Sport.pl

Rywalki śmiały się z kadry polskich siatkarek. "Było trudno, nie było co zbierać"

- My nie mamy takiej mentalności jak Amerykanie. Oni zawsze mówią, że idą na mistrza, że są świetni. My jesteśmy skromniejszym narodem. I naszej drużynie to służy - mówi Zuzanna Efimienko-Młotkowska. Jedna z liderek reprezentacji Polski siatkarek wspomina mecze, w których rywalki się śmiały i wbijały gwoździe. I opowiada, co robił nasz zespół, by w takich okolicznościach się rozwijać i teraz walczyć z najlepszymi. W poniedziałek w swoim trzecim meczu ME 2019 Polki zagrają z Ukrainkami. Relacja na żywo na Sport.pl o godz. 20.30

Łukasz Jachimiak: W reprezentacji Polski jesteś od lat, grałaś w Serie A - czujesz się jedną z liderek kadry Jacka Nawrockiego, o której trener mówi, że jest ciągle jeszcze niedoświadczona i od której jego zdaniem ciągle jeszcze nie możemy wiele wymagać?

Zuzanna Efimienko-Młotkowska: Na pewno jestem bardziej doświadczona od większości dziewczyn. Umiem się wyłączać, jeśli chodzi o presję ze strony kibiców. Czasami ktoś mi mówi po meczu: "Jezu, ale była atmosfera, bardzo dużo ludzi było na trybunach", a ja zupełnie tego nie wiem, naprawdę tego nie widzę. Staram się od takich rzeczy odcinać, żeby tylko jak najlepiej robić swoje na boisku. Młodsze dziewczyny mogą się stresować, widząc, że hala jest pełna. Chociaż turniej tak się dla nas rozwija, że z otoczką można się było zapoznać w łatwiejszych meczach. I teraz, kiedy przyjdzie grać z Belgią czy Włochami, można już doceniać, że to się dzieje w Łodzi, która jest na pewno polską stolicą siatkówki kobiet. A może nawet europejską stolicą.

My czekamy na mecze z Belgią i Włochami, Wy też czekacie. Ale wcześniej przed Wami jeszcze jedna pułapka - Ukraina. Ją też trzeba pokonać, z nią też trudno byłoby zrozumieć inny wynik niż zwycięstwo. Wygracie, i zrobicie to spokojniej niż z prezentującą podobny poziom Słowenią?

- W końcówce meczu ze Słowenią było widać, że nie wolno się rozprężyć. Faktycznie ciągle słyszymy "Włoszki, Włoszki", czasem też "Belgijki", a nam jeszcze nie wolno o nich myśleć. Ludzie pytają, jaki mamy cel, co chcemy w mistrzostwach ugrać, a ja wiem, że jeśli naprawdę chcemy coś osiągnąć, to musimy iść małymi krokami, od meczu do meczu. Takie Ukrainki naprawdę mogą nam napsuć sporo krwi.

Naprawdę umiesz nie myśleć tak, że po pierwsze: jesteś w kadrze długo i przetrwałaś bardzo dużo trudnych momentów, po drugie: w tym sezonie wreszcie wszystko się układa, drużyna rośnie, i po trzecie: gracie u siebie, więc warto byłoby to wszystko wykorzystać i zawalczyć o coś dużego?

...

Uśmiechasz się, jakbyś się zgadzała, ale nie chciała tego przyznać.

- Wiemy, że to jest nasz dobry czas, ale wydaje mi się, że mimo wszystko żadna z nas za daleko nie wybiega.

Trener Was hamuje?

- Tak, na pewno. Ale też każda z nas ma swój rozum i wie, że nie ma co sobie utrudniać zadania. Poza tym my nie mamy takiej mentalności jak Amerykanie. Oni zawsze mówią, że idą na mistrza, że ich interesuje tylko złoto, że są świetni i że bez wątpienia to pokażą. My jesteśmy skromniejszym narodem. I naszej drużynie to służy. Nie robimy żadnych obietnic kibicom, dziennikarzom, tylko każda robi je sobie, każda z nas samej sobie stawia ambitny cel. Tego jestem pewna. Ale nie rozmawiamy o tym, bo wybieganie w przyszłość w naszym przypadku byłoby zgubne.

Przy trenerze i tak jesteście odważne, bo część z Was jednak mówi o medalu. A trener jest bardzo zachowawczy, przy każdej okazji stara się zdejmować z Was presję oczekiwań.

- Faktycznie, trener stara się o to dbać. I robi to bardzo dobrze. Presja nie działa na nas motywująco, tylko stresująco. A w stresie człowiek się spina i nie gra tego, co by chciał i mógł grać.

A nie jest tak, że jednak trochę się nauczyłyście znosić presję? W poprzednich latach więcej miałyście meczów przegranych w zadziwiających końcówkach. Teraz coraz częściej radzicie sobie w takich sytuacjach.

- To prawda, jeszcze rok-dwa lata temu zdecydowanie inaczej skończyłby się taki mecz jak ten ze Słowenią, który zagrałyśmy kilka dni temu. Pewnie szłoby na 3:2 i to nie wiadomo dla kogo. Słowenki nas w trzecim secie mocno goniły, ale nie dałyśmy się dojść, mimo że zrobiło się niebezpiecznie i było nerwowo. Mamy młody zespół, ale doświadczenie już widać. W najważniejszych, najtrudniejszych momentach coraz częściej umiemy wytrzymać, wygrać najważniejszą piłkę.

To dlaczego trener prosi, by o medale Was nie pytać? Wam to szkodzi? Drażni Was? Dekoncentruje?

- Nie, przecież to jest naturalne. Jak startujesz w mistrzostwach Europy i jesteś ambitny oraz grasz w niezłej drużnie, to nie myślisz sobie, że będzie super, jeśli wygrasz jakiś mecz czy przejdziesz jedną rundę.

No właśnie - nasze pytania o medal są chyba formą docenienia Was?

- Oczywiście.

My wiemy, że przez kilka lat było z kadrą źle, a teraz widzimy, że się podnosi.

- Na pewno widząc, że dziennikarze i kibice w nas wierzą, czujemy się dobrze. Z jednej strony wolimy nic nie obiecywać. Ale też na pewno nie będziemy mówiły, że się ucieszymy, jeśli wyjdziemy z grupy. Gra się o mistrzostwo Europy. Nawet jeśli inne reprezentacje są mocniejsze.

Jest taki zespół, o którym myślicie, że jest za mocny? Może to Serbia, z którą grałyście niedawno o awans na igrzyska? A może właśnie z nią chciałybyście znów się zmierzyć?

- Nie można mówić, że się kogoś boimy. Ale są zespoły, które w teorii są od nas lepsze.

Ile ich teraz jest w Europie?

- Trudno mi to określić, bo nie wiem na przykład jaką formę prezentują teraz Holenderki. Jak są w optymalnej dyspozycji, to pokazują genialną siatkówkę. Nie wiem też jak mocne są Rosjanki. Ostatni sparing z nimi przegrałyśmy, ale nie mam poczucia, że odstajemy, uważam, że to akurat tamten mecz im bardzo wyszedł. Jest kilka zespołów na podobnym poziomie i decyduje dyspozycja dnia. A z Serbią jest inaczej. Przy okazji walki o Tokio ktoś powiedział, że na 10 meczów z mistrzyniami świata możemy wygrać jeden. Teraz, po wrocławskich kwalifikacjach, powiedziałabym, że chyba jesteśmy bliżej nich, że już na 10 meczów mogłybyśmy wygrać dwa. My się rozwijamy.

Dwa lata temu grałyście z Serbią w kwalifikacjach do MŚ. Wtedy to chyba na 10 meczów przegrałybyście wszystkie?

- Wtedy, brzydko mówiąc, nie było co zbierać. Nie było żadnego momentu zaczepienia. Teraz jak nawet przegrywamy mecz, to mamy momenty dobrej walki. I z Amerykankami w Final Six Ligi Narodów tak było, i jeszcze bardziej z Brazylijkami, i z Serbią we Wrocławiu też tych momentów zaczepienia miałyśmy bardzo dużo. My zdecydowanie mogłyśmy ten mecz wygrać. A dwa lata temu nie istniałyśmy w meczu z Serbią. Większość punktów zdobyłyśmy wtedy tak, że Serbki nam je oddały, popełniając błędy.

Takie mecze bardzo dołują? Pytam, bo za trwającej piąty rok kadencji Jacka Nawrockiego dużo było takich spotkań. Wasza drużyna musiała mieć dużo pokory i siły mentalnej, żeby to wytrzymać i dojść do takiego miejsca, w którym widzimy w Was zespół aspirujący do do czołówki.

- Ja sobie radziłam tak, że się cieszyłam na przykład z tego, że doszłam do bloku. Nie, że kogoś zablokowałam, tylko że przewidziałam kto dostanie piłkę i zdążyłam w ogóle dojść do bloku. Albo z tego, że zaserwowałam tak, że utrudniłam komuś przyjęcie. To były małe, osobiste sukcesy.

To musi być trudne.

- Jest trudne, to prawda. Trzeba się nie dać myślom, że niestety nie mamy szans. Ale to był dobry pomysł, bo jak grałyśmy z drużynami, które nas przewyższały o klasę, to nie dało się mieć innego podejścia. Trzeba się było uczyć, a to się robi dokładając kolejne małe rzeczy. Jeżeli wtedy miałabym patrzeć na całość, to bardzo bym się dołowała, widząc jak dziewczyny uśmiechają się do nas przez siatkę po kolejnym wbitym nam gwoździu.

Trener Nawrocki będzie szczęśliwy, jeśli to przeczyta. Okazuje się, że jest skuteczny w sprzedawaniu Wam swojej filozofii.

- Ha, ha. Tak, jemu o to chodzi, żebyśmy razem szli krok za krokiem. Teraz sobie patrzę na Portugalię i widzę, że grając z nami czy z Włoszkami one są w podobnej sytuacji jak my kilka lat temu, grając z kimś wielkim. One osiągnęły wielki, historyczny sukces, awansując do mistrzostw Europy. My miałybyśmy taki, gdyby wkrótce jakimś cudem udało nam się awansować na igrzyska olimpijskie.

Aż tak? "Jakimś cudem na igrzyska"? Bez cudu nie da się wygrać styczniowych kwalifikacji?

- Źle powiedziałam. Chciałam podkreślić, że dla nas to by była wielka rzecz. System kwalifikacji do igrzysk jest krzywdzący, jest się tam bardzo trudno dostać. Bardzo się cieszę, że my już wyszliśmy z cieszenia się z udanych pojedynczych akcji w meczach, że teraz chcemy już wygrać cały mecz. Na pewno zimą powalczymy. Ale jak nawet - nie daj Boże - teraz się nie uda wygrać kwalifikacji i jak jednak nie pojedziemy do Tokio, to myślę, że awansujemy na następne igrzyska, bo naprawdę się rozwijamy.

Na meczach w Łodzi widujemy Stephane'a Antigę. Miałaś już okazję porozmawiać dłużej ze swoim nowym trenerem z Developresu Rzeszów?

- Na razie rozmawialiśmy tylko chwilę, ale nie teraz, tylko na Lidze Narodów. Wiem, że był na naszym meczu ze Słowenią, bo choć go nie widziałam, to jesteśmy w kontakcie sms-owym. Szczerze: dla mnie to jest ogromna rzecz, na pewno jedna z największych w mojej karierze, że będę miała okazję pracować z takim trenerem. Jestem podekscytowana. Ale na razie jeszcze bardziej czuję podekscytowanie a propos wszystkiego, co się dzieje w reprezentacji.

Więcej o: