fachowca spoza krajowego środowiska. Że może ktoś taki w pełni wykorzysta potencjał drużyny, która od lat aspiruje do światowej czołówki, ale nie potrafi się do niej przebić.

Zobacz wideo Kubiak o relacjach z Heynenem: Nie jesteśmy kolegami

Serbski mistrz nas zwodził. Wolał Rosję

Prezes Mirosław Przedpełski nie krył, że faworytem konkursu jest Zoran Gajić. Cztery i pół roku wcześniej Serb poprowadził reprezentację swojego kraju do złotego medalu igrzysk olimpijskich w Sydney. Dlaczego Polski nie poprowadził, mimo że do konkursu się zgłosił? Chciał góry pieniędzy, luksusowej willi w Warszawie, miejsc w wybranej szkole dla swoich dzieci i wielu innych rzeczy. A tak naprawdę najbardziej chciał zostać trenerem Rosji, a nie Polski. Pewnie dlatego w rozmowach z Przedpełskim tylko podbijał stawkę. Grał na czas, czekając co zdecydują nasi więksi wówczas w siatkarskim świecie sąsiedzi.

Polska postawiła na Raula Lozano. Argentyńczyk nie był trenerem znikąd. Przemawiały za nim sukcesy osiągane z najlepszymi włoskimi klubami. Ale w siatkówce reprezentacyjnej na wielkie chwile czekał przez długie lata swej kariery, tak jak przez długie lata czekała nasza kadra. W 2006 roku to ogrywając Gajicia Lozano sprawił, że Polska zagrała o medal wielkiego turnieju po raz pierwszy od ponad 20 lat.

Siedem idealnych meczów i nóż na gardle: typowa siatkówka

3:0 z Chinami, 3:0 z Argentyną, 3:0 z Egiptem, 3:0 z Portoryko, 3:0 z Japonią, 3:0 z Tunezją i 3:0 z Chinami - siedem razy 3:0. Mało. Międzynarodowa Federacja Piłki Siatkowej nie byłaby przecież sobą, gdyby nie udziwniła zasad rozgrywania mistrzostw świata. W 2006 roku idealny bilans setów nie znaczył wiele. Akurat wtedy ważniejsze było ratio małych punktów zdobywanych w poszczególnych partiach. Polska po imponującej serii podchodziła więc do meczu z Rosją mając nóż na gardle. Porażka oznaczałaby, że nasz zespół traci szanse na grę w półfinale. Bez znaczenia byłby wynik zaplanowanego na kolejny dzień spotkania z Serbią i Czarnogórą.

- Graliśmy kapitalny turniej i zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że to nie ma znaczenia, bo o wszystkim będzie decydował mecz z Rosją. Tak się sytuacja ułożyła, że Serbowie wygrali z Rosją i my też musieliśmy. Porażka eliminowała nas z gry o medale - przypomina Michał Winiarski. - Regulamin był ułożony bardzo dziwnie. Mecz z Rosją był bardzo trudny mentalnie - uzupełnia Sebastian Świderski.

"Na początku wpierniczyli nam nieprawdopodobnie"

Czy Polaków przytłoczyła stawka? 19:25, 19:25 - po dwóch gładko przegranych setach zanosiło się na klęskę. - Rosjanie dominowali w każdym elemencie. Nie mogliśmy sobie kompletnie poradzić w ofensywie, mieliśmy wielkie kłopoty z przyjęciem ich zagrywki - wspomina Świderski.

"Na początku wpierniczyli nam nieprawdopodobnie" - mówił na gorąco Daniel Pliński. W relacji z meczu "Gazeta Wyborcza" pisała, że środkowy stracił głos. "Kiedy trener brał czas, po prostu wrzeszczałem. Tak pragnę medalu, że włożyłem w mecz wszystko, całą energię, jaka we mnie tkwiła. Może nawet więcej" - opowiadał jeden z bohaterów. "Była przerwa, a ja odszedłem na bok, bo szalałem z wściekłości" - opowiadał Łukasz Kadziewicz. "Chciałem to przezwyciężyć, nie zarażać kolegów złą energią" - dodawał drugi środkowy.

Złej energii nie poddał się żaden z Polaków. - Nie pamiętam, co między sobą mówiliśmy po dwóch setach, bo to nie było tak, że wyszliśmy bez wiary w siebie i nagle musieliśmy jej za wszelką cenę szukać. Nas chyba za bardzo usztywniła stawka, za mocno chcieliśmy i dopiero z czasem to wielkie usztywnienie zaczęło nas puszczać - opowiada Winiarski.

Stali i czekali aż trener pozwoli im przeskoczyć siatkę

Świderski pewne słowa pamięta. - Wchodząc za mnie Piotrek Gruszka mówił, żebym się za bardzo nie oziębił, że zaraz wracam, że na pewno wszystko będzie okej - mówi. - Na szczęście nie musiałem wracać, bo Piotrek dał bardzo dobrą zmianę. Mnie ten mecz kompletnie nie wyszedł. A wy, dziennikarze, i kibice, nie dajecie mi o nim zapomnieć - śmieje się były przyjmujący.

W trzecim secie kapitan Gruszka zmienił niezawodnego we wcześniejszych meczach Świderskiego, a Grzegorz Szymański wszedł za niemal nieomylnego dotąd w turnieju Mariusza Wlazłego. - Zmiany Grześka i Piotrka były kapitalne. Wcześniej w siedmiu meczach praktycznie cały czas graliśmy jedną szóstką. Rosjanie pewnie nie byli na te zmiany przygotowani, Szymańskiego nie mogli mieć tak rozpisanego jak Wlazłego - mówi Winiarski. - Ale nie dlatego Grzesiek i Piotrek wnieśli tyle dobrego i odmienili mecz. Z własnego doświadczenia wiem, bo parę razy byłem w turniejach rezerwowym, szczególnie na początku przygody z reprezentacją, że jeżeli po czterech-pięciu meczach stania w kwadracie w końcu się dostało szansę, to wewnętrznie się czuło tak świeżym i przygotowanym, że chciało się przeskoczyć siatkę - dodaje "Winiar".

Cyklon Polska. "Kurczę, nie ma szans, żebyśmy przegrali!"

Trzeciego seta Polska wygrała do 22, czwartego do 20, a decydującego, piątego, do 11. Im dłużej trwał mecz, tym wyżej nad siatką fruwali nasi zawodnicy i tym bardziej bezradni byli rywale. Japońska telewizja już przed tie-breakiem stwierdziła, że Rosja jest bezradna, bo właśnie spadł na nią cyklon.

- Pamiętam moment, w którym poczułem, że wygramy. "Kadziu" poszedł na zagrywkę i trafił Połtawskiego. Już nie pamiętam w którym to było secie, ale trafić z zagrywki przebiegającego atakującego? No, to się zdarza bardzo rzadko. To taki moment, który pokazał, że poza umiejętnościami sportowymi po naszej stronie jest też szczęście. Wtedy pomyślałem: "kurczę, mimo tych dwóch setów, nie ma szans, żebyśmy przegrali!" - wspomina Winiarski.

As serwisowy Kadziewicza (piłka wylądowała na plecach Połtawskiego, który nie zdążył uciec) to akcja z początku tie-breaka. Rosjanie naprawdę byli wtedy bezradni. - Ta sytuacja pokazała nam, że po ich stronie są nerwy, że jest bałagan. My sobie zdawaliśmy sprawę z tego, że przegrana przekreśla nasze medalowe szanse, a oni byli w takiej samej sytuacji. Na nich ciążyła większa presja. My się do czołówki światowej dobijaliśmy, ale nigdy jeszcze nic nie wygraliśmy. A oni musieli potwierdzić swoją wielkość. W tamtych czasach Rosja była bardzo mocna, stała w hierarchii wyżej od nas. Oni tego nie udźwignęli. My tak - mówi Winiarski.

Mistrz świata był dzieckiem. I po dwóch setach wolał pójść do szkoły

Polacy triumfowali i przechodzili do historii, ale co wrażliwsi i bardziej nerwowi tego nie widzieli.

28 listopada 2006 roku Artur Szalpuk miał 11 lat. Już trenował siatkówkę i już marzył, że kiedyś będzie jak jego ojciec, Jarosław, reprezentant kraju. Mecz o półfinał MŚ 2006 zaczął się, gdy w Polsce była godzina 7.25. - Nie poszedłem do szkoły na pierwsze zajęcia. Rodzice mi wyjątkowo pozwolili. Niestety, przy 2:0 dla Rosji odpuściłem, poszedłem na lekcje - mówi mistrz świata z 2018 roku.

Świderski słysząc tę historię długo się śmieje. - Wiem, że ludzie wstali, obejrzeli dwa sety i wielu dalej meczu nie oglądało. Słyszałem, że niektórzy zrezygnowali już po pierwszym secie - mówi. - Bardzo się cieszę, że ci kibice później żałowali i musieli obejrzeć retransmisję, żeby zobaczyć jak to się stało, że nasza reprezentacja wróciła - dodaje.

Winiarski też się śmieje, słuchając historii Szalpuka. - Takie opowieści do mnie nie docierały, ale z Polski płynęło mnóstwo pozytywnych informacji. Nasze rodziny mówiły nam, że napięcie i oczekiwanie na nasz sukces są bardzo duże. Od kolegów, którzy byli wtedy nauczycielami, słyszałem, że w ramach lekcji na świetlicach były oglądane nasze mecze. W dzisiejszych czasach to już chyba coś niewyobrażalnego - mówi.

- To spotkanie pokazało nam, że jesteśmy mentalnie bardzo mocni i potrafimy wrócić z bardzo dalekiej podróży. Wcześniej jak przeciwnik nas tłamsił, to spuszczaliśmy głowy, nie umieliśmy się odbudować. Od tego meczu w następnych latach wiele razy tak walczyliśmy i tworzyliśmy takie horrory, że kibice mówili, że powinniśmy im opłacać wizyty u kardiologów - mówi Świderski.

"Fizjolog musiał mi pomagać, żebym nie zjechał"

Co ciekawe jeden z liderów kadry w trakcie pamiętnego meczu mocno walczył, żeby go do końca obejrzeć. - Bardzo przeżywałem to spotkanie. Dopadł mnie straszny kryzys fizyczny po trzecim secie, a przed piątym fizjolog musiał mi mocno pomagać, żebym nie zjechał, nie zemdlał - opowiada "Świder". - Wielkie nerwy, wszystko się skumulowało, pamiętam ten zjazd fizyczny i psychiczny jakby to było dzisiaj. Stres, emocje, gorsza dyspozycja fizyczna, bo turniej był morderczy, a my we wcześniejszych siedmiu meczach graliśmy prawie bez zmian. Do tego doszły przejazdy, wcześniej trudne przygotowania, bo trener Lozano miał swój rygor. To wszystko się u mnie nawarstwiło akurat w tym spotkaniu - tłumaczy.

Dzień później Świderski był już sobą. W meczu z Serbią i Czarnogórą Lozano wrócił do podstawowego składu. Skończyło się kolejnym w turnieju 3:0 dla Polski. - Po pokonaniu Rosji poczuliśmy, że już nie odpuścimy medalu. I dlatego dla nas bardzo ważny był też mecz z Serbami następnego dnia. Wtedy walczyliśmy o to, z kim się zmierzymy w półfinale. Wygraliśmy 3:0 i dzięki temu o finał graliśmy z Bułgarią. Wiedzieliśmy, że jesteśmy zespołem lepszym, dla nas to była ogromna szansa zagrać z nimi, a nie z Brazylią - wspomina Winiarski. - Po meczu z nami kapitan Serbii Nikola Grbić powiedział, że niestety przegrali i będą musieli zagrać z Brazylią, i że jeżeli gra nie idzie na noże, to ciężko jest im wyzwolić w sobie maksymalne emocje, pełną sportową złość. My to już wtedy potrafiliśmy - dodaje.

Lozano i kult pracy. Pliński deklarował więcej, ale więcej się nie dało

Oni potrafili, bo Lozano przekonał ich, że potrafią. Gajić negocjując z PZPS-em miał duże wymagania, ale i Lozano oczekiwał konkretnych rzeczy. Do codziennej pracy w godzinach 7-23 (a często dłużej) zbudował profesjonalny sztab, z ludźmi do analizy statystyk wyposażonymi w programy do ich tworzenia. W Spale na jego polecenie stworzono siłownię z prawdziwego zdarzenia. Argentyńczyk, przekazując swoje prośby  działaczom nie bawił się w dyplomację. Usłyszeli, że na tym, co widzą, mogą sobie trenować oni, a nie reprezentanci kraju. Wreszcie w drugim roku swojej pracy, czyli w roku mistrzostw świata, szkoleniowiec przekonał wszystkich, że liga może ruszyć dopiero w połowie grudnia, gdy kadra wróci z Japonii. I tak wystartowała - dokładnie 12 dni po tokijskim finale.

- Przygotowania do mistrzostw były ogromnym wysiłkiem i wyrzeczeniem. Byliśmy skoszarowani dwa czy nawet trzy miesiące. Do Japonii polecieliśmy wcześniej, mieliśmy dwa tygodnie na aklimatyzację. Wszystko podporządkowaliśmy temu turniejowi. Bardzo się zżyliśmy. Wszyscy - zawodnicy, sztab szkoleniowy. Raul zbudował w nas pewność siebie - wspomina Winiarski.

- Po przegranym finale mistrzostw Daniel Pliński powiedział słowa, które wszyscy zapamiętaliśmy. Siedzieliśmy na kolacji z trochę spuszczonymi głowami, ale jednocześnie zadowoleni ze srebrnych medali. Daniel powiedział wtedy, że w następnym roku będziemy jeszcze po pół godziny więcej trenować, żeby pokonać Brazylijczyków. A nie było możliwości, żeby trenować jeszcze więcej, bo zajęcia mieliśmy od śniadania do obiadu i od obiadu do kolacji. Te pół godziny to było wszystko, co mieliśmy na wykąpanie się, przebranie i zjedzenie - dodaje Świderski.

Mecz jak mit założycielski

Po zwycięstwie nad Rosją 3:2, a później Serbią 3:0 i w półfinale Bułgarią 3:1 nasi siatkarze w meczu o złoto nie postawili się Brazylijczykom. Ale mimo porażki 0:3 wracali do kraju jako bohaterowie. - Po tych mistrzostwach tak naprawdę nakręciła się cała koniunktura na nasz sport, w naszej lidze pojawiło się jeszcze więcej dobrych zawodników, a reprezentacja szła do przodu i chociaż miała słabsze sezony, to jednak zdobywała medale wielkich imprez. Nasz medal był pierwszym od bardzo dawna - mówi Winiarski.

Między srebrem ME 1983 a srebrem MŚ 2006 minęły aż 23 lata. - Raul już wcześniej mówił nam, że jesteśmy bardzo silni. O mistrzostwach świata, znając drabinkę i analizując na kogo możemy trafić, mówił, że jedziemy walczyć o medal. Oczywiście większość nie za bardzo w to wierzyła, począwszy od kibiców, a skończywszy nawet na niektórych z nas - dodaje Świderski.

Wiara w zespole umacniała się z kolejnymi zwycięstwami w japońskim mundialu. A powrót z 0:2 z Rosją był kluczem do powrotu Polski do światowej czołówki.

- Trudno mi wybrać jeden najważniejszy dla mnie mecz ze wszystkich, jakie przez lata zagrałem w reprezentacji. Ale ten z Rosją z pewnością był wyjątkowy. Dla naszej współczesnej siatkówki był początkiem wszystkiego, co dobre. On nam pozwolił przekroczyć pewną granicę. Przede wszystkim mentalną, psychiczną. Wiedzieliśmy, że to jest przełom, dostaliśmy dowód, że praca, którą wykonaliśmy, dała efekt - mówi Winiarski, wicemistrz świata z tamtego 2006 roku, ale też mistrz świata z roku 2014.

Dla niego 28 listopada 2006 roku jest pewnie ważniejszy niż dla kogokolwiek z ekipy naszych srebrnych medalistów. - Tamtego dnia miałem dodatkowe emocje, poza boiskiem. Dziecko mi się rodziło - opowiada były kapitan kadry (na MŚ 2006 był nim Gruszka, Winiarski opaskę przejął kilka lat później). - To się zaczęło dziać przed meczem, wiedziałem, że po meczu mogę już być tatą. Te wspomnienia są wspaniałe - kończy Winiarski.

Więcej o: