Joanna Wołosz: Półfinał to mały sukces. Nie wystraszymy się, nawet jak kibice będą strzelać petardami

- Będziemy walczyć z groźnymi Turczynkami i nie damy się wystraszyć, nawet jak na trybunach kibice będą strzelać petardami - mówi Joanna Wołosz. - Dla mnie awans do "czwórki" to mały sukces. Mam nadzieję, że w niedzielę będę mogła powiedzieć, że naprawdę osiągnęłyśmy sukces - dodaje rozgrywająca reprezentacji Polski siatkarek. W sobotę o godzinie 18.30 czasu polskiego nasza kadra zmierzy się z Turcją w półfinale mistrzostw Europy. W niedzielę zagra o złoto albo o brąz. Relacje na żywo na Sport.pl

Łukasz Jachimiak: Ankara to historyczne miejsce dla polskiej siatkówki kobiet. Pamiętasz, co robiłaś w 2003 roku, gdy "Złotka" stawały się "Złotkami", zdobywając w Turcji mistrzostwo Europy?

Joanna Wołosz: Miałam 13 lat, wydaje mi się, że jeszcze wtedy latałam gdzieś po drzewach.

Bartosz Kurek w "Wilkowicz Sam na Sam": Moja mama powiedziała, że Polska zdobędzie złoto na igrzyskach tylko, jeśli ja tam będę. To jest jej wymóg wobec losu

Zobacz wideo

Ale chyba już trenowałaś siatkówkę?

- Chyba tak. Wydaje mi się, że byłam wtedy na jakimś obozie. Tak, na pewno byłam w Sztutowie. Bardzo się cieszę, że teraz zagramy Ankarze. Część naszych marzeń już się spełniła. Ale chcemy więcej. Oczywiście będzie trudno. I sportowo, i dlatego, że w Turcji będzie totalnie inny doping niż był w Polsce.

Zdecydowanie mniej przyjazny, prawda?

- Pamiętam z Ligi Mistrzów, że na wyjeździe z zespołem tureckim gra się bardzo trudno. Może w ćwierćfinale Holenderki nie wytrzymały właśnie tej presji trybun i dlatego przegrały wyraźnie 0:3. Ale na pewno trener Giovanni Guidetti je dobrze zna [prowadził Holenderki przez dwa lata, po nich w 2017 roku objął kadrę Turcji] i mocno się na nie przygotował. Mam nadzieję, że uda nam się zatoczyć koło i zdobyć może nie aż złoto, ale jakikolwiek krążek. Będziemy walczyć z groźnymi Turczynkami i nie damy się wystraszyć, nawet jak na trybunach kibice będą strzelać petardami.

Czujecie się coraz mocniejsze nie tylko siatkarsko, ale i mentalnie?

- Tak. Wzmocniło nas to, że wygrałyśmy trudny mecz z Niemkami. Wiedziałyśmy, że będzie wojna i była. Wygrałyśmy nerwowy mecz, bo do końca potrafiłyśmy utrzymać spokój. Coś pięknego. Z Niemkami na maksa zachowałyśmy koncentrację. Po pierwszym, przegranym secie, zagrałyśmy jeszcze pewniej, włączyłyśmy agresję. Mega nam się gra zazębiała. O to chodzi.

Wygrany tie-break z Włoszkami na koniec fazy grupowej, wygrany tie-break z Niemkami w ćwierćfinale - takie rzeczy bardzo Was budują?

- Oczywiście. Pewność siebie rośnie. Dlatego dla mnie awans do "czwórki" to mały sukces. Mam nadzieję, że w niedzielę będę mogła powiedzieć, że naprawdę osiągnęłyśmy sukces. Fajne jest to, że poświęcenia, które wkładałyśmy w pracę przez wiele lat teraz nam się zwracają. W Łodzi było pięknie. Kibice zrobili nam taką atmosferę, że wiele razy miałam ciary. Wystarczyło, że popatrzyłam na trybuny przed meczem, że razem śpiewaliśmy hymn albo że patrzyłam na ludzi po meczu, kiedy nam dziękowali.

W Łodzi okazało się, że nie musisz już wszystkich trudnych piłek kierować do Malwiny Smarzek-Godek, bo gotowa jest Magdalena Stysiak.

- Bardzo jej gratuluję, że zagrała taki mecz z Niemkami. Spisała się rewelacyjnie. To co wyprawiała było super. Brawa dla Magdy i mam nadzieję, że jeszcze dwa takie mecze nam zagra.

W tym sezonie wróciłaś do reprezentacji i chociaż przez jakiś czas leczyłaś kontuzję, to wreszcie, po latach, masz się z czego cieszyć.

- Super, że tak jest. W zeszłym roku poprosiłam trenera o przerwę, bo wtedy nie było większych imprez, tylko Liga Narodów. Cieszę się, że teraz swoją obecnością mogę pomagać drużynie. Fajnie, że te mistrzostwa scalają naszą grupę. Każde zwycięstwo działa na nas fajnie. A nawet porażka dobrze zadziałała. Zbudowało się coś mega. I super, że możemy to kontynuować.