Małgorzata Glinka: Jeśli Polska jest Kopciuszkiem, to gotowym na bal

- Magda Stysiak może zrobić większą karierę niż ja. To jest pewne - mówi Małgorzata Glinka. Dwukrotna mistrzyni Europy, MVP turnieju z 2003 roku rozegranego w Turcji, po latach wraca do Ankary, by kibicować młodszym koleżankom. - Rośnie nam zespół jak ten Andrzeja Niemczyka. Rywalki na pewno się nas boją - przekonuje legenda polskiej siatkówki w rozmowie ze Sport.pl. Relacja na żywo z półfinału Turcja - Polska w sobotę od godziny 18.30

Łukasz Jachimiak: Szesnaście lat minęło i polskie siatkarki znów grają w Ankarze o medal mistrzostw Europy. Oglądając mecze kadry Jacka Nawrockiego przypomina Pani sobie wydarzenia z 2003 roku, gdy wygrałyście i stałyście się "Złotkami"?

Małgorzata Glinka: No pewnie! Emocje urosły w bardzo szybkim tempie, moje już są ogromne. Bardzo mnie zbudował ćwierćfinał dziewczyn z Niemkami. Rywalki się nie poddawały, bardzo mocno walczyły, ale nasza drużyna była mocniejsza. To też się kojarzy z 2003 rokiem [wtedy Polska wygrała z Niemcami 3:2 w półfinale].

Tak kibice bawili się w Atlas Arenie po zwycięstwie Polek nad Niemkami

Zobacz wideo

Na Was wtedy mało kto stawiał i teraz Polska też nie jest faworytem. Magdalena Śliwa opowiadała mi niedawno, jak Turczynki przyjechały na finał z wieńcami z kwiatów na szyjach tak bardzo miejscowi byli pewni ich zwycięstwa. Teraz chyba też są pewni awansu do finału kosztem naszej drużyny.

- Moim zdaniem dziewczyny mają szansę wygrać z Turczynkami. Cieszę się, że trafiły na nie, a nie na przykład na Włoszki. Moim zdaniem wygrać drugi raz z Italią w ciągu kilku dni byłoby trudniej niż pokonać Turcję. Włoszki na pewno by sobie dobrze przypomniały gorzkie chwile z meczu grupowego i trochę rzeczy by poprawiły. Czeka nas naprawdę fajny półfinał. Z rywalem w naszym zasięgu. Już się nie mogę doczekać i bardzo się cieszę, że prezydent CEV Aleksandar Boricic mnie na ten mecz zaprosił. Będę oglądać nasze dziewczyny z trybun i mam nadzieję, że przyniosę im szczęście.

Grała Pani w Turcji, więc proszę powiedzieć, jakiej atmosfery możemy się spodziewać na trybunach. Miejscowi mówią, że będzie 12 tysięcy widzów, a Joanna Wołosz spodziewa się, że mogą nawet używać petard.

- Na pewno dużo się może zdarzyć, my i Turcy mamy zupełnie inne temperamenty. Ale jestem ciekawa czy ta otoczka nie przeszkodzi Turczynkom. Jednak gra przy swojej publiczności nie jest łatwa. Zwłaszcza gdy ta publika jest bardzo wymagająca. To prawda, że kibice są tam siódmym czy nawet siódmym i ósmym zawodnikiem, ale też presja jest ogromna. Turczynki muszą grać o wszystko, będą pod dużym ciśnieniem. A my już zrobiliśmy swoje. A nawet więcej, bo mało kto się nastawiał na walkę dziewczyn o medale. Polki powinny zrobić teraz tylko jedno - cieszyć się grą. A jak będzie radość, jak będzie chwytanie takich pięknych momentów, które w życiu sportowca naprawdę nie są codziennością, to może być jeszcze piękniej, może się udać zrobić coś jeszcze większego.

Nasz zespół chyba właśnie to robi, licząc od meczu z Włoszkami? Widzi Pani, że młodsze koleżanki mają frajdę z gry? Najlepiej widać to chyba po Magdzie Stysiak. Dziewczyna ma 18 lat, a pokonuje nerwy i daje koncert gry w ćwierćfinale dużego turnieju.

- Wielokrotnie już byłam pytana o Magdę i nie ukrywam, że ona jest bliska mojemu sercu. Miałam okazję ją poznać, bo mój mąż jest jej menedżerem. Kilka razy z nią rozmawiałam, więc wiem, że to jest skromna dziewczyna z ogromnym potencjałem. Ogromnym. Tylko się modlić o zdrowie dla niej. Czasami ludzie porównują ją do mnie, a ona może zrobić większą karierę. Tego jej z całego serca życzę.

Test na skromność zdała choćby zaraz po ćwierćfinale, bo kiedy jeden z dziennikarzy stwierdził, że przypomina Panią, to powiedziała, że jeszcze na pewno nie.

- Ona ma jeszcze większy potencjał, jeszcze większe możliwości. To jest pewne.

Magda ma 202 cm wzrostu, to dużo więcej niż 193 cm, z których świetny użytek robiła Pani.

- Ja nie jestem ani taka wysoka, ani nie mam takiej masy jak Magda. W warunkach fizycznych między nami jest przepaść. Najważniejsze, żeby organizm Magdy wytrzymał obciążenie. Jeżeli Stysiak się wykreuje na liderkę swoich drużyn, to ja dobrze wiem czym to pachnie. To jest bardzo ciężka praca. Nie tylko fizyczna, ale też psychiczna. Trzeba mieć mnóstwo siły, żeby non stop być na topie.

A propos warunków fizycznych, to trener Niemek podkreślał, że chyba jako jedyni mamy w pierwszej "szóstce" aż cztery zawodniczki prawie dwumetrowe. My tymi warunkami zaczynamy wygrywać z najlepszymi?

- Warunkami też. Ale nam przede wszystkim dziewczyny dojrzewają do wytrzymywania meczów mentalnie. Rosną nam liderki. Raz w takiej roli jest Malwina Smarzek-Godek, raz Magda Stysiak, inne zawodniczki też potrafią grać naprawdę świetne mecze. Drużyna czuje się razem fajnie, bezpiecznie, wie, że w trudnych momentach umie sobie poradzić. Rośnie nam zespół. Taki, w którym wszystko się zazębia. Taki, w którym kibic widzi przede wszystkim Malwinę i Magdę, ale jak się przyjrzy, to zobaczy też fenomenalną robotę innych dziewczyn. One wszystkie razem już zrobiły wielką rzecz.

W 2003 roku właśnie tak wyglądała Polska Andrzeja Niemczyka?

- Ja naszą złotą drużyną tak pamiętam. Byłyśmy bardzo zgrane. Nie tylko na boisku. Świetnie się czułyśmy w swoim towarzystwie. Dzięki temu w najtrudniejszym momencie miałyśmy pewność siebie, pewność tego, że razem damy radę. Mogło być na trybunach i 20 tysięcy ludzi przeciw nam, a my czułyśmy, że nikt nas nie złamie. W finale w Turcji, przeciw Turczynkom my się nie bałyśmy, tylko bawiłyśmy się grą. To działało, dlatego, że jedna za drugą by dała wszystko. To była wielka rzecz. Największa, jaką zrobiłyśmy.

Pani też pamięta tę pewność siebie Turczynek i ich kibiców?

- Właśnie nie. Może byłam tak bardzo skupiona na sobie? Ale moim zdaniem człowiek zbyt pewny siebie to człowiek głupi. Nie można być pewnym przed meczem, że się wygra. Trzeba mieć szacunek do przeciwnika.

Teraz na pewno Turczynki, Włoszki i Serbki szacunek do Polek mają, ale też wiedzą, że my gramy o medale pierwszy raz od 10 lat, a one ciągle są na podium wielkich imprez. Jak popatrzymy na to, że Turczynki to brązowe medalistki ostatnich ME, a Włoszki i Serbki to wicemistrzynie i mistrzynie świata sprzed niespełna roku, to wyjdzie, że jesteśmy w tym towarzystwie Kopciuszkiem. Choć coraz bardziej gotowym na bal.

- Rywalki jedne czy drugie już mistrzyniami były. Były, czyli to minęło. Teraz jest nowy turniej, jest okazja powalczyć i nie wolno myśleć, że przed tobą stoją jacyś wielcy zawodnicy, którzy wygrali mistrzostwo świata. One też się nas boją. My się nie możemy nazywać Kopciuszkami. Pokazaliśmy już, że umiemy grać w siatkówkę.

Dlatego mówię, że Polska to Kopciuszek, ale coraz bardziej gotowy na bal.

- A to zgoda. Miejmy nadzieję, że w niedzielę będzie balowała cała Polska, ha, ha.