Kapitan reprezentacji Polski: Treningi na zasadach więziennictwa mijają się z celem

- Każde spotkanie w grupie, która ma pojechać na igrzyska w Tokio, na pewno będzie owocujące. Ale pod warunkiem, że to spotkanie będzie miało ręce i nogi. Zrobienie czegoś na przymusie i na zasadach więziennictwa mija się z celem - mówi Michał Kubiak. Z kapitanem reprezentacji Polski siatkarzy rozmawiamy o zgrupowaniu kadry, które ma się odbyć w czerwcu w Spale, w Centralnym Ośrodku Sportu otwartym na restrykcyjnych warunkach.

W sobotę premier Mateusz Morawiecki i minister sportu Danuta Dmowska-Andrzejuk przedstawili plan odmrażania polskiego sportu w dobie pandemii koronariwusa. Wśród licznych zapisów i pomysłów dużo komentarzy wywołują te, które dotyczą otwarcia Centralnych Ośrodków Sportu dla zawodników szykujących się do igrzysk olimpijskich w Tokio.

Wiadomo, że w pierwszej grupie sportowców udających się do COS-ów nie znajdą się siatkarze. Oni swoje zgrupowanie planują na czerwiec. Jak się okazuje, w tym roku nie będą mieli turnieju, do którego musieliby szczególnie się przygotowywać.

Zobacz wideo Czołowe ligi planują powrót do gry.

Łukasz Jachimiak: FIVB ma lada dzień ogłosić, że Liga Narodów 2020 się nie odbędzie. W tym roku zagracie co najwyżej towarzyskie mecze - czy w takim razie jest sens, żeby 1 czerwca reprezentacja zaczynała zgrupowanie w Spale?

Michał Kubiak: To jest trudne pytanie. Nie ma złotego środka. Bo na pewno dobrze byłoby potrenować. Ale nie wiem, czy warto w takiej formie, jaka jest proponowana.

Co jest dla Ciebie trudne do przyjęcia? To, że trenować moglibyście tylko w sześcioosobowych grupach, a nie wszyscy razem?

- Potrzebujemy minimum 12 ludzi, żeby normalnie trenować, przez siatkę popykać. A na razie takich dużych treningów robić nie wolno. My jesteśmy profesjonalistami, Vital Heynen też i wszyscy chcielibyśmy się spotkać, żeby drużynę pozlepiać w tak trudnym roku. Potrenować warto, nawet jak nie będzie żadnego większego celu, żadnego oficjalnego turnieju. Wielki cel jest przesunięty na 2021 roku i do niego musimy się przygotować. Każde spotkanie w grupie, która ma pojechać na igrzyska w Tokio, na pewno będzie owocujące. Ale pod warunkiem, że to spotkanie będzie miało ręce i nogi. Zrobienie czegoś na przymusie i na zasadach więziennictwa mija się z celem. Z czegoś takiego nie będzie pożytku. Nikt nie będzie usatysfakcjonowany, nikt do Spały nie będzie chciał jechać, jeśli mielibyśmy tylko trochę potrenować, nie w taki sposób, w jaki powinniśmy i jeszcze jeśli później mielibyśmy sami siedzieć w swoich pokojach przez trzy tygodnie.

Trzy tygodnie to jest orientacyjna długość zgrupowania? Taką podawał trener, kiedy dzwonił do każdego z Was i pytał, czy chcecie się w Spale skoszarować?

- Na razie nie ma mowy o dokładnych planach. Z Vitalem rozmawialiśmy jakiś czas temu, a sytuacja jest dynamiczna, ciągle dostajemy jakieś nowe wytyczne i musimy się dostosowywać. Jak będzie pomysł, co ma się dokładnie dziać, to będziemy ustalać szczegóły. Na razie do 1 czerwca jest jeszcze ponad miesiąc. Teraz kajakarze i wioślarze w Wałczu oraz lekkoatleci w Spale będą królikami doświadczalnymi. Na ich przykładzie zobaczymy, czy takie zgrupowania w ogóle mają sens.

Pierwsi sportowcy jadący do COS-ów na poluzowanie rygorów sanitarnych na pewno nie mają co liczyć, a Ty masz nadzieję, że na ich przykładzie się okaże, że z części restrykcji można zrezygnować?

- Oby tak było. Nie wyobrażam sobie choćby tego, że teraz siedzę na dwutygodniowej kwarantannie, bo dopiero co wróciłem z Japonii i od połowy maja znów miałbym mieć kwarantannę przed wyjazdem do Spały. Za coś takiego to dziękuję.

Tworzący procedury dr Jarosław Krzywański opowiadał mi, że przed wyjazdem do Spały albo Wałcza sportowcy mają przechodzić dwa tygodnie nie kwarantanny, tylko izolacji. Na tej izolacji trzeba ograniczyć kontakt z ludźmi, ale można wychodzić z domu na treningi.

- Ale przecież tego nikt nie sprawdzi.

Gdyby wszedł w życie pomysł, żeby sportowcy w COS-ach sami sobie sprzątali, to uznałbyś, że to dobre rozwiązanie?

- Nikomu korona z głowy by nie spadła, gdyby sam poszedł sobie po nowe ręczniki albo poodkurzał w swoim pokoju. Tam nie mamy 150-metrowych apartamentów, których sprzątanie zajmuje dwie godziny. Pokój w Spale ma 10-15 metrów, licząc z łazienką. Na pewno każdy sobie te pomieszczenia może ogarnąć. To jest dobry pomysł, od razu byłaby większa dyscyplina, ludzie trzymaliby większy porządek. Myślę, że na to nikt by się nie obraził, a jeśli dzięki temu moglibyśmy mieć więcej swobody, to na pewno warto.

Nie wiem, czy to by się przełożyło na większą swobodę dla Waszej grupy. Chodzi o to, żeby ograniczyć kontakt zamkniętych w ośrodku sportowców z pracownikami, którzy wracają do swoich rodzin i mogą być nosicielami koronawirusa.

- Możliwe. Ciekawe czy korytarze też mielibyśmy sprzątać. Chyba nie. Ale ja nie wiem, czy korytarz, którym przecież chodzą różni ludzie, to miejsce, w którym wirus może się lepiej przenosić niż gdzie indziej. Nie mam kompetencji, żeby o takich rzeczach mówić. Za to uważam, że zgrupowanie, na którym mielibyśmy trenować po trzy-cztery osoby i mieszkać pojedynczo, nie ma najmniejszego sensu. To się totalnie mija z celem. Nasz sport jest zespołowy, potrzebujemy przebywać w grupie. I tyle. Tak ta drużyna została zbudowana - na przebywaniu ze sobą. I to trzeba podtrzymywać.

Wiem, że nie jesteś z tych bojących się, więc pewnie nie obawiasz się przyjazdu na zgrupowanie na około 100 osób w dobie pandemii? Masz przekonanie, że będziesz bezpieczny, skoro na wejściu wszystkim zrobione będą testy na koronawirusa i wpuszczeni zostaną tylko zdrowi?

- Wszyscy są mądrzy, dopóki sytuacja ich nie dotyka. Wcale nie jestem chojrakiem, który jest przekonany, że nic mu się nie stanie. Ale wiem, że jestem mało narażony na zakażenie. A jeżeli nawet zostanę zakażony, to bardzo małe jest prawdopodobieństwo, że przez chorobę stanie mi się coś poważnego, włącznie ze śmiercią. Równie dobrze mógłbym się bać, że będę leciał samolotem, który spadnie albo że będę jechał samochodem, który się rozbije lub w który ktoś wjedzie. Oczywiście na koronawirusa umiera dużo ludzi, ale młody, silny, wysportowany człowiek na pewno nie jest tak narażony jak osoby w podeszłym wieku z chorobami współistniejącymi.

Mówisz, że nie jesteś chojrakiem, ale niedawno z żoną i z dziećmi wybrałeś się na wycieczkę na wyspę Hokkaido, mimo że wszyscy Wam to odradzali, tłumacząc, że to epicentrum koronawirusa w Japonii.

- Polecieliśmy, wróciliśmy i nic się nie stało. Nikogo do niczego nie namawiam, każdy prowadzi swoje życie jak chce. Oczywiście przestrzegając prawa. Nikomu nie można zabronić żyć tak jak chce. Choć z drugiej strony trzeba też myśleć o bardziej narażonych, o starszych. Ze względu na nich izolacja jest ważna, oni potrzebują, żebyśmy zakrywali maskami usta i nosy. Róbmy to, żeby nie zaszkodzić innym.

Mówiłeś, że jesteś na domowej kwarantannie po powrocie z Japonii - dużo jeszcze Ci jej zostało?

- Po podróży z Japonii przez Holandię i Niemcy polską granicę przekroczyliśmy we wtorek. Ale dwutygodniowy czas kwarantanny liczy się nam od środy 22 kwietnia. Czyli jeszcze trochę nam zostało.

Policja sprawdza, czy nie wychodzicie z domu?

- Tak, codziennie meldujemy się i dostajemy wymeldowanie. Bo każdy, kto jest na domowej kwarantannie musi ściągnąć na telefon aplikację "Kwarantanna domowa", musi robić selfie pokazujące, że jest w miejscu kwarantanny. I tak nam życie mija od kontroli do kontroli.

Po wyjeździe z Japonii śledzisz sytuację w tym kraju?

- Jak najbardziej. Za cztery miesiące będę do Japonii wracał, więc wszystko, co się tam dzieje, ciągle mnie dotyczy. Mam nadzieję, że sytuacja się tam wkrótce unormuje. Chociaż wcale nie jest krytyczna, jak to przedstawiają media w Polsce. Nie wierzę choćby w to, że kraj zamieszkały przez 130 milionów ludzi ma tylko 44 tysiące miejsc pozwalających na leczenie z koronawirusa. W mediach są przedstawiane różne rzeczy, które sieją zamęt, a tak naprawdę nie mają nic wspólnego z prawdą.

Trochę ponad 13,5 tysiąca przypadków zarażeń koronawirusem w Japonii mającej 130 milionów mieszkańców nie wygląda źle przy ponad 11,5 tysiąca przypadków w liczącej 38 milionów obywateli w Polsce.

- Dokładnie. Zostały poczynione duże starania i w Japonii, i w Polsce, i prawie na całym świecie, które mają zminimalizować rozprzestrzenianie się tego wirusa. Stosujmy się do zaleceń, bo bez nich zachorowań i zgonów byłoby więcej. Natomiast ja staram się żyć normalnie. Nie zaprzątam sobie głowy tym, że gdzieś tam nade mną czai się wirus i "Bożesz ty mój, co się stanie?". Kurczę, no, przecież na wszystko nie mam wpływu. Uważam, jak tylko mogę, ale nie chcę dać się zwariować.

Jak odbierałeś głosy mówiące, że Japonia zaniżała liczbę zachorowań, chcąc za wszelką cenę nie przekładać terminu igrzysk w Tokio? 24 marca, w dniu ogłoszenia, że igrzyska odbędą się za rok, w Japonii oficjalnie zanotowano tylko 65 przypadków zarażenia koronawirusem i wtedy chorych było w sumie tylko trochę ponad tysiąc osób. Teraz dziennie jest nawet po 700 przypadków.

- Odpowiedzmy sobie na to pytanie najbardziej racjonalnie, jak się da. Jeżeli można jakoś zataić osoby, które zachorowały, to zgonów już ukryć nie można. Zgonów z powodu wirusa do decyzji o przełożeniu igrzysk w Japonii było bardzo mało. Dlatego twierdzę, że Japończycy niczego nie zatajali. Ale oczywiście nie zasiadam w japońskim rządzie. I domyślam się, że ten rząd za wszelką cenę chciał doprowadzić do rozegrania igrzysk w planowanym terminie, bo Japończycy zainwestowali w to mnóstwo pieniędzy. Mówię: trochę zachorowań ukryć pewnie można, ale zgonów nie.

Niedawno Chiny przyznały, że w Wuhanie zmarło o 50 proc. więcej ludzi niż podawano przez trzy miesiące. Ale rozumiem, że tam jest i inna skala epidemii, i inny ustrój polityczny.

- Nie chcę się wypowiadać na tematy polityczne, nie chcę mówić o ustrojach różnych krajów. Nic mi do tego. Ale w Japonii żyłem i wiem, jak Japonia wygląda. Do momentu mojego wyjazdu nikt tam nie panikował, życie na ulicach toczyło się normalnie. Oczywiście wiele sklepów i galerii handlowych zamknięto. Ale nie wszystkie. Prawo w Japonii nie może nakazać właścicielom sklepów czy restauracji, żeby je zamykali. Właściciela można tylko poprosić. Naprawdę dużo lokali było otwartych. Ludzie pracowali. Na ulicach było ich troszeczkę mniej niż zwykle, ale nie dało się odczuć, że coś wielkiego się dzieje.

Tobie przełożenie igrzysk na rok 2021 komplikuje życie? Starym człowiekiem nie jesteś, ale chyba czekałeś na sukces w Tokio i po takim sukcesie pewnie ładnie pożegnałbyś się z reprezentacją?

- Przesunięcie igrzysk mnie nie zmartwiło, ale teraz do momentu skończenia sezonu w Japonii byłem zdrowy, nie mam żadnej poważnej kontuzji. A tak będę musiał się pilnować o rok dłużej i przygotowywać się o rok dłużej. Jednak poza jakimś strachem o kontuzję innych obaw nie mam. Uważam, że 32 lata w tym roku czy 33 lata w przyszłym to nie jest wiek, który by mnie dyskredytował i zamykał drogę do olimpijskich marzeń. Wręcz przeciwnie. Przekładam swoje marzenia o rok, jeszcze rok poczekam na spełnienie tego, o czym marzę od dziecka. I głęboko wierzę, że nam wszystkim z drużyny uda się marzenie spełnić.

Więcej o: