Siatkówka. Marcin Komenda: Wierzę, że jeśli będę dobrze grał w Resovii, Vital ponownie mnie dostrzeże

- Nie mam problemu z tym, że ktoś będzie mi patrzył na palce - mówi w Sport.pl o presji igrzysk rozgrywający polskiej kadry i Asseco Resovii Rzeszów, Marcin Komenda. Pierwszy mecz sezonu jego klub przegrał 2:3 z GKS-em Katowice.
Zobacz wideo

Rozgrywki kadrowe zakończył pan jako jeden z trzech faworytów do wyjazdu na igrzyska i brązowy medalista mistrzostw Europy. W pierwszym meczu sezonu klubowego w naprzeciw pana wyszedł rozgrywający Jan Firlej, który ostatni sezon spędził w słabszej lidze belgijskiej. Zagrał fenomenalnie. Zabolało?

Marcin Komenda: - Nie rozpatruję tego osobiście. Gratulacje dla Janka - zagrał bardzo dobry mecz, podobnie jak większość chłopaków z GKS-u Katowice. To jest sport drużynowy. Nie wiem, dlaczego jego postawa miałaby mnie zaboleć. Bardziej kłuje mnie to, że przegraliśmy pierwsze stracie sezonu. Jeszcze dużo grania przed nami, więc nie możemy się załamywać.

Zaboleć mogło choćby dlatego, że teraz oczy całej siatkarskiej polski zwrócone są w pana stronę. Eksperci, media i kibice nie zawsze będą wymagać świetnej postawy, ale na pewno nie przestaną patrzeć panu na pace i porównywać choćby do Grzegorza Łomacza.

- Nie mam problemu z tym, że ktoś będzie mi patrzył na palce. Jeśli jestem w gronie potencjalnych kadrowiczów na przyszły sezon, to na pewno każdy będzie zwracał na mnie uwagę. Mimo wszystko najbardziej liczy się dla mnie to, byśmy wygrywali jako drużyna. Jeżeli będę się dobrze prezentował, to na pewno będzie dla mnie plus.

Do kadry wszedł pan jako gracz klubu, który nie był na topie. Medalem mistrzostw Europy i progresem, który pan zrobił, udowodnił pan sobie, że nie ma podstaw do absolutnie żadnych kompleksów względem bardziej utytułowanych kolegów?

- Tak, sam sobie coś udowodniłem. W sporcie nie chodzi o to, by udowadniać coś innym. Teraz wiem, że jestem w stanie grać na bardzo wysokim poziomie, co mnie bardzo cieszy. Czy miałem problem z tym, że do kadry przyszedłem z teoretycznie słabszego klubu? Mogę powiedzieć tylko tyle, że na pewno jest różnica, jeśli cały rok trenuje się w zespole z "topu". Zbiera się doświadczenie z grania i treningów. Taki jest los rozgrywającego - im więcej lat ma na karku, tym lepiej. Bardzo trudno jest w młodym wieku "wskoczyć" do najlepszych drużyn. Na podstawie przebytej drogi mogę jednak powiedzieć, że podejmowałem dobre decyzje. Zarówno w Kielcach, jak i Katowicach dostawałem swoją szansę i trafiłem na dobrych trenerów.

Szkoleniowca ma pan tego samego, co w zespole z Katowic. Na czym więc konkretnie polega różnica między trenowaniem w GKS-ie a Resovii?

- Każdy trener ma swoją metodykę pracy i prowadzi zespół na obrany przez siebie sposób. Piotr Gruszka dobrze wykonuje swoją pracę. Do Resovii nie trafia się za nic - trzeba być naprawdę świetnym fachowcem. Nie odczuwam więc większej różnicy.

Trudno się mierzy z tym, że jako drużyna macie być nowym startem w historii Resovii? Po kilku nieudanych sezonach ta edycja PlusLigi ma być dla klubu odbudowaniem.

- Zgadza się. Wiemy, co mamy zrobić. Kibice mają wobec nas oczekiwania. Osobiście mogę powiedzieć, że w stu procentach jestem na nie gotowy. Pierwsza porażka z GKS-em to nie powód do tego, by nas skreślać. Ona nie zadecyduje o kolejności w tabeli. Wierzymy, że rzeszowska publiczność będzie nas wpierać, a jak za tym pójdą wyniki, to sezon będzie udany.

W każdym meczu wyjdzie pan na parkiet z myślą, że musi pokazać się Vitalowi Heynenowi?

- Nie, przede wszystkim chcę skupić się na klubie. To on jest teraz istotny. Wierzę, że jeśli będę dobrze grał w Resovii, Vital ponownie mnie dostrzeże.