Trener polskich siatkarek skomentował zwycięstwo z Niemkami: Trzeba mieć poker face

- Droga, którą obraliśmy jest chyba dobra. Wiem, że wszyscy się niecierpliwią, wiem, że wszyscy chcieliby, żeby nasza kadra kobiet stanęła zaraz obok kadry mężczyzn. Ale proszę wszystkich o cierpliwość, a dziewczyny pokażą, na co je stać - mówi Jacek Nawrocki. Pod jego wodzą polskie siatkarki awansowały do półinału mistrzostw Europy. Polek nie było tam od 10 lat.
Zobacz wideo

To chyba Pana najważniejsze zwycięstwo w trwającej już piąty rok pracy z reprezentacją?

- Musiałbym się zastanowić, ale na pewno to jest zwycięstwo najbardziej potrzebne w naszej pracy. To co dziewczyny zrobiły z Włoszkami [3:2 na koniec fazy grupowej] i teraz z Niemkami, no i w ogóle całe rozgrywki w grupie jest dowodem, że one pukają do czołówki europejskiej czy nawet światowej. Wielu się ze mną nie zgadza, ale ja uważam, że nawet w przegranym meczu z Belgią [2:3, jedyna porażka na ME 2019] dziewczyny zagrały na dobrym, równym poziomie. Droga, którą obraliśmy jest chyba dobra. Wiem, że wszyscy się niecierpliwią, wiem, że wszyscy chcieliby, żeby nasza kadra kobiet stanęła zaraz obok kadry mężczyzn. Ale proszę wszystkich o cierpliwość, a dziewczyny pokażą, na co je stać.

Co możecie zdziałać już teraz, w Turcji?

- Postaramy się jak najszybciej zresetować. Bardzo bym chciał, żebyśmy grali tam jeszcze lepiej. Ale drużyna jeszcze w takiej sytuacji nie była i na razie to jest nasze chciejstwo, a jak zareagujemy, to dopiero zobaczymy. Tam znalazły się najmocniejsze drużyny, a Turczynki właśnie odprawiły z kwitkiem drużynę Holandii, która wydawała nam się głównym kandydatem do złotego medalu. Pojedziemy do Ankary z troszkę mniejszym obciążeniem i mam nadzieję, że granie na luzie nam się opłaci. Bardzo bym chciał powiedzieć, że nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa. I Wierzę w to.

Turcja to dla nas niewygodny rywal, ale ma wahania formy i niewiele brakowało, a odpadłby już w 1/8 finału, bo dopiero po tie-breaku pokonał skazywaną na pożarcie Chorwację.

- Jeżeli przeanalizujemy cały sezon Turczynek, to zobaczymy, że one tak grają cały czas. Tak rozegrały całą Ligę Narodów. I w ten sposób grając, z taką huśtawką, były jedną z najlepszych drużyn fazy zasadniczej, a później doszły do czwórki Final Six. To jest zespół doświadczony. Ostatnie mistrzostwa Europy zaczęły źle, a później pokonały Rosjanki i wyjechały z turnieju z medalem. W tym zespole musimy upatrywać bardzo trudnego przeciwnika. I niewygodnego ze względu na grę, jaką preferują. Chodzi przede wszystkim o dystrybucję ataku związaną z wykorzystywaniem środkowych. Ale mamy już to wszystko rozpracowane. Trzeba tylko zrealizować założenia na boisku.

W ćwierćfinale z Niemkami udało się je zrealizować tak, jak Pan zakładał czy górę wzięły emocje?

- To była huśtawka nastrojów i dyspozycji. Wynikała z tego, że drużyny łapały flow na zagrywce. Powiedziałbym, że to bardzo dobra zagrywka decydowała, a nie błędy w przyjęciu. U nas każda zawodniczka próbowała punktować serwisem, nie tylko Magda Stysiak czy Natalia Mędrzyk. Niemki również częstowały nas taką zagrywką, dzięki której odrobiły stratę w czwartym secie i doprowadziły do tie-breaka.

Bardzo się Pan wtedy denerwował?

- Denerwowałem się przez cały czas. Zero spokoju, cały czas huśtawka nastrojów. Ale oczywiście trzeba było mieć poker face. W czwartym secie wydawało się, że mamy sytuację pod kontrolą, graliśmy dobrze, ale zagrywka to jest taki element, że albo się przyjmuje, albo się zagrywa jeszcze lepiej od przeciwnika.

Jeszcze lepiej Polki zaczęły zagrywać od początku tie-breaka. A szczególnie imponująca była seria Magdy Stysiak.

- To prawda. Jestem dumny z dziewczyn, z tego meczu. Wygraliśmy z Niemkami walkę o "czwórkę". Dla drużyny i dla całej naszej żeńskiej siatkówki to jest coś niesamowitego. Na pewno jako kluczowe najłatwiej wskazać dwie serie zagrywek z tie-breaka: najpierw Magdy Stysiak i później Natalii Mędrzyk. Ale ważnych momentów było więcej. Trzeba przyznać, że Malwina Smarzek kończyła wtedy wszystko w kontratakach. A cichą bohaterką meczu była Marysia Stenzel, która przez cały czas utrzymała przyjęcie. I Aśka Wołosz bardzo dobrze prowadziła grę.

Przed turniejem mówił Pan, że jesteśmy faworytem tylko meczu z Portugalią. Dzisiaj już trochę inaczej patrzy Pan na swój zespół?

- Dalej myślę, że w meczu z Portugalią byliśmy faworytem, ha, ha. To jest taki moment dla nasz reprezentacji, że my robimy kroki do przodu. Jestem z dziewczynami na co dzień. One też mają swoje racje, swoje poglądy i każda z nich w inny sposób patrzy na grę w reprezentacji. Staramy się to razem pchnąć do przodu. A nie jest łatwo, bo miejsce, w którym byliśmy na początku wcale nie było blisko czołówki.

Ale chyba nie można stwierdzić, że półfinał mistrzostw Europy to dla Was wynik ponad stan?

- Myślę, że można, tylko nie wypada.

Zdobywał Pan medale w męskiej siatkówce, jako trener Skry Bełchatów i młodzieżowych reprezentacji Polski, teraz powalczy Pan o pierwszy medal z kadrą kobiet. Jeśli go Pan zdobędzie, to dla Pana będzie miał jeszcze większą wartość od tamtych?

- To byłoby spełnienie marzeń z moich ostatnich lat. To by było coś wspaniałego. Jeżeli udałoby się nam to zrobić, to byłby niesamowity kop dla naszej siatkówki kobiecej.

Gdyby medalu jednak nie udało się zdobyć, to Pan chyba i tak umiałby docenić to, co już osiągnęliście?

- Cały ten sezon dziewczyny zagrały bardzo dorze. Począwszy od turnieju w Montreux. To tylko turniej towarzyski, ale prestiżowy, a w nim było zwycięstwo. Później był awans do Final Six w Lidze Narodów, była heroiczna walka w turnieju kwalifikacyjnym do igrzysk, a teraz jest awans do najlepszej "czwórki" mistrzostw Europy. To wszystko pokazuje, że dziewczyny zasługują na ciepłe słowa, na słowa uznania. Jeżeli chodzi o poziom grania, to zdecydowanie zrobiliśmy skok do przodu. Jestem pełen podziwu dla dziewczyn, dlatego że wprowadzamy nowe zawodniczki, wprowadzamy młodzież, a ta młodzież daje impuls nie tylko polegający na świeżości, ale też impuls w postaci po prostu lepszej gry, mocniejszego uderzenia. To jest bardzo ważne dla rozwoju naszej reprezentacji. Na uznanie zasługują też kibice. W życiu bym się nie spodziewał, że będziemy grali przy takiej publiczności. Ta publika w Łodzi nam naprawdę bardzo pomogła.

W Turcji cała hala będzie przeciwko nam. Dziewczyny to wytrzymają psychicznie?

- Nie będzie łatwo. Chodzi też o poziom sportowy. Ale jeżeli chodzi o metnal, to stojąc przy linii jestem coraz bardziej spokojny o zespół. Każda drużyna przechodzi kolejne fazy. Najpierw trzeba kogoś na coś namawiać, później w różnych procesach uczestniczyć, a w końcu zawodnicy czy zawodniczki przejmują inicjatywę. Nasz zespół już jest na najwyższym poziomie i można mu ufać jeśli chodzi o mental.

Po ponad czterech latach pracy z kobietami powie Pan, że to trudniejsze od prowadzenia mężczyzn, czy niekoniecznie?

- Zdecydowanie się z kobietami lepiej żyje niż współpracuje, ha, ha.